Archiwum
czwartek, 10 listopada 2016
Listopad, dla Polaków (i nie tylko) niebiezpieczna pora

Kilka dni temu, jadąc z pracy do domu zatrzymałam się na światłach i opadła mnie pewność, że w tych wyborach wygra Zaczeska. Posmutniałam, usiłowałam przez resztę dni do wyborów podtrzymać w sobie nadzieję, że jednak rozsądek zwycięży, ale cały czas miałam wrażenie, że się oszukuję i że to byłoby zbyt piękne. Po Polsce w 2015 i Brexicie trudno mi już widać oczekiwać pozytywnych wyników wyborów. No i kiedy dzisiaj rano obudziłam się o piątej, bo śnił mi się jakiś horror, w którym musiałam uciekać z Florydy, a potem nagle z Berlina, a tak w ogóle, to byłam jednocześnie dwoma osobami i obie musiałyśmy uciekać. No więc jak się obudziłam i spojrzałam na wiadomości, to co prawda zemdliło mnie, ale nie mogę powiedzieć, żebym była zaskoczona.

Zaskoczonych jest natomiast sporo republikanów wokół mnie. Jasne, że to ci bardziej otwarci, których kandydat ich partii nie zainspirował na tyle, żeby udali się do punktów wyborczych. Jeden gość, słysząc wyniki nie poszedł do pracy, drugi chce urządzić w domu popijawę w stylu zalewania robala z udziałem głównie demokratów, trzecia koleżanka jeszcze po południu była w szoku...

A w Mojego, spokojnego, ugodowego, przyłóż do rany, Niemca, wstąpił duch rewolucji: nie można się poddawać! Tutaj na pewno też będą demonstracje! (Mój, nolens volens, od roku jest na bieżąco z wydarzeniami w Polsce.) My też będziemy protestować! Nie można siedzieć z założonymi rękami! Bezczynnością nic się nie zmieni!

Ja to jednak mało go znam...

wtorek, 01 listopada 2016
Strach ma wielkie oczy

- Mój teść jest bardzo prawicowym konswerwatystą, z całym należnym bagażem uprzedzeń. Możecie sobie wyobrazić, że zajęło sporo czasu, zanim się do mnie przekonał - opowiada zamieszkały od dwudziestu lat w Hameryce i ożeniony z białą Hamerykanką Tunezyjczyk. - W końcu jednak udało nam się ułożyć dobre stosunki rodzinne. Teraz chętnie tu przyjeżdża. Czasem przycina nam drzewa i krzewy, bo to takie męskie zajęcie, wymagające siły i determinacji! No, a piła łańcuchowa też wzbudza przecież należny respekt - śmieje się nasz rozmówca. - Nic więc dziwnego, że gdy nominowano Trumpa na kandydata partii republikańskiej, wierny jej wyborca wpadł w zachwyt. Zachwyt ten trwał nieprzerwanie do momentu, kiedy Trump ogłosił, że chce deportować ze Stanów wszystkich Muzułmanów. W teścia jakby piorun strzelił: "Takiego durnia nominowali, takiego skończonego idiotę! Mój zięć jest Muzułmaninem, znam go od wielu lat, traktuje moją córkę jak księżniczkę, a ten skurwiel go tu z kraju będzie wyrzucał! No niedoczekanie!!!"

Nie ma to jak poznanie.

niedziela, 09 października 2016
Pracuje, a nie ma jej w biurze

Z samolotu widać Wielki Kanion, potem jeszcze trochę lotu nad górzystą, przypominającą powierzchnię księżyca pustynią i schodzimy do lądowania w Las Vegas. Byłam tam już kilka razy, wiem więc, czego się spodziewać.  Na bagaż poczekamy sobie dłuższą chwilę (w Hameryce są lotniska, które szczycą się tym, że twoja walizka dociera na taśmę przed tobą, oraz takie, na których można zjeść obiad, zanim pakunki przyjadą). Mijamy ludzi siedzących przy pulsujących kolorami automatach do gry. Tyle na temat dobrej rady mojej cioci w Polsce – ona leci do Las Vegas??? Powiedz jej, żeby przypadkiem do kasyna nie weszła! Otóż do Las Vegas nie można przylecieć i nie wejść do kasyna, bo kasynem jest lotnisko. Co nie znaczy, że trzeba na nim grać.

Walizki dojechały, idziemy na postój taksówek. Postój nie jest tu najlepszym słowem, albowiem nikt tam nie stoi – ani taksówki, podjeżdżające, zabierające pasażerów i natychmiast ruszające, ani pasażerowie. Kolejka jest długości trudnej do określenia, bo, dobrze zorganizowanym hamerykańskim zwyczajem, dzięki wyznaczającym miejsce do stania taśmom, jest sześcio- czy siedmiokrotnie wyzawijana, ale jakby ją rozprostować, to z 500 metrów murowane. Sztuka polega na tym, że ludzki ten wąż nie stoi, tylko idzie- przesuwamy się całkiem szybko, momenty, zatrzymania nie wystarczają mi na znalezienie w torbie, gdzie, do cholery, upchałam kopertę z gotówką na napiwki.

Droga do hotelu nie jest daleka, wystarczy jednakże na zarejestrowanie kilku elementów krajobrazu. Oto billboard, standardowych rozmiarów, taki, jakie stawiane są przy autostradach. Tyle, że ten postawiono w czyimś piaszczystym ogródku. Nie reklama jest też jego treścią. Umieszczono na nim zdjęcie psa, zdaje się że york shire teriera, oraz napis głoszący, w wolnym tłumaczeniu: "Nigdy nie zapomnimy radosnych chwil, jakie było nam dane z tobą dzielić, nasz skarbie!" Zamiast nagrobka znaczy się, albo też klepsydry.

Zostawiamy bagaże w hotelu i udajemy się na teren targów. Nasze stoisko już wykończone, sprawdzamy tylko, czy wszystko działa jak powinno i udajemy się na spóźniony obiad. Od jutra zaczynają się targi, czyli pobudka, toaleta, garnitur i cały dzień na nogach. Wieczorem na kolację do jakiegoś miłego miejsca – Las Vegas, poza wieloma wadami, ma tę zaletę, że restauracji i pubów ci tutaj dostatek. Trzeba tylko uważać, żeby nie przeholować z alkoholem w miłym towarzystwie, bo nazajutrz - pobudka, toaleta, garnitur i cały dzień na nogach. Po takim tygodniu deszczowy weekend spędzony w domu jawi się jak wizja ziemi obiecanej.

01:56, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 września 2016
Prywatne coraz bardziej jest polityczne

Obchodzą mnie bardzo wiadomości z kraju. Większość dorosłego życia spędziłam co prawda poza jego granicami, tym niemniej Polska jest dla mnie ideą fix i naprawdę zależy mi na tym, żeby panowała tam wolność, równość i braterstwo, że się tak podeprę hasłem Republiki*, do której kiedyś było nam, podobno, blisko. Kiedy więc dochodzą do mnie wieści o tym, co się wyprawia w tym już-prawie-katotalibanie, to na zmianę ogarnia mnie niedowierzanie, wściekłość, albo taka nagła kurwa rzuca mnie po ścianach, że tylko palce gryźć, bo mnie ocean od Was oddziela i nie biorę udziału w marszach, protestach i manifestacjach, ani też nie udzielam się w jakikolwiek inny sposób na miejscu. Dlatego, przynajmniej tutaj, bo wiem, że parę osób te moje wypociny czytuje, oświadczam, że z całego serca swego, z całej duszy mojej i (no właśnie, wbite swego czasu mentalnym batem regułki KK mi na tej wolności już z głowy wywietrzały - wiem, że tam jeszcze z całego czegoś było) jestem PRZECIW jakiemukolwiek wpływowi jakiegokolwiek kościoła albo związku wyznaniowego na stanowienie lub stosowanie prawa w Polsce (lub w ogóle gdziekolwiek, ale że mam obywatelstwo polskie, to się czuję upoważniona do zabierania głosu w tym kontekście). Wszystkie kobiety i dziewczyny protestujące na czarno przeciwko faszystowskim pomysłom: choć nie ciałem, to duchem jestem z Wami. Nawet nie musicie mojego biednego serca jeszcze palić w aloesie**, a już jestem z Wami!!! 

* Mowa o Francji, oczywiście.

** Chętnie założyłabym, że każdy wie, skąd ten aloes, ale program nauczania w szkołach teraz podobno bardzo się zmienił, więc na wszelki wypadek, jakby się tu jaki/aś młodszy/a czytelnik/czka zabłąkała - to ze Słowackiego, ten aloes. Juliusza, nie języka. 

sobota, 17 września 2016

Moja mieszkająca od szesnastu lat w Anglii przyjaciółka tegoroczne wakacje spędziła w krajach niemieckojęzycznych. Wraz ze świetnie mówiącym po polsku mężem Anglikiem i dwojgiem dzieci przejechali z północy na południe przez Niemcy, zatrzymując się w kilku miastach, a w Szwajcarii odwiedzili w Zurychu znajomych, z którymi nie widzieli się od ładnych paru lat. On jest Szwajcarem o słoweńskich korzeniach, ona Węgierką, a ponieważ poznali się na studiach w Krakowie, obydwoje mówią po polsku. Zobaczywszy jeszcze kawałek Austrii, i zawitawszy na chwilę do Polski, moja przyjaciółka z rodziną wróciła do Londynu. Niedługo później ich z kolei odwiedzili znajomi z Argentyny. Ona mówi po angielsku, on natomiast nie bardzo. Przygotowując dzieci na tę wizytę, moja przyjaciółka zaproponowała starszemu, żeby próbował rozmawiać z gościem po hiszpańsku, którego od niedawna uczy się w szkole. Młody człowiek, nie bardzo widać wierząc w swoje hiszpańskojęzyczne kompetencje, odpowiada szczerze:

- Ale jak się nie dogadam po hiszpańsku, to zawsze przecież będziemy mogli mówić po polsku!

Dla tego młodego Anglika oczywistym jest, że każdy cudzoziemiec, nawet jeśli nie mówi po angielsku, to przecież płynnie posługuje się polskim.

19:23, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 września 2016
To było dawno i nieprawda

Robocze zebranie z Szefem Całej fabryki - omawiamy projekt nowej strony internetowej. Pewne rozwiązanie mu się nie podoba. Koleżanka tłumaczy, że ponieważ na stronie miały się znaleźć określone linki, musieliśmy to tak zrobić.

- Te linki tam mają być? A dlaczego? - zdziwił się Szef Całej Fabryki.

- Bo ty je tam chciałeś mieć.

- Ja??? A, no może.... ale to było dawno!

Ortodoksyjny konserwatyzm nie jest cechą, którą można mu zarzucić.

22:38, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lipca 2016
Mieszkanie po berlińsku

Odebraliśmy z lotniska Tegel Miłego Gościa, który razem z nami spędzi kilka dni u Naszej Przyjaciółki w Berlinie. Nasza Przyjaciółka przeprowadziła się ostatnio do w miarę dużego mieszkania na czwartym piętrze XIX-wiecznej kamienicy z wysokim parterem, ale za to bez windy, co daje efekt piętra piątego. Ciągnąc walizkę na kółkach dochodzimy do bramy wejściowej. Przy domofonie stoi jegomość z notatnikiem i długopisem. Podświadomie klasyfikuję go jako przedstawiciela agencji ubezpieczeniowej i, nie zwracając nań dalszej uwagi, otwieram kluczem drzwi. Facio wchodzi z nami do budynku. Idę przodem i nie słyszę, że Mój, zwracając się do niego, pyta, czy to aby w porządku, że go do tej kamienicy wpuszczamy. Schody są dość strome, spieszę więc na górę, żeby jak najszybciej mieć je za sobą. Mniej więcej w okolicach drugiego piętra zauważam, że facet ciągle idzie za nami i że chyba coś mówi. Ale co mnie to obchodzi. Żwawo przebieram nogami i już jestem na trzecim piętrze. Gość dalej za nami tupta. Dziwne, taki ubezpieczyciel, co to okazją wszedł do budynku, powinien zacząć dzwonienie do drzwi pierwszego mieszkania na parterze, a nie wdrapywać się od razu na górę. Jeszcze tylko pół piętra dzieli mnie od celu, gdy wyraźnie słyszę, że pyta, do kogo idziemy. Ku mojemu lekkiemu zdziwieniu biegnie za nami aż na czwarte piętro i widząc, w który zamek wkładam klucz, wymienia nazwisko Naszej Przyjaciółki. Mam dość. Odwracam się i pytam zdecydowanym i donośnym głosem, czym mogę służyć.

- Państwo idą do (i tu znowu pada nazwisko Naszej Przyjaciółki).

- Jak pan widzi.

- A czy ona wie, że państwo tu są? Ja jestem administratorem!

- To proszę uprzejmie do niej zadzwonić i dowiedzieć się. – Otwieram drzwi i wchodzimy do mieszkania, nie zwracając uwagi na dalsze pohukiwania gościa na schodach. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie posłać Naszej Przyjaciółce, która tego dnia jest w pracy, SMS-a, że spotkaliśmy wariata, ale daję spokój – po co zawracać jej głowę w robocie?

Wieczorem opowiadamy sobie o zdarzeniu. Facet faktycznie jest administratorem i po spotkaniu na schodach naprawdę miał czelność zadzwonić do Naszej Przyjaciółki. Myśląc, że go w tym ubiegliśmy, zaczął:

- Pewnie już miała pani jedną rozmowę telefoniczną dzisiaj?

Nasza niczego nie spodziewająca się Przyjaciółka, z autentycznym zdumieniem odparła:

- W ciągu dnia prowadzę wiele rozmów, o co panu chodzi?

- Widziałem dzisiaj, jak trzy osoby z walizką, używając klucza, wchodzą do pani mieszkania.

- Acha. A jak, pana zdaniem, moi goście mieli tam wejść, gdy ja jestem w pracy?

Jej spokojna odpowiedź widać zbiła go z tropu, bo zaczął się plątać, twierdząc, że chciał tylko sprawdzić, czy aby wszystko w porządku, no bo przecież widział trzy osoby z walizką otwierające kluczem drzwi do jej mieszkania.

- A tak właściwie… proszę pani… to chyba nie jest podnajem mieszkania, co?

Cóż, w Berlinie wprowadzono ostatnio dość ostre przepisy mające na celu ograniczenie taniego wynajmowania mieszkań turystom. Gość jak widać jest na bieżąco i tropi każde prawdziwe i urojone wykroczenie jak ostry pies.

Z takim administratorem Nasza Przyjaciółka nikogo po cichu w piwnicy przechować by nie mogła.

21:15, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
środa, 08 czerwca 2016
Grunt to rodzinka
Ojciec mojego hamerykańskiego kolegi po kilku latach wdowieństwa, w osiemdziesiątej wiośnie życia, ożenił się ponownie. Wspólnie ze świeżo poślubioną i niewiele młodszą od siebie małżonką, sprzedali jego dom i przenieśli się do assisted living*. W odróżnieniu od dwóch ze swoich (czterech) sióstr, które ponowne małżeństwo ojca przeżywają jak rozstanie z miłością swego życia, mój kolega uważa, że wszyscy są dorośli i mogą robić, co chcą. Wyprawił był ojcu nawet wieczór kawalerski, ściśle jednak przestrzegając, by obyło się bez striptizerek. 
Jako dobrzy, irlandzcy katolicy brali ślub w kościele, a jako długoletni parafianin, ojciec kolegi sam wybrał czytanie na mszę. Zebrani ucieszyli się bardzo, słysząc: bądźcie płodni i rozmnażajcie się!
Ale właściwie tego wszystkiego można się było spodziewać. Obecna żona ojca od zawsze była przyjaciółką domu. Swojego pierwszego męża poznała jako nastolatka w tym samym dniu, w którym spotkała ojca mego kolegi i, jak wieść gminna niesie, od tamtego czasu miała do niego słabość. Cóż, poczekała marne sześćdziesiąt parę lat, wychowała troje dzieci (jej wybranek sześcioro), doczekała się wnuków (jej wybranek większej ich ilości), pochowała męża (jej wybranek żonę) i z dumą przyjęła nazwisko, które nosi również i mój kolega, i który to drobiazg wywołuje u niego, akceptującego wszystkie inne decyzje młodej pary, lekkie uczucie mdłości.

*Assisted living - można przetłumaczyć jako mieszkanie z opieką, osiedle dla starszych ludzi z pomocą lekarską i, zależnie od zapotrzebowania i stanu zdrowia mieszkańców, także i w codziennym życiu.
03:23, haneczka14
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 maja 2016
Po prostu koci świat

Kot Młodszy śpi zwinięty w kłębek na fotelu, Mój ogąda mecz i prasuje, drzwi na balkon szeroko otwarte, ptaki śpiewają, sielanka. W pewnym momencie uszy śpiącego futra zaczynają się poruszać, otwiera oczy, podnosi głowę i stroszy wąsy. Wstaje, bezgłośnie zeskakuje z fotela i na lekko przygiętych łapach sunie pod stół, skąd widać, co dzieje się na balkonie. Mój, zaskoczony nagłą akcją, odstawia żelazko i idzie za kotem. Obaj obserwują balkon, ale tylko jeden z nich wydaje się coś widzieć. W pewnym momencie szara kula wystrzeliwuje spod stołu, a w ułamek sekundy później trzyma w mięciutkich łapeczkach sporej wielkości ptaka. Koci pech chciał, że ptak w momencie złapania siedział po przeciwnej stronie barierki i między przednimi łapami trzymającej go teraz bestii znajdował się szczebel, uniemożliwiający jakikolwiek dalszy ruch. Na balkon dobiegł już i Mój, krzycząc: puść, puść! Ptak w końcu jakoś się wyrwał, ale był dość skołowany, bo latał jeszcze przez kilka sekund nad podłogą balkonu inspirując drapieżnika do dalszego polowania. W końcu Mojemu udało się ptaka odpędzić, a nieustraszonego łowcę zagnać z powrotem na kanapę.

Wydarzenie nie byłoby może warte aż takiej uwagi, gdyby nie to, że Kot Młodszy, licząc sobie już trzynaście wiosen, nie tylko jest zwierzęciem stricte domowym i nigdy nie wychodzi dalej, niż na balkon, od wczesnego dzieciństwa karmiony kocimi chrupkami nie zna smaku surowego mięsa, a jedynym dotychczasowym obiektem jego polowań bywały ćmy lub inne insekty, z których zresztą 80 procententom udawało się odlecieć sprzed zdziwionego popielatego nosa. Jak widać jednak natury nie tylko nie można oszukać, ale nawet nie trzeba jej szczególnie ćwiczyć.

Tagi: koty
15:49, haneczka14 , Zwierzęta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 maja 2016
Bezpodstawne uprzedzenia

Ciepły wiosenny wieczór, słońce jeszcze nie zaszło, Grafik przyjeżdża z pracy do domu. Po drodze zrobił zakupy spożywcze, ale zanim wniesie torby do domu i zajmie się niedomagającą żoną, chorym synem i tymi wszystkimi papierami z ubezpieczalni, spostrzega, że dzieci z siąsiedztwa grają w piłkę rzucając do ustawionego na brzegu chodnika kosza. Mimo wszystkich kłopotów rodzinnych i nienajlepszych układów z szefową, Grafik zachował duszę dziecka. Jest dobrze po sześdziesiątce, ale w jego stupięćdziesięciokilowym ciele mieszka sześciolatek o niewinnym spojrzeniu i, przeczącej często logice, wierze w ludzi. Teraz wyjął zakupy z bagażnika, postawił je przy wjeździe do domu i człapawym, ale już o wiele lżejszym niż w zeszłym roku, kiedy to ważył o trzydzieści kilo więcej niż teraz, krokiem, podchodzi do bawiących się dzieci, prosząc grzecznie, żeby dały mu rzucić kilka koszy. Sześcio- czy siedmioletnia dziewczynka nie rzuca, ale podaje mu uprzejmie piłkę do rąk. Grafik bierze, rzuca i oczywiście nie trafia do kosza, piłka odbija się i toczy w bok, jedno z dzieci biegnie i szybko ją łapie. Pierwsze niepowodzenie nie przegania z twarzy Grafika promiennego uśmiechu – zachodzące słońce złoci ulicę, powietrze jest ciepłe, przez kilka minut można zapomnieć o pracy, chorobach i kłótniach, papierach z których przeważnie nic dobrego nie wynika i rzucać sobie piłką do stojącego na brzegu chodnika  kosza

Wtem z sąsiedniego domu wypada kobieca postać. Szybkim, nerwowym krokiem podchodzi do dziewczynki, która podała Karlowi piłkę. Nie patrząc na niego mówi do małej: - musisz uważać, z kim się zadajesz, moja panno! – i odciąga ją za rękę od potwora, jakim najwyraźniej w jej oczach jest Grafik. Ten stoi bez ruchu, nie wie co powiedzieć, czy w ogóle coś mówić, właściwie nie ma do kogo, bo kobieta z dziewczynką są już daleko. Grafik też się odwraca, cięższym niż przed chwilą krokiem idzie wziąć z podjazdu torby z zakupami, które trzeba przecież w końcu wnieść do domu.

23:04, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33