Archiwum
niedziela, 09 października 2016
Pracuje, a nie ma jej w biurze

Z samolotu widać Wielki Kanion, potem jeszcze trochę lotu nad górzystą, przypominającą powierzchnię księżyca pustynią i schodzimy do lądowania w Las Vegas. Byłam tam już kilka razy, wiem więc, czego się spodziewać.  Na bagaż poczekamy sobie dłuższą chwilę (w Hameryce są lotniska, które szczycą się tym, że twoja walizka dociera na taśmę przed tobą, oraz takie, na których można zjeść obiad, zanim pakunki przyjadą). Mijamy ludzi siedzących przy pulsujących kolorami automatach do gry. Tyle na temat dobrej rady mojej cioci w Polsce – ona leci do Las Vegas??? Powiedz jej, żeby przypadkiem do kasyna nie weszła! Otóż do Las Vegas nie można przylecieć i nie wejść do kasyna, bo kasynem jest lotnisko. Co nie znaczy, że trzeba na nim grać.

Walizki dojechały, idziemy na postój taksówek. Postój nie jest tu najlepszym słowem, albowiem nikt tam nie stoi – ani taksówki, podjeżdżające, zabierające pasażerów i natychmiast ruszające, ani pasażerowie. Kolejka jest długości trudnej do określenia, bo, dobrze zorganizowanym hamerykańskim zwyczajem, dzięki wyznaczającym miejsce do stania taśmom, jest sześcio- czy siedmiokrotnie wyzawijana, ale jakby ją rozprostować, to z 500 metrów murowane. Sztuka polega na tym, że ludzki ten wąż nie stoi, tylko idzie- przesuwamy się całkiem szybko, momenty, zatrzymania nie wystarczają mi na znalezienie w torbie, gdzie, do cholery, upchałam kopertę z gotówką na napiwki.

Droga do hotelu nie jest daleka, wystarczy jednakże na zarejestrowanie kilku elementów krajobrazu. Oto billboard, standardowych rozmiarów, taki, jakie stawiane są przy autostradach. Tyle, że ten postawiono w czyimś piaszczystym ogródku. Nie reklama jest też jego treścią. Umieszczono na nim zdjęcie psa, zdaje się że york shire teriera, oraz napis głoszący, w wolnym tłumaczeniu: "Nigdy nie zapomnimy radosnych chwil, jakie było nam dane z tobą dzielić, nasz skarbie!" Zamiast nagrobka znaczy się, albo też klepsydry.

Zostawiamy bagaże w hotelu i udajemy się na teren targów. Nasze stoisko już wykończone, sprawdzamy tylko, czy wszystko działa jak powinno i udajemy się na spóźniony obiad. Od jutra zaczynają się targi, czyli pobudka, toaleta, garnitur i cały dzień na nogach. Wieczorem na kolację do jakiegoś miłego miejsca – Las Vegas, poza wieloma wadami, ma tę zaletę, że restauracji i pubów ci tutaj dostatek. Trzeba tylko uważać, żeby nie przeholować z alkoholem w miłym towarzystwie, bo nazajutrz - pobudka, toaleta, garnitur i cały dzień na nogach. Po takim tygodniu deszczowy weekend spędzony w domu jawi się jak wizja ziemi obiecanej.

01:56, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Strój służbowy

Moja firma jest wystawcą na targach przemysłowych i to ja organizuję całe z tym związane zamieszanie. Do moich obowiązków należą również drobiazgi. Takie, jak zadbanie o odpowiednie prezentowanie się zespołu obsługującego nasze stoisko. Mają być ubrani w ciemne garnitury, białe lub niebieskie koszule, a krawaty dostarcza firma (w mojej osobie), żeby było ładnie i gustownie. Jeszcze przed wyjazdem na targi wysyłam rozsianym po tym dużym kraju pracownikom poszczególnych biur delegowanym do obsługi stoiska przepustki wystawcy, a że mi głupio wkładać w tekturową kopertę fedexu po jednym małym kartoniku, dokładam też do każdej przesyłki rzeczony krawat. Niech mają od razu całe wyposażenie ze sobą.
Ku mojemu zdumieniu nikt krawata w domu nie zapomina i towarzystwo stawia się do pracy na gościnnych występach w pełnym rynsztunku. Wieczorem w pubie wymieniamy komentarze:
- Ale najlepszy numer to był z tym krawatem w przesyłce - mówi jeden z moich kolegów - moja dziewczyna, gdy go zobaczyła, stwierdziła, że jest wyjątkowo gustowny i koniecznie chciała wiedzieć, kto mi go przysłał. Nie bardzo mogłem się zdecydować, czy powiedzieć, że to ty, czy że dyrektor zarządzający... 
- Moja żona też była zdziwiona - wtrąca się drugi - kupuje mi wszystkie ubrania, ale sama przyznała, że takiego ładnego krawata w mojej garderobie jeszcze nie ma. Też była zainteresowana osobą nadawcy.
Gdy jeszcze dwóch kolegów potwierdziło, że uwagi ich partnerek nie uszedł gustowny krawat w tajemniczej przesyłce, doszłam do wniosku, że należy rozszerzyć asortyment służbowego wyposażenia na okazję targów. Myślę o obcisłych slipkach z logo na tyłku. A niech się dziewczyny ucieszą!
23:20, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 lutego 2016
Zawieja w Michigan
Jadę do Detroit. Mam reisefieber spowodowany logistycznym wymiarem planu. Nigdy tam jeszcze nie byłam, a mam zalecieć, wynająć samochód, zajechać do podmiejskiej miejscowości, w której mam przeprowadzić międzykulturowe szkolenie, pojechać do hotelu, rano oddać samochód, wsiąść w samolot i wrócić do domu. Wszystko, łącznie z hotelem, który mi zarekomendowano, zarezerwowane. Jedynym sposobem na opanowanie zbliżającego się napadu paniki jest rozłożenie myślenia o wyprawie na pojedyncze kroki - teraz jadę na lotnisko i wsiadam w samolot. O wypożyczeniu samochodu pomyślę, jak już wyląduję w Detroit. A jak będzie zawieja? Michigan znane jest z ostrych zim nie tylko dzięki Stachurze*. Ugrzęznę gdzieś w środku niczego i zaginęła babka w Czechach! Na szczęście prognoza pogody jest wręcz nietypowa jak na luty. Ma wiać, owszem, ale zapowiadana temperatura to 10 stopni Celsjusza. 
W wypożyczalni samochodów dają mi do wyboru forda albo coś dalekowschodniego. Nie jestem fanką fordów** , no ale jestem w Detroit. Forda poproszę. Focus jest nowy i ciemnoszary. Rzuca się w oczy fakt, że to nie Włosi projektowali karoserię. Wsiadam. Ruszam, jadę powodując się GPSem. Wiatr wieje, słońce świeci, gadam do siebie powtarzając na głos numery zjazdów z autostrad. Płasko, długo, daleko, drogi szerokie, zawsze przynajmniej o pas szersze niż w moich okolicach, wydaje się, że kompletnie bez zakrętów. Zjeżdżam z autostrady. Lokalne drogi mają poetyckie nazwy: 10 Miles Road, 7 Miles Road itd. Docieram na miejsce - mała mieścina, chciałoby się powiedzieć przytulna, ale główna ulica prosta jak drut, ma tam też cztery pasy szerokości. Ale są przejścia dla pieszych. Znajduję parking i cztery razy się obracam, żeby zapamiętać, gdzie to moje, wyglądające jak wszystkie inne tutejsze auta, zaparkowałam.
Po programie odnajduję je bez problemu. Już jestem wyluzowana, nawigacja tu jednak łatwiejsza, niż myślałam, a ludzie bardzo mili. Okna w tym aucie to jednak jest porażka - bardzo wąskie, a kierownica tak wysoko, że muszę zadzierać do niej ręce. Czuję się jak kurdupel za kółkiem (przy moim ponad metr siedemdziesiąt wzrostu to jednak nowość) - ledwo cokolwiek widzę. Jeszcze se tylko kapelutek powinnam ubrać*** Próbuję znaleźć wajhę do obniżenia kierownicy, bo mi omdlewają ręce. Bez skutku. Hm, to może z siedzeniem da się coś zrobić? Bingo! Siedzenie można podnieść do góry! Ostrożnie, żeby nie wybić głową dachu...
W foyer hotelu głośno, eleganckie towarzystwo, po drodze z parkingu widziałam czerwone podeszwy kilkunastocentymetrowych szpilek. Na sofie dwie damy w wieczorowych sukniach przyciągają wzrok szkarłatem ostrzyżonych na zapałkę włosów. Kilka odświętnie ubranych osób zajmuje pobliskie fotele. Zwalniam i zupełnie naturalnie okrążam je zmierzając w kierunku recepcji. Z przodu okazuje się, że dwie rosłe czerwonowłose damy to faceci.
Hotel urządzony jest ze smakiem (a nie na modłę tak często tu spotykanego "późnego rokokoko"), ma galerię sztuki, a w restauracji karta dań jest na iPadzie.   
Rano bez problemu oddaję auto, jem śniadanie na lotnisku i lecę do domu. Wycieczka dająca poczucie kontroli nad życiem i rzeczywistością, którego tak brakuje, gdy czyta się wiadomości z Polski. 



*Edward Stachura: "Tobie, albo zawieja w Michigan"
** Mieliśmy kiedyś mustanga i po dwóch latach przerdzewiało mu podwozie.
*** Gwarowo na południu Polski człowiek ubiera nie tylko siebie lub dzieci i drzewko (choinkę), ale także ubranie, buty i nakrycia głowy.
Tagi: Detroit
16:23, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 listopada 2014
Czas i przestrzeń k.u.k

Uliczka taka wąska, zbudowana jeszcze dla zaprzęgów konnych, nie samochodów. Jednokierunkowa. Wzdłuż niej proste rzędowe domki, jedno- lub dwupiętrowe, wąskie, w pastelowych kolorach. Z ulicy wchodzi się od razu do dużego pokoju, przez który przejść można do kuchni i to zwykle jest już cały parter. Drzwiami kuchennymi wychodzimy na podwórko, nie zasługujące właściwie na to miano. Ot, odrobina wolnej przestrzeni między murami. Na górze małe pokoje, łazienka, czasami dwie, jeśli są dwa piętra.

Stukamy kołatką do drzwi o znajomym numerze (ponieważ dzielnica, jak nie trudno się domyślić, jest zabytkowa, na wielu drzwiach wiszą kołatki.) Otwiera nam gospodarz i oto, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przenosimy się ze starej części Wielkiego Hamerykańskiego Miasta do wnętrza salonu k.u.k. Ciemne meble z epoki, drewniana podłoga, na ścianach obrazy w secesyjnych ramach i przepiękne kryształowe lustro. W głębi pokoju duży, owalny stół przykryty szydełkowanym, barwionym w herbacie obrusem. Przygotowane porcelanowe talerzyki i srebrne, zdobione widelczyki do ciasta. Srebrna patera. I kilka różnych likierów w zachęcających butelkach.

Z pokoju na piętro prowadzą wąziutkie drewniane schody. Łazienka nie rozczarowuje - błękitna, jasna; w wolno stojącej, białej, głębokiej, acz krótkiej wannie mogłaby pławić się Sisi. W jednej sypialni na stojącym na środku, szerokim łóżku z rzeźbionym wezgłowiem, na kilku poduszkach, siedzi ogroma lalka w krynolinie i kapeluszu. Córka gospodarza przestała się nią bawić pewnie ze dwadzieścia lat temu, ale sądząc po porcelanowej buzi, egzemplarz ten oprócz sentymentalnej, musi mieć sporą wartość nominalną. Druga sypialnia jest znacznie mniejsza, wąskie łóżko stoi pod ścianą, małe biurko pod oknem. W kącie buty do konnej jazdy, na ścianie szabla. Pamięta Wiosnę Ludów? I to już całe piętro, po jeszcze węższych schodach możemy wyspinać się wyżej, do pomieszczenia, które kiedyś było strychem, ale zostało wspaniale przerobione i teraz jest tu obszerny gabinet z drewnianym kasetowym sufitem, będący największym pomieszczeniem w domu, wyścielony dwoma dywanami, z oknami na obie strony – uliczkę od wschodu i mini-podwórko od zachodu. Robione na zamówienie półki z książkami stoją wzdłuż całej długiej ściany. W pobliżu zachodniego okna ogromne, masywne biurko. Jakżeś ty je tu po tych schodach wytaszczył? Nawet nie pytaj, zamówiłem brygadę i na ta logistyczna rozrywka zajęła im całe popołudnie.

Wracamy na dół na kawę i ciasto. Jak mówi wieszcz, powiedzieć, że styl i wyposażenie maleńkiej kuchni kontrastuje ze stylem reszty wnętrz, to nic nie powiedzieć. Nawet jak na dość już dawno rozpoczęty XXI wiek, pomieszczonko to jest cokolwiek futurystyczne. W celu maksymalnego wykorzystania miejsca, okna zrobione są w dachu (kuchnia to przybudówka, nie ma nad nią kolejnych pięter), sprowadzane z Europy urządzenia kuchenne miniaturowych (miniaturowych nawet jak na Europę, rdzennym Hamerykanom wydawać się musi, że to zabawki) rozmiarów wbudowane są w robione na miarę, niezwykle proste i eleganckie kuchenne meble z jasnego drewna.  Ekspres do kawy produkujący znakomite espresso z pianką, capucinno z takąże, czarnego szatana lub zwykłą kawę śniadaniową nie tylko sam mieli ziarna i dosypuje sobie ich tyle, ile trzeba, wyposażony jest w kilka światełek, ale i doskonałą pamięć, zaprogramowaną na różne poranne kawy i odpowiednie godziny (nie, żeby w weekend automatycznie zapełniał dom aromatem mocnej czarnej pobudki o siódmej rano, jak w dni robocze!) A w ogóle wbudowany jest w kuchenną mini-meblościankę, żeby nie zawadzał.

Kim jest właściciel tego domu na skrzyżowaniu czasu i przestrzeni?

Przeważnie rozmawiam z nim po niemiecku, chyba, że jesteśmy w nie-niemieckojęzycznym towarzystwie, wtedy przechodzimy na angielski. Mówi też całkiem dobrze po hiszpańsku (miał latynoamerykańską żonę), ale jego pierwszym językiem jest węgierski.

Skąd wziął te wszystkie stare meble, obrazy, filiżanki i robiony na szydełku, farbowany w herbacie obrus?

To dzięki amnestii. - ???

W 1956 jego ojciec był na początku studiów inżynierskich. Po tym, jak w 55 Ruscy wyszli z Austrii, nastroje na Węgrzech były bardzo optymistyczne. Tylko patrzeć, a wyniosą się też od Madziarów! W razie czego możnaby im zresztą w tym trochę pomóc - myślało i zgodnie z tym działało wielu młodych ludzi. Gdy sowiecki but nie tylko nie ruszył się z miejca, ale i docisnął, ojca wylali z uczelni z wilczym biletem. Wrócił do rodziców i zaczął rozglądać się za pracą. Bezskutecznie. Czy wszyscy bali się zatrudnić wroga ludu? Dwóch smutnych panów przychodziło regularnie i sprawdzało, czy wreszcie przestał być pasożytem społecznym. Za którymś razem wyprowadzili go na podwórko i powiedzieli, że jeśli do ich następnej wizyty nie znajdzie zajęcia, to znowu wyjdą razem na podwórko, ale on z niego już nie wróci.

Matka poszła do krawca w sąsiedztwie prosić, żeby zatrudnił chłopaka do pomocy, a tym samym, no cóż - uratował mu życie. Krawiec, będąc Żydem, aż za dobrze wiedział, co może się stać, jeśli człowiekowi odmówić pomocy.

Człowiek strzela, pan bóg kule nosi - zamiast inżynierem, ojciec został krawcem. Niedługo potem wraz z młodą żoną przez zieloną granicę przedostali się do Austrii. Mój znajomy urodził się w Wiedniu. Gdy miał kilka lat, rodzice dostali papiery i rodzina wyemigrowała do Hameryki, gdzie ojciec całe życie pracował jako krawiec.

W jakiś czas po 56 na Węgrzech weszła w życie amnestia, na mocy której dawni nielegalni emigranci mogli odwiedzać kraj nie obawiając się represji. Wtedy to pojechali zobaczyć dziadków. A ci kazali spakować, co tylko się da z rodzinnego domu i zabrać ze sobą. I tak, co przypłynęło statkiem, jest teraz w domu przy wąskiej uliczce w Wielkim Hamerykańskim Mieście.

Tagi: kuk Węgry
02:36, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 maja 2014
Dobre, bo polskie - warunki głosowania za granicą.
Pewnie dlatego, że dwadzieścia pięć lat temu zabrakło mi pięciu dni do udziału w pierwszych, półwolnych (półwolne, to jak półprawda: cała prawda, półprawda i gówno prawda) wyborach, nad czym niezwykle wtedy ubolewałam, dzisiaj bardzo chętnie robię użytek z mojego czynnego prawa wyborczego. Lubię głosować, a od kiedy mieszkam poza krajem, to jest to czynność jeszcze bardziej wyjątkowa. Do parlamentu europejskiego głosujemy korespondencyjnie. W zeszły weekend wypełniłam wniosek przez Internet i w piątek przyszła karta do głosowania z kopertami i instrukcją. Zakreślić, wsadzić w jedną kopertę, zakleić, podpisać oświadczenie o osobistym i tajnym oddaniu głosu i razem z zaklejoną kopertą włożyć do drugiej, zaadresowanej już koperty i odesłać do konsulatu. Proste, miłe i przyjemne.
Chwaliłam się przed Moim (który jest Niemcem) jak to łatwo wypełnia się ten elektroniczny wniosek i on, zachęcony moim sukcesem, spróbował dowiedzieć się, jak może oddać swój niemiecki głos. Okazało się... że nie może. To znaczy teoretycznie może, ale w praktyce nie. Bo termin dostarczenia papierowego oryginału wypełnionego i własnoręcznie podpisanego zgłoszenia do urzędu w miejscu zameldowania w Niemczech upływał w zeszłym tygodniu. Ale nawet, jakby zainteresował się tym, wypełnił, wydrukował, podpisał i chciał wysłać pocztą wcześniej, to i tak nie miałby dokąd. Nie jest bowiem w Niemczech zameldowany już od dobrych kilku lat. Nie ma tam mieszkania, domu, ani nie wynajmuje pokoju. Nie mieszka, nie płaci podatków i nie jest zameldowany. Jak widać, dla Bundesrepubliki fakt, że jest jej obywatelem, nie ma w tym świetle specjalnego znaczenia. To samo jest przy wyborach do Bundestagu i lokalnych - ze względów formalnych jeszcze nigdy, od czasu wyjazdu, nie udało mu się głosować. 
01:31, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 lutego 2014
Biało
Buria mgłoju nieba krojet, wichry sneżnyje krutja,
To kak zwier ana zawojet, to zapłaczet kak dietja.

Albo:

Nadciąga noc komety,
Ognistych meteorów błysk(...)

Czyli:

Tu gdzie mieszkam, ogłosili stan wyjątkowy, kazali nie ruszać się z domów, fabryka dzisiaj zamknięta. Od nocy napadało pół metra śniegu, który właśnie zrzuciłam z balkonu, to co pada teraz zamienia się w marznącą mżawkę, której wedle zapowiedzi ma spaść do sześciu centymetrów.
Problem polega nie na śniegu (choć wyjechać z domu chyba tylko czołgiem by się udało, bo pół metra leży też na jezdni), tylko na tym, że okolica działa na prąd - wszystko tu jest na prąd, nawet jak ogrzewanie albo kuchenka jest na gaz, to zapalnik jest na prąd i w nowszych modelach tak zabezpieczony, że zapałką się odpalić nie da. A większość sieci elektrycznej nie jest poprowadzona pod ziemią, tylko posklejane druty wiszą sobie na słupach jak na Kubie. Tylko, że na Kubie nie pada śnieg. No i jak dość dużo śniegu spadło w zeszłym tygodniu, a zaraz potem temperatura się trochę podniosła i zrobił się on ciężki, to połamał gałęzie i konary drzew, które pospadały i pourywały wiszące na słupach druty elektryczne. Większość bocznych dróg była nieprzejezdna, bo zawalona drzewami, osiemdziesiąt procent moich znajomych nie miała prądu przez kilka dni. Zaraz potem temperatura na zewnątrz spadła do -10 Celsjusza i w domach zrobiło się po pięć - sześć stopni. Kto mógł, koczował na kanapie u rodziny lub przyjaciół, którzy mieli więcej szczęścia i prąd, albo przenosił się do hotelu. Kto nie mógł, bo na przykład miał zwierzęta, których ani do hotelu, ani do cioci na dywan zabrać nie można - marzł i mył się w lodowatej wodzie. Poza tym dość dużo ludzi ma tu generatory, jak widać niezwykle przydatne w takich przypadkach.
Dzisiaj pozostaje nam mieć nadzieję, że i tym razem się uda i nam prądu nie odłączą, a na przyszłość to pewnie sprawimy sobie jednak generator. Okazjonalne huragany, zbyt ciężki jak na tutejszą sieć elektryczną śnieg i nie wiem jeszcze jakie klęski żywiołowe, zdają się tu bowiem mieć miejsce o wiele częściej niż w Europie środkowej.
sobota, 27 kwietnia 2013
Tulipany

Byłam rano w Zaczarowanym Ogrodzie. Tulipanów zatrzęsienie. Oglądam co roku tę feerię kolorów i form za każdym razem zadziwia mnie różnorodność, jaką można wyhodować z cebulek. Są tulipany klasyczne w kształcie, w każdym kolorze z wyjątkiem niebieskiego (nawet zielone są, gdy jeszcze w pączkach), niektóre cieniowane dwukolorowe, inne jakby pomalowane chińskim pędzelkiem we wzory: czerwone na żółtym, fioletowe na białym, pomarańczowe na pąsowym. Inne tulipany, złociste jak chryzantemy i kształtem zupełnie je przypominające, wielkie postrzępione, lśniące żółte głowy. W podobnym kształcie, ale jaskrawo czerwone, wyglądają zupełnie jak róże. Tulipany, przysięgłabyś, że powycinane w ząbki nożyczkami, takie, jakie malują dzieci. Idealne formy tulipanowe, jak wydmuszki z jajek. Tulipany, jak połówki wydmuszek. Tulipany wywijające trzy ze swoich sześciu nadzwyczajnie długich płatków, jak lilie. Tulipany na krótkich łodyżkach, wśród bujnych liści. tulipany na bardzo długich, bezlistnych łodygach. Tulipany postrzępione, tulipany postrzępione i zaokrąglone tak, że wyglądają jak zwariowane do kolorowości rosiczki. Rzędy białych tulipanów, odbijające od swoich kolorowych sąsiadów powagą i spokojem jakimś wiekuistym. Tulipany prawie czarne. Tulipany czarne.

Za każdym razem, kiedy ochłonę już z tego bezbrzeżnego zachwytu nad talentem Holendrów i ich uczniów, przychodzi mi do głowy, że najpiękniejsze tulipany, to są te jednolicie, czerwone, średnio wysokie, w kształcie – tulipanów właśnie. 

Tagi: Tulipany
20:20, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 lutego 2013
Energia i jej zakład
Wracam wieczorem do domu. W drzwiach kartka. Na kartce zawiadomienie od Hamerykańskiego Zakładu Energetycznego, że nas odłączą. Odłączą nas od gazu (czyli ogrzewania, w zimie, mordercy!!!) w trybie 72 godzin za nieudostępnienie im licznika. Sytuację ubarwia fakt, że licznik znajduje się na polu (czyli na zewnątrz domu - wyjaśnienie dla nieznających językowych oboczności południowopolskich) i nikomu go udostępniać nie trzeba, bo jest dostępny. Od kilku lat i nigdy nie było problemów. Doznałam skoku adrenaliny. Dzwonię do Mojego: wiesz coś na ten temat? - Oczywiście nic. - Popłaciliśmy rachunki w terminie? - Bo może to Zakład Analfabetyczny i źle na wydruku zakreślił, że zamiast za nieudostępnienie, to za niezapłacenie nam odłączenie grozi. - Popłacone.
No to dzwonię pod podany numer. Pani od razu odebrała telefon, co już mi humor lekko poprawiło i adrenalinę obniżyło, bo przygotowana byłam na rozmawianie w koło Macieju z automatami, z których ostatni okazuje się zawsze tym pierwszym, z którym połączyliśmy się już 20 minut temu. A tu - żywy człowiek i to po dwóch dzwonkach! Rozmowa nie była łatwa, ale bardzo owocna. Okazało się, że nie chodzi o zwykłe odczytanie licznika, tylko jego wymianę. Obecny jest bowiem zepsuty. A żeby go wymienić, to trzeba zakręcić gaz, a to można tylko wchodząc do domu. No dobrze, ale skąd ja miałam wiedzieć, że mamy zepsuty licznik? - Oooo, na pewno ktoś nam zostawił wiadomość. Gdzie? Przez telefon. A jaki mają numer telefonu? A ten i ten. No to się nie zgadza, to nie jest nasz numer, nie wiem, komu wiadomość zostawiali, ale nie nam. (Numer był grubo chybiony, niemożliwe, żeby ktoś się pomylił w cyferkach zapisując.) Stanęło na tym, że zdjęto nas z planu odłączenia i wyznaczono termin wizyty, kiedy to ktoś ma być w domu i licznik udostępnić. Potem musiałam jeszcze zadzwonić pod inny numer i porozmawiawszy (albo raczej poprzyciskawszy odpowiednie gudziki) zmieniłam numer telefonu przyporządkowany do naszego adresu. Tzn. myślę, że zmieniłam i myślę, że nas jutro nie odłączą.

A potem opowiadałam całą historię Mojemu, mieszkającemu  po drugiej stronie oceanu Bratu. - A mnie też wczoraj licznik do gazu wymienili, bo stary szlag trafił! - Widać Uniwersum zarządziło dla naszej rodziny niezwłoczną wymianę liczników od gazu. Bez względu na kontynent.
piątek, 08 lutego 2013
Posiadanie broni

Całkiem przypadkiem udało mi się ukuć argument nie do zbicia przeciwko posiadaniu broni. Skutecznie zbija z tropu jej tutejszych ideologiczno-wolnościowych zwolenników:  jestem za absolutnym zakazem posiadania broni, bo wiem, że sama jak najbardziej robiłabym z niej użytek!

poniedziałek, 29 października 2012
Sandy

Deszcz pada, wietrzyk wieje, ciemno, wietrzno, ponuro. Latają mokre liście i gałęzie. Drzewa się walą na druty. Wysłali nas z fabryki do domów już w południe, jutro też kazali siedzieć na tyłku. Prawdopodobnie otworzymy w środę. W sąsiednim stanie jest oficjalny zakaz poruszania się po drogach, tutaj zalecają nigdzie się nie szwendać. Komunikacja miejska i podmiejska zawieszona do odwołania. Samoloty nie latają. My mamy jeszcze prąd, ale powtarzają, że można go utracić na wiele, wiele zimnych dni i nocy (w tym kontekście usłyszałam mrożącą krew w żyłach liczbę - dziesięć). A to jeszcze się nie zaczęło. Dopiero się zacznie, za jakąś godzinę uderzy w linię brzegową, potem pójdzie do nas. Wieczorkiem, jak się ściemni. No a że to dzisiaj pełnia księżyca, to widowisko (którego bez prądu i tak nie będzie widać, czyli widowisko takie bardziej domyślne) wzmocnione zostanie jeszcze spowodowanym przez ową pełnię przypływem. 

To się nazywa historyczna chwila i największy huragan w dziejach okolicy. W każdym razie od kiedy te dzieje zaczęli zapisywać.

22:35, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5