Archiwum
poniedziałek, 02 grudnia 2013
Wróżby i wróżbici
Dawno, dawno temu, na najstarszym niemieckim uniwersytecie, jeden z moich profesorów od literatury był z zamiłowania astrologiem. W praktykowaniu owego hobby posuwał się tak daleko, że stawiał osobiste horoskopy swoim ulubionym studentom. Mnie też taki zaszczyt kopnął i miałam okazję dowiedzieć się, co mówią gwiazdy. Bawiłam się przy tym świetnie, a mój astrolog wydawał się być pod dużym wrażeniem owego horoskopu, przy czym, w odróżnieniu ode mnie, traktował go zupełnie poważnie.
Minęło czasu mało-wiele, przeprowadziłam się na inny kontynent. Wiele firm, zresztą nie tylko w tej zwariowanej Hameryce, w której przyszło mi żyć, przeprowadza swoim potencjalnym pracownikom, albo takim, których podejrzewa o możliwości awansu, testy na osobowość. I ten zaszczyt mnie kopnął (najpierw zrobili mi jeden test i przyjęli mnie do roboty, a teraz robią inne, ulepszone testy większej grupie osób - patrz punkt drugi). Z mającej miejsce po tym drugim teście indywidualnej rozmowy z panią psycholog dowiedziałam się... mniej więcej tego, co dawno, dawno temu powiedziały mi gwiazdy ustami niemieckiego specjalisty od Rilkego i Hofmannsthala. 
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Ci, co widzieli, mówią

że w Afganistanie jest pięknie. Góry widać przeogromne, a gwiazdy można zbierać rękami. I na Drogę Mleczną, zdaje się, że można wejść jednym krokiem.

Sprzedają tam płaskie chlebki nan i posypują je cynamonem i curry, co wbrew pozorom tworzy wspaniałą kompozycję.

I tylko pola makowe ciągle trzeba palić.

środa, 14 grudnia 2011
Mesjasz Händla i niedobre powietrze

W krajach anglojęzycznych Mesjasz Händla grany i śpiewany jest w okolicach Bożego Narodzenia, w odróżnieniu od krajów kontynentalnej Europy, gdzie wykonuje się go raczej na Wielkanoc. Zgodnie z początkowym założeniem zresztą, bo pierwsze jego wykonanie miało miejsce na Wielkanoc w Dublinie, w 1742 roku.

Teraz chciałam usłyszeć go na żywo i poszliśmy na koncert, o tyle interesujący, że wykonywany z użyciem instrumentów barokowych, jak za czasów kompozytora. Koncert był w kościele katolickim, a dokładniej w opactwie klasztornym. Gdy słyszę słowo "opactwo", staje mi przed oczami budowla z poźnego gotyku. Zabudowania klasztorne z zasady zaś nie powinny być nowsze od Dzwonu Zygmunta. Jak łatwo sobie wyobrazić, to ukształtowane Królewskim Miastem oczekiwanie nie może być spełnione w kraju, w którym trzystuletnie budynki stanowią odpowiednik naszej Osady w Biskupinie.

Podjechaliśmy więc na parking wśród zieleni (lub tego, co w lecie jest zielenią) i mijając ciekawa architekturę z drugiej połowy XX wieku weszliśmy do kościoła w podobnym stylu. W odróżnieniu od współczesnych cudów architektury sakralnej, jakie można oglądać w Podobno Coraz Mniej Katolickim Kraju Środka Europy, ten był w dobrym guście. Usiedliśmy w drewnianej ławce i z jękostęku, jaki wydał z siebie Mój, wiedziałam już, że nie będzie to łatwe siedzenie. Ławka zaprojektowana była tak przemyślnie, żeby w żaden sposób nie można było w niej zasnąć - jak tylko człowiek się trochę rozluźniał, to zaraz się z niej zsuwał. Ku mojej ortodoksyjnej zgrozie, nie było też klęcznika!

Po krótkiej chwili stwierdziłam, że brakuje mi powietrza. Jeśli natychmiast ktoś nie otworzy tu okna, to zemdleję. Od eskalacji paniki uchronił mnie nie dokończony komentarz Mojego:

- Tu czuć...

Taaak - naftaliną i zastałym kadzidłem! No to jesteśmy w domu; myśląc logicznie, nie może brakować mi powietrza, bo siedzimy niedaleko otwartych drzwi. Przypomniałam wiec sobie ulgę, z jaką w wieku 19 lat stwierdziłam, że drogi moje i zinstytucjonalizowanej ideologii teraz już jawnie rozejść się mogą (i nie mam tu na myśli upadku komunizmu).

Duszność ciągle jeszcze trochę mnie męczyła, ale na szczęście zaraz zaczął się koncert, który odwrócił uwagę diabła, przez którego najwyraźniej jestem opętana, od zawartości moich płuc i kazał skupić na muzyce.

15:04, haneczka14 , Dygresje
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Byłam daleko, ale już wróciłam II
Na Ojczyzny łonie miło mi było. Przez dwa tygodnie zjadłam około 20 litrów barszczu i dopiero pod koniec pobytu przerzuciłam się na żurek. Ponadto pochłaniałam wszystkie inne przyciężkawe artykuły spożywcze w ilościach ogromnych, żeby odbic sobie za nie wiem już ile lat niebywania TAM w zimie. Krewni i Znajomi Królika stanęli na wysokości zadania i, korzystając z tej urzędowej drogi, oficjalnie wszystkim obwieszczam, że nie, nie wyszłam od Was głodna i wszystko niesłychanie mi smakowało!!!
Cóż, Ojczyzna ma w zimie niebywały wprost urok. Nawet przy tych  minus 15 Celsjusza, jakimi dane mi się było rozkoszować. Pod warunkiem, że nie pojedziemy na przeszywające nas orzeźwiającym zefirkiem prosto z Syberii równiny Mazowsza, lecz rozsądnie zatrzymamy się w jednym lub drugim Mieście Królewskim, które od zimnych wiatrów, tudzież co bardziej porywczych wiatrów historii, odpowiednio są osłonięte. 
Jadąc z mniejszego do większego Miasta Królewskiego zbudowaną za c.k. czasów trasą kolejową i słuchając niepowtarzalnej melodii rozmów tutejszego ludu, po raz kolejny utwierdzilam się w przekonaniu, że miejsce, z którego pochodzę, to może i Jeszcze Polska, ale chyba już Górne Węgry.
W dużym Królewskim otoczył mnie inny akcent i dane mi było odnowić kontakt z europejską kinematografią za pomocą jednego filmu polskiego, jednego czeskiego i jednego niemiecko-polskiego. Otulające nas grubym płaszczem zimy wieczory, spędzałam zaś na piciu alkoholu i (biernym) paleniu papierosów w, ach jakże bliskich sercu, a rodowymi maszynami do szycia, lub też ukrytymi w szafach do następnych pomieszczeń przejściami, zdobionych miejscach. 
Wracając zaś spacerem pod niebem pełnym gwiazd i wietrząc płuca z dymu tytoniowego rześkim powietrzem przetykanym igiełkami mrozu, po raz kolejny doszłam do wniosku, że cywilizowany człowiek nie powinien mieszkać w większej odległości od gospody, niż jest ją w stanie pokonać na własnych chwiejnych nogach. Nie bez znaczenia jest tu też infrastruktura, albowiem co przyszłoby nam z gospody mieszczącej się w pobliżu, gdy po drodze chodnika nie ma i nawet absolutnie trzeźwi spacerowicze narażeni są na natychmiastową śmierć przez przejechanie!

22:55, haneczka14 , Dygresje
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 kwietnia 2008
Dla Hadarech

Nie wiem, w czym rzecz, ale nie udaje mi sie komentowac cudzych blogow - ciagle dostaje wiadomosc, ze URL jest niepoprawny, albo prosze mnie o podanie poprawnego kodu z obrazka.

Na blogu Hadarech wpisalam ten kod z milion razy i nie chwycilo, a chcialam powiedziec w kontekscie ostatniej notki:

Hadarech,

A wiesz, ze to Twoje wyjaśnienie do mnie przemawia? Tzn. wyjaśnia. I jakkolwiek przestrzeganie koszernosci jedzenia nie byloby dla mnie, to uwazam, ze nikomu nie zaszkodziloby zastanowic sie chwile nad tym, co i jak sie je i czemu/komu sie zawdziecza to, ze nie burczy nam w brzuchach. Pozdrowienia.

16:51, haneczka14 , Dygresje
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 grudnia 2007
Dygresja - Barcelona

Ja tu na obczyźnie jestem i nie wszystkie bestsellery od razu po ukazaniu się czytam, no ale przecież to "Lubiewo" w końcu jednak, a dokładniej w ciągu ostatnich dwóch dni, przeczytałam. Przeczytałam, pochłonęłam i wciągłam.*

Czytając przypomniała mi się taka jedna Emerytka, com ją widziała w Barcelonie. Był koniec wieku, świat jawił się jako miejsce bezpieczne i otwarte, ja byłam go strasznie ciekawa (nie, żebym teraz była mniej ciekawa, ale z niesmakiem muszę przyznać, że się o wiele ostrożniejsza zrobiłam. Nie będziemy tu zgłębiać zagadnienia, jaki wpływ na to miała Hameryka, w ogóle na czas tego wpisu zostawimy Hamerykę na uboczu, czyli tam, gdzie, poniekąd, jej miejsce:-)

Zanim napiszę o Emerytce, muszę trochę rozwinąć wstęp. Byliśmy w Barcelonie i nie chcąc ograniczać się do oglądania zapierających dech w piersiach zabytków i absolutnie odjechanego Gaudiego (kto nie był w Barcelonie, ten nie wie, ale jak ma szansę, to niech pojedzie), w porze obiadowej zeszliśmy ze szlaków turystycznych w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia i Kolorytu Lokalnego. Ponieważ kolega, który miał dwa metry wzrostu i ćwiczył karate stwierdził, że z wariatami szukać guza nie będzie, ostaliśmy się we trójkę z równie jak ja ciekawą świata koleżanką i kolegą wzrostu, jak sam o sobie mówił, siedzącego psa. Cóż - ducha nie wedle powłoki cielesnej się mierzy. Szliśmy sobie tak, szli podejrzanymi zaukami, aż w końcu jedna z obszczanych uliczek doprowadziła nas na niewielkich rozmiarów plac, na którym rosły palmy, stał kontener na śmieci i młodzi tubylcy grali w piłkę. W rogu placu zauważyliśmy krzesła i stoliki - knajpa z ogródkiem! Miejsce zdało egzamin na nieturystyczność, więc usiedliśmy przy stoliku, dogadując się po części na migi (mój hiszpański był jeszcze wtedy w powijakach, a karty dań w tym zajeździe w ogóle nie mieli, trzeba było zamawiać z tego, co wypisano kredą na czarnej tablicy u wejścia) i dostali całkiem przyzwoite jedzenie i wino.

Ludzie siedzący w ogródku byli miejscowi i trochę się nam przyglądali, a trochę nie. My przyglądaliśmy się im, oczywiście zachowując europejskie standarty dobrego wychowania, ile wlezie. Emerytka siedziała dwa stoliki dalej. Miała pełną fryzurę ułożoną w fale i pofarbowaną na kolor czarno-rudawy. Na palcach dzikie pierścienie. Koszulę letnią hawajską, długie lniane spodnie. Na nogach klapusie plastikowe, brudnoróżowe, z kwiatkiem typu margaretka też w brudnym różu, już cokolwiek schodzone. Najprawdopodobniej nie jest łatwo dostać podobne obuwie w takim rozmiarze. A może były to po prostu jego ulubione klapusie i nie ważne, że już podniszczone? Jednak najważniejszym akcentem był wąs. To musi być coś hiszpańskiego. Ostatecznie Salvador Dali też miał bardzo ważne wąsy. I inni. Franco? No dobrze, zostawmy historię Iberii. Wąs emerytki przypominał mi jako żywo tę małą szczotkę do nakładania czarnej pasty na buty, co jest w domu moich rodziców. Taki był gęsty, czarny i szeroki. Widać było, że jest jej dumą i ukochaniem, najprawdopodobniej też znakiem firmowym. Założę się, że o fryzurę na głowie, też przecież zadbaną, nie troszczyła się ani w połowie tyle, co o tego wąsa. Jasne było, że go sobie farbuje, nie byłam tylko pewna, czy również szczotkuje.

Zjedliśmy, wypili, posiedzieli tak jeszcze trochę w miłym towarzystwie, ale że nie mieli tam deserów (knajpa była nastawiona na zaspokajanie li tylko bardzo podstawowych potrzeb), zebraliśmy się, żeby iść dalej. Po drodze jeszcze widzieliśmy, jak mieszkaniec trzeciego piętra jednej z kamienic otaczających plac rzuca pustą flaszką i mało nie trafia przechodzącego akurat koło kontenera na śmieci faceta o hebanowym kolorze skóry.

*Dla purystów: wiem, że poprawna forma, to "wciągnęłam", to tutaj to stylizacja, zainspirowana zresztą genialnym językiem książki.

16:57, haneczka14 , Dygresje
Link Komentarze (3) »