Archiwum
sobota, 17 września 2016

Moja mieszkająca od szesnastu lat w Anglii przyjaciółka tegoroczne wakacje spędziła w krajach niemieckojęzycznych. Wraz ze świetnie mówiącym po polsku mężem Anglikiem i dwojgiem dzieci przejechali z północy na południe przez Niemcy, zatrzymując się w kilku miastach, a w Szwajcarii odwiedzili w Zurychu znajomych, z którymi nie widzieli się od ładnych paru lat. On jest Szwajcarem o słoweńskich korzeniach, ona Węgierką, a ponieważ poznali się na studiach w Krakowie, obydwoje mówią po polsku. Zobaczywszy jeszcze kawałek Austrii, i zawitawszy na chwilę do Polski, moja przyjaciółka z rodziną wróciła do Londynu. Niedługo później ich z kolei odwiedzili znajomi z Argentyny. Ona mówi po angielsku, on natomiast nie bardzo. Przygotowując dzieci na tę wizytę, moja przyjaciółka zaproponowała starszemu, żeby próbował rozmawiać z gościem po hiszpańsku, którego od niedawna uczy się w szkole. Młody człowiek, nie bardzo widać wierząc w swoje hiszpańskojęzyczne kompetencje, odpowiada szczerze:

- Ale jak się nie dogadam po hiszpańsku, to zawsze przecież będziemy mogli mówić po polsku!

Dla tego młodego Anglika oczywistym jest, że każdy cudzoziemiec, nawet jeśli nie mówi po angielsku, to przecież płynnie posługuje się polskim.

19:23, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 kwietnia 2016
Szczygieł

Opowiadam Mojemu Znajomemu w Polsce o lokatorach na ganku: 
- Porównując je z obrazkami w książce stwierdziłam, że to szczygły. Takie niewielkie ptaszki. Zachowują się, jakby miały ADHD. Przylatuje. Zagląda do gniazda. Odwraca się. Wygląda z gniazda. Kręci łebkiem. Wreszcie siada. Posiedzi kilka minut i już wylatuje. Siada na rosnącym nieopodal drzewie. Przeskakuje na inną gałąź. Odlatuje. Po dwóch minutach przylatuje. Siada w gnieździe. Wstaje. Wylatuje. Siada na rynnie. Podlatuje do gniazda... Obserwując je skacze mi ciśnienie, takie są nerwowe.
- O, to na pewno szczygły - przyznaje mi rację Mój Znajomy - szczygły się tak właśnie kręcą, nie mogą usiedzieć spokojnie. Zresztą myślisz, że skąd się wzięło powiedzenie, że ktoś ma szczygła w zadku? 
Nie miałam pojęcia.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Ptaki
Siedząc przy niedzielnym śniadaniu, widzę przez okno, że gniazdo pod powałą ganku cieszy się zainteresowaniem.
- Co to za ptaki tam zaglądają? - Pyta Mój. Jest Niemcem i rozmowa toczy się w jego ojczystym języku.
- Nie wiem, jak jest "szczygieł" po niemiecku - odpowiadam - wygugluj sobie.
Mój patrzy na mnie swoimi przepastnymi oczami.
- No dobrze - lituję się - po angielsku jest "finch", wygugluj sobie "finch".
- Fink - poprawia mnie Mój, zupełnie nie wiem, dlaczego.
- Finch - obstaję przy swoim - Fink to nazwisko naszego znajomego. A ten ptak, to finch.
- Fink - mówi Mój. Wyraźnie chce mnie zdenerwować.
- Finch, jestem pewna. Czegoś ty taki śporny*?
- Jaki śporny? Ja nie jestem śporny - odpowiada spokojnie Mój i idzie dokroić chleba.
Ma rację. Jest człowiekiem niezwykle cierpliwym i dążącym do harmonii. Ostatecznie wytrzymał ze mną już tyle czasu. Tym bardziej nie rozumiem jednak, co go teraz napadło.
- Wyguglujeszże** wreszcie, jak ten finch jest po niemiecku? - Pytam, bo chcę poszerzyć swoje słownictwo, a poza tym mam dość tej głupiej gadki.
- Fink - powtarza jak automat Mój, a mnie zalewa krew. - Finch to po niemiecku fink. To nie moja wina, że Hamerykanie używają niemieckich słów dziwnie je wymawiając...

Gdy napad śmiechu nieco zelżał, byłam w stanie wytłumaczyć Mojemu, dlaczego tak mnie, zupełnie nieświadomie, zirytował. A po wypiciu łyka herbaty dodałam:
- Ale ty zdajesz sobie sprawę, że tak właśnie wybuchają wojny?



*Wyrażenie gwarowe, na południu Polski oznacza osobę szukającą zwady, za wszelką cenę obstającą przy swoim. Słowo użyte na potrzeby tekstu polskiego.

**Użycie partykuły "że" charakterystyczne dla gwar południowopolskich. 
wtorek, 22 kwietnia 2014
Języki i pamięć
Babcia pewnego mojego znajomego w Polsce cierpiała na zanik pamięci. Choroba postępowała i pod koniec nie można już się z nią było porozumieć. To znaczy, ona jeszcze mówiła. Ale tylko w jidisz. Polski, jako język, którego nauczyła się później, ulotnił się pierwszy. 
Gdy pamięć zawodzi, zaczyna się od tej krótkoterminowej - najpierw zapominamy rzeczy, które zdarzyły się niedawno, a wspomnienia z dzieciństwa towarzyszą nam najdłużej. Prawidłowość ta dotyczy też znajomości języków - gdy dotknie nas Alzheimer, najpierw do kosza pójdą języki obce, pierwszy zapomniany będzie ten, którego nauczyliśmy się ostatnio, a ojczysty zostanie nam do dyspozycji najdłużej. 
Dlatego, jak mnie tu ktoś pyta, czy planuję zostać, mówię, że nie da rady, bo na starość nikt się tu ze mną nie dogada. Nawet Mój (który jest Niemcem).
Ostatnio przeczytałam artykuł o sędziwych Japonkach na Wyspach Brytyjskich. Kobiety, które dawno temu wyszły za mąż za Brytyjczyków, spędziły tam całe dorosłe życie, owdowiały, zaczynają im się problemy z pamięcią i... zapominają angielskiego, angielskich zwyczajów, angielskiego jedzenia...
No przecież wiem, co mówię, że przed emeryturą muszę się stąd zwinąć!
sobota, 04 stycznia 2014
Równik, Wittgenstein i GPS
Pytanie, w jaki sposób język, jakim się posługujemy, wpływa na nasz sposób myślenia, pojawiło się w filozofii i lingwistyce najpóźniej za czasów Wittgensteina. Że używany język wpływa bezpośrednio na sposób zapamiętywania, a być może w ogóle uczenia się, prześledzić można na następującym przykładzie z dzisiejszej naszej rozmowy przy śniadaniu, na temat Ameryki Łacińskiej. Wymiana zdań miała miejsce po niemiecku:

Ja: - Zabawne, zawsze wydaje mi się, że Peru leży bardziej na północ, bliżej równika. - Za to z położeniem Ekwadoru nie mam problemów od czasu, gdy mieliśmy ucznia z Quito i nawiedziło nas trzęsienie ziemi.*

Mój:- Z Ekwadorem nie mam problemu, bo leży na równiku 
(Tutaj trzeba usłyszeć oba słowa po niemiecku: Ekwador to po niemiecku Ecuador, a równik - podobnie brzmiące Äquator.)

Ja: - Ha! Jasne, to tak, jak ja dzięki polskiemu od razu wiem, że wschód słońca jest na wschodzie, a zachód na zachodzie.
(Po niemiecku wschód jako kierunek geograficzny - Osten, ma ze wschodem słońca - Sonnenaufgang, równie mało wspólnego, co Westen z Sonnenuntergang - odpowiednio zachód jako kierunek i zachód słońca.)

Natychmiastowe (a nie dopiero po półtorasekundowym namyśle - to może być za późno, żeby wjechać na właściwy pas) kojarzenie kierunków jest umiejętnością bardzo przydatną podczas jazdy samochodem w nieznanych okolicach w Hameryce. Ważniejsze drogi i autostrady oznaczone są numerami, a na drogowskazach oprócz numeru drogi, widnieje kierunek geograficzny. Na przykład dojeżdżamy do wjazdu na autostradę, wjazd na prawo oznaczony jest I90 Wschód, a na lewo I90 Zachód. No i teraz trzeba wiedzieć, że droga na wschód prowadzi do Bostonu, a na zachód - do Buffalo. Nazwy miast pojawiają się na drogowskazach dopiero na kilkanaście mil przed wjazdem do miasta - wcześniej trzeba znać stronę świata, w jakiej się w stosunku do nich znajdujemy.
Dzisiaj GPS ułatwia zadanie bez względu na nasz język - nawet jeśli nie zrozumiemy co do nas automatyczny głos mówi, na monitorku pokaże się strzałka pokazująca odpowiedni kierunek. Czy to kolejny przykład na demokratyzację świata?

*Trzęsienia ziemi nie zdarzają się właściwie w rejonie, w którym mieszkam, są natomiast  chlebem powszednim w Ekwadorze. Gdy niespotykane tutaj zjawisko miało u nas miejsce kilka lat temu, nasz uczeń stał się dla nas cennym źródłem informacji. Poczynając od rozpoznania sytuacji. Całe 17-te piętro drży, sprzęty podskakują: - Mamy trzęsienie ziemi. - Nieee, tu nie ma trzęsień ziemi. - O tak! To jest trzęsienie ziemi! - Ależ skąd, u nas nie ma trzęsień ziemi! - To jak najbardiej jest trzęsienie ziemi!!! 
(W tym momencie włącza się alarm i wszyscy proszeni są o niezwłoczne opuszczenie budynku schodami pożarowymi.) - A mówiłem wam, że to jest trzęsienie ziemi?!
poniedziałek, 16 lipca 2012
Obce akcenty

Gość miał akcent, który z miejsca określiłabym, jako rosyjski. W celu zweryfikowania tej teorii użyłam najbardziej nieinwazyjnego, w moim przekonaniu, sposobu na wyjawienie pochodzenia interlokutora: jaki znasz jeszcze język, poza angielskim? Popatrzył na mnie z niedowierzaniem i, jakby chciał powiedzieć, co się głupio pytasz, kiwając głową, mruknął: rosyjski. Ponieważ nie lubię asymetrii w grzecznych towarzyskich kontaktach, od razu powiedziałam, że jestem Polką. Kiwnął głową w sposób dający do zrozumienia, że nie jest to dla niego żadną rewelacją.

Jedyną osobą, która zdała się przywiązać do naszej konwersacji jakąkolwiek wagę, był stojący obok tubylec, który z miejsca poczuł się w obowiązku stwierdzić, że on jest tylko "głupim Amerykaninem" (to cytat, nie mój brak szacunku do mieszkańców goszczącego mnie kraju!) i żadnych obcych języków nie zna. Nigdy nie jest za późno – użyłam zawodowej frazy. Tutaj nastąpiła opowieść o tym, jak był ostatnio na Karaibach i nauczył się po hiszpańsku zamawiać piwo, i ta wiedza okazała się wystarczająca do przetrwania. Widzisz, początki już masz za sobą. I to jakie praktyczne – zachowałam się iście po tutejszemu.

No i teraz nie wiem, czy motywacją gadatliwego Amerykanina była zmiana tonu tej lakonicznej polsko-rosyjskiej wymiany informacji (jakby na to nie patrzeć, w pełni udana) czy też sprowadzenie tematu rozmowy na swoją osobę?

01:07, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 czerwca 2012
Dzieci (nie) mówią językami
Przeczytać o tym można w fachowych książkach i potwierdzą to wychowani w podobnych warunkach znajomi: wielojęzyczne rodzeństwo zawsze używa w rozmowach między sobą języka jakim mówi otoczenie (czytaj: inne dzieci) bez względu na to, jaki nacisk kładą rodzice na rozmowy w języku przez nich samych preferowanym. Co innego wiedzieć, a co innego zaobserwować. Ostatnio miałam okazję wziąć pod moją lingwistyczną lupę polskie rodzeństwo (5, 8 i 12 lat) mieszkające przez ostatnich 5 lat w Hameryce, którego rodzice zwracają się do nich wyłącznie po polsku i wymagają używania w domu tylko polskiego. I co? Młodzi ludzie w rozmowach między sobą, gdy tylko czujne uszy rodziców nieco się oddalą, natychmiast przechodzą na angielski.
Gdy ich słuchałam, stał się dla mnie jasny dość oczywisty (tym nie mniej w mądrych książkach które czytałam nie wyłożony kawę na ławę) powód takiego lingwistycznego zachowania. Otóż dzieci mówią między sobą innym językiem, niż z dorosłymi. Te wszystkie wyrażenia, odzywy i skróty, składają się na odmienny kod, w rozmowach z rówieśnikami niezbędny. Moja mała grupa badawcza nie zna takiego dziecięcego kodu w języku polskim, więc nie może w nim skutecznie wyrazić komunikatu skierowanego do brata, żeby przestał się zgrywać, bo zaraz dostanie w ten zakuty łeb. Czy jakoś podobnie, bo ja też przecież od wielu lat odcięta jestem od źródła, a w szkolnym slangu zaszły przez ten czas z pewnością wielkie zmiany. 
Za których przykłady będę niezwykle wdzęczna. 
03:27, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 stycznia 2012
Współczesne polskie słownictwo
Rozmawiałam z Jednym Moim Znajomym w Polsce. Życzenia na Nowy Rok, uwagi na temat Sylwestra.
- Cóż, od jutra już się zaczyna normalna robota. Nie mam jej teraz dużo, ale rok się skończył i muszę porozliczać kilka instytucji - powiedział. - Pieniędzy z tego nie będzie, ale im szybciej to zrobię, tym lepiej.
- Acha, bo to te twoje organizacje non profit - zakumałam. Ponieważ jednak bardzo wyczulona jestem na swoje ewentualne braki w słownictwie, zaraz zapytałam: - ale czekaj, jak się właściwie mówi non profit po polsku?
Jeden Mój Znajomy, jak większość ludzi, których podejście do ojczystego języka nie jest tak znerwicowane emigracyjnym odłączeniem od Macierzy jak moje:
- Non profit. Używa się tego zwotu.
- Ja wiem, że się używa, ale jest jeszcze inne, polskie określenie... to nie jest działalność charytatywna, nie dobroczynna... - myślę głośno - Ach, już wiem! Non profit to po polsku... PRO BONO!!! - wykrzyknęłam bardzo z siebie zadowolona.
23:33, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (2) »
środa, 07 grudnia 2011
Inny alfabet
Stephanie urodziła się w Stanach, jej matka jest Greczynką mieszkającą od dzieciństwa w Kalifornii. Mówi płynnie, ale nie umie czytać po grecku. Stephanie chodziła do greckiej szkółki weekendowej, gdzie nauczyła się alfabetu i odrobinę języka. 
Jazda zaczyna się, gdy odwiedzają dawną śródziemnomorską ojczyznę. Stephanie nie rozumiejąc szyldów i napisów czyta je na głos a matka, sama nie bedąc w stanie ich odcyfrować, tłumaczy usłyszane słowa na angielski. 
To się nazywa symbioza językowa!
04:05, haneczka14 , Języki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 maja 2010
Biedactwo

Przekomarzaliśmy się z Moim Hamerykańskim Kolegą, aż w końcu zaczął się on skarżyć, jak to jest szykanowany i oczerniany przez nas. Mruknęłam pod nosem:

- Biedactwo!

Moja Czarna koleżanka, która bardzo lubi uczyć się polskich słów i bardzo ładnie je wymawia, natychmiast nadstawiła uszu.

Wymówiłam je więc jeszcze raz, tym razem powoli i wyraźnie zachęcając obecnych do powtórzenia. Wtedy Mój Hamerykański Kolega, nie mający pojęcia o języku polskim, ale bardzo ambitny w dziedzinie wymowy angielskiej i wszelkiej innej powiedział bardzo głośno i dobitnie:

- PIERDACTWO!

15:23, haneczka14 , Języki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2