Archiwum
czwartek, 12 października 2017
Czas huraganów II

- Już kilka razy pytałaś, więc przyszłam ci powiedzieć: rozmawiałam wreszcie z mamą!!! - Moja koleżanka pochodzi z Puerto Rico. Wyspa została przez ostatnie huragany bardzo poważnie zniszczona. Osiemdziesiąt procent ludności jest bez prądu. Dostęp do wody pitnej też nie przedstawia się najlepiej. Po przejściu huraganu moja koleżanka dowiedziała się od osób trzecich, że jej rodzinny dom stoi, matka i krewni są cali i zdrowi. Ale żeby z nimi porozmawiać, musiała czekać trzy tygodnie. Nie było łączności telefonicznej, ani żadnej innej. Wydaje mi się, że to gorzej niż w czasie wojny w Kosowie, dwadzieścia parę lat temu. Wtedy w Niemczech moi koledzy  też nie wiedzieli, co się z ich rodzinami dzieje, ale jednak udawało im się rozmawiać, ktoś w obozach dla uchodźców miał komórkę, choć to wtedy jeszcze nie była taka oczywistość i pożyczał. Znaki życia dochodziły. A tu trzy trwające wieczność tygodnie. Trzy tygodnie! Bez wojny. I bez łączności między Hameryką a należącą do niej wyspą. Teraz łączność już wreszcie jest, poczta też już działa, więc zaraz bierze się za szykowanie paczek ze świeczkami, zapałkami i tym, co potrzebne, gdy nie ma prądu, a ze sklepów już dawno wszystko zniknęło. Pewnie łącznie z octem i herbatą.

Puerto Rico ma dziwny status. Niby należy do USA, ale nie na takich zasadach, jak pozostałe stany. Nie ma mocnego przedstawicielstwa w Waszyngtonie. Prawdopodobnie dlatego traktowane jest nieco per noga, zwłaszcza gdy chodzi o wydatki na infrastrukturę - w kontynentalnej części Hameryki zapotrzebowanie jest zawsze wystarczające i pieniądze przydają się na miejscu. No i dlatego teraz tam taki klops - bo wszystko wisiało na agrafce, a jak mocniej powiało, to się urwało, a odbudować też nie będzie łatwo.

niedziela, 17 września 2017
Czas huraganów

We wrześniu zaczyna się na Karaibach sezon huraganów. Nie jest to czas całkowicie martwy turystycznie (sama nurkowałam któregoś września na Jukatanie w Meksyku i było zjawiskowo pięknie, cudna pogoda i przespokojne morze), ale zdecydowanie poza głównym sezonem. Mniej jest odwiedzających i niższe ceny. Moja znajoma z mężem wybrali się w tym roku na wrześniowy karaibski rejs statkiem. Nie trzeba być bardzo przenikliwym, żeby domyślić się, że ich drogi, w dosłownym tego słowa znaczeniu, pokrzyżowały się z huraganem Irmą. Rejs miał trwać tydzień i skończyć się w ubiegłą sobotę. W piątek kapitan miał dla nich dwie wiadomości - dobrą i złą. Najpierw zła - nie zawiną zgodnie z planem do portu. Dobra - rejs zostaje przedłużony na czas nieokreślony.

Przez kolejne cztery dni nie było mowy o zbliżeniu się do wybrzeży Florydy, skąd wypłynęli i dokąd powinni ostatecznie wrócić. Aż do środy statek z czterema tysiącami osób pływał po wodach karaibskich, trzymając się w bezpiecznej odległości od miejsc, gdzie dmuchało. We wtorek pasażerowie usłyszeli radosną wiadomość, że nazajutrz zawiną do portu przeznaczenia. Proszę się jednak przygotować na to, że wieczorem i w nocy będzie mocno huśtało. Najlepiej nie wychodzić z kajut - to tyle odnośnie patrzenia na horyzont w celu opanowania choroby morskiej. W nocy horyzontu nawet i z górnego pokładu nie byłoby zresztą widać, a rzucało podobno tak mocno, że trzeba było uważać, żeby nie spaść z koi, nie mówiąc o chodzeniu gdziekolwiek. Łazienkę przez większą część nocy okupował mąż mojej koleżanki, skądinąd weteran z Iraku i Afganistanu, tyle, że tam pustynia i góry, więc się na chorobę morską nie miał jak uodpornić. Ona, po pochłonięciu niezdrowej ilości tabletek przeciw nudnościom, żując cukierki imbirowe, jakoś dawała sobie radę, dopóki nie rzuciło tak mocno, że postawiło ją do pozycji pionowej, z czego skorzystała, żeby nałożyć kamizelkę ratunkową, przekonana, że teraz statek już na pewno pójdzie prosto na dno.

Zamiast pójść na dno, koło południa wpłynęli do Fort Lauderdale, skąd w kilka godzin później mieli lot do domu. W razie, gdyby nie zdążyli na samolot, biuro turystyczne oferowało dodatkowy, czterodniowy rejs, po śmiesznie niskiej cenie. Mimo że, podobnie jak po zejściu z karuzeli, na lądzie wszystko im się ruszało przed oczami, a nudności właściwie jeszcze się wzmogły, z oferty kolejnego rejsu jednak nie skorzystali.

poniedziałek, 31 stycznia 2011
Buenos Aires 3
Jadąc autobusem w Buenos Aires czujemy się jak w domu. Nie widziałam tam co prawda napisów: w czasie jazdy należy trzymać się uchwytów, ale najpóźniej na pierwszym zakręcie dla każdego staje się jasne, że jak najbardziej należy trzymać się uchwytów i to mocno. Część kierowców  to niezrealizowani mistrzowie Formuły 1, a druga część - Rajdu Paryż-Dakar. Ich ambicją jest jechać najszybciej jak się da, błyskotliwie pokonując każdą możliwą przeszkodę. Nawet, jeżeli jest nią pieszy.
Przyzwyczajony do ustatkowanych niemieckich autobusów Mój po pierwszej takiej przejażdżce stał się wielkim fanem taksówek. Z niezrozumiałych przyczyn doszedł do wniosku, że są one bezpieczniejsze.
Komunikacja autobusowa w Buenos Aires przypomina naszą jednakże jedynie do momentu, gdy trzeba kupic bilet i zabraknie nam bilonu. Po pierwsze, bilety kupuje się zawsze wyłacznie w autobusie (czasem, w godzinach szczytu, w celu usprawnienia wsiadania na przystankach wychodzą z autobusu umyślni, czyli rodzaj konduktorów, ale to w gruncie rzeczy też kupowanie w autobusie). Nie można kupić większej ilości biletów na zapas, zawsze tylko ten jeden na dany przejazd. Za bilety płaci się bilonem. Choć znajdujący się w autobusie automat z biletymi w razie potrzeby wydaje resztę, nie przyjmje on jednak banknotów. Nie można jechać na gapę, bo wsiada się tylko przednimi drzwiami i trzeba powiedzieć kierowcy, dokąd się jedzie, żeby mógł wstukać odpowiednią taryfę w maszynę połączoną z automatem z biletami znajdującym się za nim. Następnie idzie się do automatu i wrzuca drobniaki. Nie da się uniknąć płacenia tak, żeby kierowca tego nie zauważył. Nie można też zapłacić bezpośrednio kierowcy (można konduktorom o których była mowa powyżej, ale oni jeżdżą tylko czasami). Słowem - żeby pojechać, trzeba kupić bilet, żeby kupić bilet, trzeba mieć monety. 
A monet w Buenos Aires brak. Nie ma ich wystarczająco dużo w obiegu. Sprzedawcy dwa razy się zastanowią, zanim wydadzą człowiekowi resztę bilonem. Sprawy nie ułatwia fakt, że istnieją banknoty o bardzo drobnych nominałach (np. dwa peso istnieje jako moneta i jako banknot) i bardzo często się zdaża, że portfel wypchany mamy drobnymi pieniędzmi, ale są one papierowe, więc z punktu widzenia użytkownika kumunikacji autobusowej nieużyteczne. 
Cały ten obłęd bierze się stąd, że komunikacja miejska, lub też jej część autobusowa (bo na metro można kupić bilety wielokrotnego przejazdu i płacić za nie, czym się chce) to nie komunikacja miejska. Autobusy nie należą do miasta, tylko do wielu różnych, zupełnie niezależnych przedsiębiorców. To wyjaśnia, dlaczego biletów nie można kupić w kiosku i dlaczego nie istnieją bilety miesięczne na autobus. Nie wiadomo jednakże, dlaczego w istniejącej, jakby nie było dalekiej od monopolu sytuacji, niemożliwe jest zainstalowanie w autobusach automatów przyjmujących pieniądze papierowe. 
Łatwo sobie jednak wyobrazić, że w związku z opisaną powyżej paranoją realna wartość monet może i od czasu do czasu przekracza ich wartość nominalną. Mam na myśli kupowanie monet - ich wymianę za banknoty nominałami je przewyższające. Są to operacje finansowe nieco mniej abstrakcyjne od tych, które na Wall Street doprowadziły do ostatniego kryzysu i ich reperkusje mają zdecydowanie mniejszy zasięg, ale reakcja zdenerwowanego istniejącą sytuacją sytuacją podmiotu gospodarczego jest podobna: przecież ktoś, do cholery, powinien coś z tym zrobić!   
wtorek, 18 stycznia 2011
Buenos Aires 2

A co taka niemalże wegetarianka jak ja ma jeść w kraju pieczonej wołowiny? Ano, to, co włoscy przodkowie Argentyńczyków przywieźli tu ze sobą: sałatki, makarony i pizzę. Nawet w restauracjach specjalizujących się w grilowanym mięsie można tu zamówić kilkudaniowy wegetariański posiłek. Uspokojona, przekraczam próg restauracji. Czytam sobie kartę dań i w celach poznawczych każę mojej argentyńskiej przyjaciółce wyjaśniać, z czego składają się mięsne dania, których nazwy nic mi nie mówią. Dochodzimy do dźwięcznego słowa: morcilla (czyt: morsisza).

-       - Aaaa, to jest taka kiełbasa robiona z krwi... nie każdy to lubi...

Oczy otwierają mi się szeroko: kiszka??? (Po ogólnopolsku – kaszanka. Kiszka jest gwarowym wariantem używanym w miejscu mego pochodzenia.) Od dobrych kilku tygodni, czyli od kiedy w Wielkim Hamerykańskim Mieście zrobiło się zimno, zaczęła za mną chodzić kiszka. Grudzień, świniobicie, kiszka. Z tego ciągu logicznego dane mi było doświadczyć jednakże tylko grudnia. Nie udało mi się zjeść kiszki nawet w niemieckiej restauracji serwującej wszelkiego rodzaju grilowane kiełbaski. A tu taka rewelacja, zupełnie niespodziewanie, ni z tego ni z owego, w środku lata, ci pożeracze krów w pierwszy dzień gościny podsuwają mi kartę dań na której figuruje moje czerniawe marzenie! Oczywiście, że natychmiast ją zamawiam!!!

Wygląda trochę inaczej niż ta znana nam z Polski. Jest bardzo krótka i gruba. W środku wydaje się nie mieć kaszy, jest bardzo delikatna i po rozkrojeniu jej brązowa zawartość niemalże wylewa się na talerz (nie tyle talerz, a deseczkę, z której je się grilowane mięso). Jako zapoznana wegetarianka, mająca na koncie omdlenie na widok wypływającej z leciuteńko tylko upieczonego kawałka mięsa krwi, pilnie przestrzegam, żeby jej się za bardzo nie przyglądać i wcinam aż mi się uszy trzęsą. Smak jest ten sam, albo trochę lepszy, bo nie ma w niej kaszy! Mój, który wziął sobie na spółkę z naszą przyjaciółką jakieś, niesamowicie zresztą smaczne – spróbowałam! – pół krowy, patrzy z lekkim obrzydzeniem.

Z jeszcze większym obrzydzeniem patrzył, gdy ostatniego wieczoru przed wyjazdem zamówiłam sobie podgatunek argentyńskiej kiszki, nazywany morcilla vasca, która w swym krwistym nadzieniu ma również orzechy i rodzynki – pycha!

Po tych i kilku innych doświadczeniach z argentyńskim mięsem twierdzę, że to, co tam pod tą nazwą jadłam, to zupełnie inny produkt niż mięso, jakim dane mi było sycić głód w innych krajach i z jedzenia którego, bez specjalnego trudu, dobrych parę lat temu właściwie zrezygnowałam. Z jedzenia mięsa w Argentynie, mimo dostępnych wszędzie dań wegetariańskich, tak łatwo bowiem zrezygnować się nie da!

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Buenos Aires 1

Koniec grudnia to początek kalendarzowego lata. Poźnym przedpołudniem, na słonecznym balkonie wielkości dużego pokoju, jemy pierwsze po przyjeździe śniadanie. Pijemy mate[1] i jemy dulce de leche[2]. Gdy na otwartym tarasie robi się za gorąco, decydujemy zejść z wyżyn siódmego piętra na spotkanie z miastem.

Ulice w Buenos Aires wysadzane są drzewami. Pocztówki, na których widać miasto z lotu ptaka, nie oddają mu sprawiedliwości. Budynki są wysokie, o wiele wyższe niż drzewa i to, co widać na tych zdjęciach jawi się jak betonowa pustynia. Tymczasem spacerując ulicami idzie się wśród drzew. Nawet słynna kilkunastopasmowa Avenida 9 de Julio (Aleja 9 Lipca) ma po obu stronach szerokie, zadrzewione pasy zieleni. Dobrzy znajomi z południa Europy, wśród których rej wiodą platany, sąsiadują tu z roślinami charakterystycznymi dla Ameryki Południowej.

Ścisłe centrum w środku dnia pracy tętni życiem. Ze skrzyżowania Floridy i Avenida Corrientes widać Obelisk. Wydaje się mniejszy niż na pocztówkach. Wiem dlaczego – przypadkowo udaje się zrobić mu zdjęcie, na którym też wygląda monumentalnie. Już taki jest fotogeniczny. Przed Casa Rosada przybieramy pozy „Don’t cry for me Argentina”. Niedaleko ma miejsce cicha demonstracja weteranów wojny o Malwiny. Idziemy nad rzekę i po spacerze nabrzeżem do Puenta de la Mujer (most kobiety), dziwnie fallicznego w kształcie, decydujemy, że pora na obiad. 

[1] Napar z ostrokrzewu paragwajskiego (llex paraguariensis) pije się w Argentynie jak kawę lub herbatę, choć sposób przyrządzania i podawania jest odmienny.

[2] Krem karmelowy, argentyński odpowiednik nutelli.

czwartek, 01 lipca 2010
Mundial

W zeszłym tygodniu rozmawiałam ze znanym ze swojej dyplomacji i politycznej poprawności kolegą z pracy. Pochodzi on z Ameryki Łacińskiej, ale wychowywał się w Kalifornii i mówi po angielsku bez hiszpańskiego akcentu. Zeszło nam na Mistrzostwa. Zapytałam, czy ogląda transmisje na kanale angielsko- czy hiszpańskojęzycznym. Odpowiedź była ciekawa: niestety, hiszpańskojęzyczni komentatorzy w USA są w 300 procentach promeksykańscy, a jeśli chodzi o piłkę nożną, to on, będąc z Gwatemali, jest absolutnie antymeksykański. Następnie zapytał mnie, komu kibicuję. Po krótkim namyśle odparłam, że chyba Argentynie. Która prawdopodobnie jest dla niego jeszcze gorsza niż Meksyk*, dodałam po chwili. A wcale że nie, padła odpowiedź. W dziedzinie futbolu jest on bowiem zdecydowanie anybrazylijski, a w tej sytuacji Argentyna jest całkiem niezłym rozwiązaniem.**

No i to tyle, jeśli chodzi o bratające narody wydarzenia sportowe...

*Argentyńczycy uchodzą w Ameryce Łacińskiej za zarozumialców i nie cieszą się specjalną popularnością.

**Tradycyjne Brazylijsko-Argentyńskie animozje jeszcze w czasie mistrzostw przybierają na sile.

niedziela, 26 lipca 2009
Mała Wyspa II
Za restauracją jest niewielki, ale głęboki basen, w którym odbywają się pierwsze lekcje początkujących nurków. Basen i jego bezpośrednie otoczenie to jedyne miejsce na terenie hotelu, gdzie docierają promienie słoneczne. Reszta tonie w głębokim, tropikalnym cieniu.
Pierwszego dnia było mi dane usiąść pod pajęczyną, której autor(ka) rozmiarami swoimi znacznie przekraczała wszystkie te potwory mieszkające za słomianą matą w pokoju mojego dzieciństwa. Nie miała jednak owłosionych nóg, w związku z czym nie odbiegłam z krzykiem, tylko ze stoickim spokojem się jej przyjrzałam. Odkryłam z zainteresowaniem, że wszystkie jej stawy (32?) wcale nie są czarne, jak reszta ciała, lecz zielono-żółte. Miał(a) też jakieś pasujące plamki na korpusie.
Ale absolutnym hitem wyspy są kraby. Wyglądają jak zrobione z taniego odpustowego plastiku w różnych kolorach: wyblakłym żółtym, różowym, beżowym, a najwięcej jest niebieskich. Mają wyłupiaste oczy jak wizjery czołgu i bardzo szybko biegają, ale wyłącznie w bok. Idąc drogą widzi się na poboczu dziury trochę takie, jak robią nornice. Z dziur tych zaś łypią na nas żwawo ruszające się różnokolorowe oczy. Często cała armia siedzi na zewnątrz. Robi to trochę niesamowite wrażenie, gdy nagle wszyscy, bez wzglądu na kolor, zaczynają biec w bok, każdy do swojej dziury.
Po jakimś czasie człowiek przyzwyczaja się do huku mango. Wysnuliśmy przypuszczenie, że spadające te pociski są największym zagrożeniem dla odwiedzających wyspę. I że poza ubezpieczeniem dla nurków, należy też wykupić polisę od uszkodzenia przez spadające z wysokości drugiego piętra mango...
Zaliczyliśmy też trzęsienie ziemi, nawet nie takie słabe: 5,7. Dowiedzialiśmy się o nim jednak z drugiej ręki, bo akurat byliśmy pod wodą na rafie koralowej. Naoczni świadkowie znajdujący się na lądzie opowiadali, że najpierw z drzew posypały się wszystkie w miarę dojrzałe mango, potem słychać było dziwny, do niczego niepodobny odgłos, któremu towarzyszyło ogólne drżenie wszystkiego. Pokojówka, która akurat sprzątała pokój znajomej zamarła na tę chwilę stojąc w futrynie drzwi, a po chwili wszystko ucichło, jakby nigdy nie miało miejsca. Na rafie zaś widać kilka połamanych koralowców i głębokie rysy spowodowane silnym trzęsieniem, które miało miesce w zeszłym roku.
poniedziałek, 13 lipca 2009
Mała wyspa I
W połowie czerwca przylecieliśmy na małą wyspę, w pobliżu większej wyspy u wybrzeża Hondurasu. Samolocik, który nas wiózł z kontynentu miał urok i rozmiary starego autobusu PKS-u. Leciał na tyle nisko, że piloci nie pozamykali okien, bo w upalne tropikalne południe dobrze jest mieć nawiew powietrza. Nawet, jeśli jego temperatura grubo przekracza 30 stopni Celsjusza. Z przypominającego boisko do gry w nogę w mojej starej podstawówce lotniska dotarliśmy do hotelu złożonego z drewnianych chatek ustawionych w bujnym zwrotnikowym ogrodzie, przypominajacym ujarzmioną dżunglę. Dżungla ta produkuje głęboki cień o każdej porze dnia, w związku z czym zawsze miło jest powisieć w hamaku na werandzie chatki. Czasem zdaje się człowiekowi, że wisi w łaźni parowej, ale słońce nie dopieka tam nigdy. Komarów jest bez liku, ale nie przenoszą podobno żółtej febry, a poza tym od czego "Off"? 
Na środku hotelowej dżungli znajduje się restauracja pod blaszanym dachem i bez ścian. Odświeżywszy się po przyjeździe usiedliśmy tam by, sącząc alkohol, poczekać na kolację. Siedzimy, rozmawiamy, a tu nagle: BUM!!!! Ktoś strzelił z pistoletu zaraz koło ucha. Jednocześnie nad stołami rozsnuł się dym wskazujący na użycie ślepaka. Nie zdążyliśmy jeszcze zdecydować, czy rzucić się na ziemię, czy też podnieść przezornie ręce do góry, gdy obfita bufetowa powiedziała spokojnie: - Aaaa, bo wy jesteście nowi, to nie wiecie: to mango spadają z drzewa na blaszany dach i robią taki huk. Przyzwyczaicie się i po kilku dniach nie będziecie tego zauważać.
No, a że właśnie rozpalano w piecu na pizzę, lekki wiatr zawiał dymem z wilgotnego drewna w naszą stronę...
piątek, 24 października 2008
Z Meksyku 5

Rumcajs porzucił Stumilowy Las i przeprowadził się na Riwierę Majów. Zrobił licencję kapitana łodzi i pracuje u Naczelnego Nurka. Kapelusz ma nie czerwony, tylko khaki i zakłada go tylko, gdy deszcz leje na morzu, ale wtedy jedno spojrzenie wystarcza, by się przekonać - to Rumcajs we własnej osobie. Nie trudzi się już, co prawda zawodowo rozbojem, ale co jakiś czas stare przyzwyczajenia się w nim odzywają. Szczególnie niebiezpieczne są momenty, gdy dostanie za dużo pieniędzy na raz. Idzie wtedy do portu i ze zbójecją fantazją stawia każdemu, kogo spotka. Oczywiście forsa kończy się w trzy sekundy i Rumcajs musi chodzić na pożyczki, żeby go żona z domu nie wyrzuciła. Sytuacji nie ułatwia fakt, że w pijanym widzie wdaje się w bójki i Naczelny Nurek musi go potem wykupywać z więzienia.

Jeden z jego pięciu czy sześciu braci bardzo chciałby pracować u Naczelnego Nurka. Ilekroć Rumcajs zapije i nie przyjdzie do roboty, brat zjawia się raniutko na zastępstwo. Naczelny Nurek zwalniał Rumcajsa już kilka razy. Kiedyś przyjął na jego miejsce brata. W odpowiedzi na tę nieprzemyślaną decyzję kadrową Rumcajs sprał brata tak, że ten zrezygnował z posady. Teraz namawia Nurka, żeby, kiedy znowu nadejdzie czas na wyrzucenie Rumcajsa, przyjał na krótko kogoś innego, szybko go zwolnił i wtedy przyjął jego. Liczy, że manewr ten powstrzyma Rumcajsa od dalszych rękoczynów.

piątek, 17 października 2008
Z Meksyku 4

Czym różni się kraj Trzeciego Świata od przodującego kraju krwiożerczego kapitalizmu? Na przykład rachunkami za prąd.

Przez pewien czas wynajmowaliśmy hamerykańskie mieszkanie w dość dużym budynku. Ponieważ, w odróżnieniu od 99 procent Hamerykanów nie używamy w domu klimatyzacji, bardzo nas dziwiło, że rachunki za energię płacimy latem wyższe niż mroźną zimą. Kiedy doszło do tego, że firma energetyczna podsumowała nas bardzo wysoko za letni miesiąc, który spędziliśmy w Europie, wyświetliliśmy wreszcie, jak cwaniaki naliczają prąd: koszt zużytej przez cały budynek energii dzielą równo przez ilość mieszkań. W ten sposób sponsorowaliśmy wyjącą koło naszego balkonu klimatyzację sąsiada z poddasza. Ponieważ nie mieliśmy dostępu do liczników, a miła pani w dziale obsługi klienta obstawała przy tym, że doskonale widzi w swoim komputerze, iż w minioną sobotę zużycie prądu u nas było wyjątkowo duże (w weekend ów nie było nas w ogóle w domu), nie pozostawało nic innego, jak przestać płacić i kazać im zrobić wewnętrzne dochodzenie. Niestety Mój, gdy nie było żadnych wyników owej kontroli, a rachunki zaczęły zalegać, złamał się i ze strachu, że nas Wujek Sam odłaczy kompletnie, owe zawyżone rachunki popłacił (nie przyznał mi się zresztą do tego od razu. Ciekawe, dlaczego?)

Nasi mieszkający w Meksyku hamerykańscy znajomi przeprowadzili się ostatnio do większego domu. Wszystko już zostało przerejestrowane, czekają jeszcze tylko, aż zamontowane zostaną liczniki na prąd. Czekają już czwarty miesiąc. Co jakiś czas sprawie nadany zostaje kolejny urzędowo-energetyczny numer i fachowcy mają przyjść w określonym terminie. Następnie termin mija, a fachowców ani śladu. Procedura nadawania sprawie numeru i umawiania fachowców zaczyna się od nowa, fachowcy znowu się nie zjawiają, czas mija, a nasi znajomi nie płacą za prąd ani peso. Bardzo ich to denerwuje, nie mogą zrozumieć, że zakład energetyczny nie jest zainteresowany ściąganiem należności. Zakład energetyczny nie ściąga zresztą należności od większej ilości odbiorców. Na przykład właściciel knajpy z najlepszą na Półwyspie paellą, znając kogoś odpowiedniego w energetyce zapobiegł zamontowaniu licznika zaraz na początku i teraz światło, roztańczone wentylatory i kuchnia działają już trzeci rok za friko...

 
1 , 2