Archiwum
poniedziałek, 08 sierpnia 2005
Nowa Anglia - Providence i Newport

Amerykańska Germanistka jechała na konferencję do Providence i zabrała mnie ze sobą jako damę do towarzystwa. Pięć do sześciu godzin jazdy samochodem na północ od nas. Ponieważ moje zaufanie do Amerykańskiej Germanistki jako kierowcy utrzymuje się w pewnych granicach, na wszelki wypadek nie dałam się zmienić za kółkiem (jej samochodu) ani w jedną, ani w drugą stronę... Ale nie żeby ktoś bardzo się za to kółko pchał!

Providence, stolica malutkiego stanu Rhode Island jest bardzo miłym miasteczkiem. Pozostałości po przemyśle w postaci pięknie wyczyszczonych budynków fabrycznych i dobrze utrzymanych kamienic tworzą miłą europejską atmosferę centrum. A centrum malutkie, kilka kroków dalej, za mostem wznosi się jedno wzgórze, na którym położony jest iście (nowo)angielski z wyglądu kampus Brown University, a gdy pójdziemy w drugą stronę pod (nie tak stromą) górkę, dotrzemy w ciągu paru minut do tutejszej miniaturowej dzielnicy włoskiej. Z bardzo dobrym jedzeniem. Dla ludzi lubiących ryby i owoce morza Nowa Anglia w ogóle jest miejscem godnym kulinarnego polecenia:-) Na wzgórzu z uniwersytetem jest też spora ilość miłych knajpek i wspaniały sklep indyjski z właścicielem, który w zupełnie nienarzucający się sposób potrafi sprzedać nam o wiele więcej, niż zamierzałyśmy kupić (względnie nie zamierzałyśmy w ogóle).

Pokibicowałam więc Amerykańskiej Germanistce podczas jej krótkiego wykładu na temat powieści niemieckiego, aczkolwiek znanego tylko w krajach angielskojęzycznych autora, zamieniłam kilka zdań z miłymi ludźmi, żeby sprawić wrażenie, że bardzo interesuje mnie ich praca naukowa.

Na trzeci dzień wracałyśmy zahaczając o Newport. W Newport znajdują się letnie chatki bogaczy. Przypominają wystrojem Pałac w Pszczynie, tylko park dookoła mniejszy. Ale za to widok na morze jak z pałacu Miramare pod Triestem. Jedna z nich grała w kilku filmach, m.in. w  "Wielkim Gatsby". Zwiedziłyśmy dwie - tę największą i najbardziej kapiąca złotem i tę od "Wielkiego Gatsby". Trochę się rozczarowałam, gdy spojrzałam w dół klifu, na którym stoją. Wyobrażałam sobie mianowicie piękną piaszczystą plażę, jak między Gdynią a Sopotem, ale tu tylko skały, czarne, o które rozbijają się mroczne fale. Eeee i już bym tam wcale własnej chatki mieć nie chciała.

To był mój drugi wyjazd z Amerykańska Germanistką i stwierdziłam, że na więcej niż dwa dni wybierać się z nią już raczej nie będę. Bo o ile na początku wyprawy jest miło, o tyle trzeciego dnia opada z niej staranie się, wesoła, wyluzowana "gęba" znika i czterdziestoparoletnia, zgorzkniała "pupa" bierze górę. Owocuje to potem moimi kilkudniowymi stanami lękowymi z cyklu: ja nie chcę się taka zrobić na starość!!! (I jaka tam starość, przecież ona jeszcze nie ma pięćdziesięciu lat!) Nie wiem, czy to samotne życie tak mało pozytywnie na nią wpływa, czy o co chodzi, ale ten trzeci dzień podróży trudny bywa do wytrzymania. Żal mi jej, ale szlag mnie trafia, nic na to nie poradzę.

Starczyło mi jednak opanowania i nie doszło między nami do żadnej scysji, w (pozornej) zgodzie i harmonii wróciłyśmy z wyprawy, ale tych kilka jej jazd skutecznie mnie od dłuższych wspólnych podróży odstraszyło.

Jeszcze jedna ogólniejsza uwaga. Nie wiem, na ile jest to charakterystyczne dla tutejszej kultury (czy też, jak niektórzy się podśmiechują, jej braku:-), a na ile uwarunkowane osobniczo, ale dość często mi się zdarza, że muszę  tej samej osobie tę samą rzecz kilkakrotnie powtarzać. Zupełnie, jakby skleroza tu jakoś wyjątkowo rozpowszechniona była. Zaznaczam, że nie chodzi o to, że nie rozumieją - rozumieją, jak najbardziej, komentują, dodają coś od siebie, a po kilku tygodniach zadają to samo pytanie. No ja doceniam możliwość wielokrotnego polerowania moich wypowiedzi w obcym języku, ale może bez przesady?

17:50, haneczka14
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 sierpnia 2005
Kot u weterynarza

Przyszła pora tegorocznego szczepienia Młodszego Kota. Udaliśmy się samochodem do Kociego Pana Doktora prowadzącego Koci Szpital. Bywam tam przynajmniej dwa razy do roku, bo pora szczepienia Starszego Kota jest w zimie, a Młodszego teraz. Młodszy Kot jest kotem odważnym, czasem zastanawiam się, czy bierze się to z braku doświadczenia życiowego, czy też z, jakby to powiedzieć, pewnego braku przenikliwości? Bo Starszy Kot jest kotem niezwykle przenikliwym. Sam widok pudełka do transportu wpędza go pod łóżko. Dzisiaj wydawało mi się, że zniknął zanim jeszcze w ogóle to pudełko zobaczył - już na sam odgłos wyjmowania go z szafy. Dlatego też, gdy trzeba zabrać do weterynarza Starszego Kota, zaczynam od zamknięcia drzwi do sypialni, perfidnego odcięcia drogi ucieczki. Tym razem nie było to konieczne, bo Młodszy Kot, który bardzo się wszystkim interesuje, interesuje się też podróżnym pudełkiem i w związku z tym sam do niego wchodzi. Tyle, że tym razem drzwiczki za nim się zamknęły...

Mało który kot lubi jazdę samochodem, Młodszy Kot też nie lubi, więc trochę płakał po drodze, niezwyczajnie dla niego niskim głosem. Ale jak już dotarliśmy na miejsce, to okazało się, że wszystko tam jest o wiele bardziej interesujące, niż myślał. To była jego druga w życiu wizyta u doktora, pierwszy raz, rok temu, gdy był mniej więcej pięć razy mniejszy niż jest teraz, w ogóle nie wiedział, co się z nim dzieje i Koci Pan Doktor nie mógł go osłuchać, bo za głośno mruczał. Tym razem bardzo skrupulatnie wszystko obwąchiwał, oglądał, dał sobie zajrzeć w uszy, oczy, zęby, zaszczepić się, połknął grzecznie profilaktyczny preparat przeciw robakom, a potem z ulgą wszedł z powrotem do pudełka. W drodze powrotnej płakał znowu odrobinę, ale ciszej i cieniej niż poprzednio.

W domu pokręcił się trochę, a potem ułożył na jednym ze swoich ulubionych miejsc - na chłodnych kafelkach przy kominku. Starszy wyszedł spod łóżka w dwie godziny później, gdy świat zapomniał już, że straszliwe pudełko znowu było w użyciu.

 

21:27, haneczka14
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 sierpnia 2005
Zaproszenie na wesele

Mój ma kolegę, jeszcze ze studiów, który też tu za Wielką Wodą od kilku lat pomieszkuje. Mieszka z amerykańską dziewczyną, z którą ostatnio postanowili wziąć ślub. No i widmo pójścia na wesele zaczęło krążyć nad naszym domostwem.

Na niewielu weselach w życiu byłam, ale z tych, co na nich byłam, to tylko na dwóch się nie nudziłam. Na jednym nikt się nie nudził, bo paczka była zgrana, tańcząca i bawiąca się do rana świetnie. Na drugim się nie nudziłam, bo bezalkoholowo-katolickie było, a że uprzedzeni byliśmy o tym wariactwie wcześniej, więc przybyliśmy zaopatrzeni w piersióweczki do torebeczek, kieszoneczek i bagażnika w samochodzie. Wesoło było, jak na wycieczce szkolnej - wypić jak najwięcej, w ukryciu, nielegalnie. Skutek był taki, że nam bardzo szybko bardzo wesoło się zrobiło. Naprawdę jak za dawnych szczeniackich czasów - picie gorzały dla picia gorzały, samo w sobie świetną zabawą. Dorośli ludzie!

No ale na pozostałych weselach to strasznie się męczyłam, mięśnie twarzy mnie od robienia przyjemnego jej wyrazu jeszcze na drugi dzień bolały, tyłek do twardego drewnianego albo odparzającego skajowego krzesła przyrastał, bo, a jakże, muzyka do tańczenia w parach, a moi partnerzy do tańca jak te nogi stołowe, ileż można jeść, trochę się wypiło, no ale przecież bez przesady, nie wiadomo, kiedy można się zmyć żeby nie było afrontu (chciałoby się zaraz po jedzeniu, no ale przecież nie uchodzi, nie uchodzi...), idiotyczne zabawy uwieńczone największym idiotyzmem w rodzaju łapania wianka panny młodej (no, to by mnie tym razem ze względu na stan cywilny ominęło). Nie mam szafy pełnej wyjściowych kiecek, więc też musiałabym coś kupić, a to by pewnie trochę kosztowało, a potem przez pół wieczności miejsce w szafie zajmowało... jednym słowem - chodzenia po weselach nie cierpię.

A tu to widmo krąży. Na początku miałam nadzieję, że ten kolega może jednach w ferworze walki o nas zapomni. Już nawet na to wyglądało, bo zaproszenie nie przychodziło, nie przychodziło, aż, cholera, przylazło! Zaproszenie na czerpanym papierze, estetyczne nawet, bez kiczu w rodzaju serduszek, obrączek i różowych pulchnych amorków, ale... zaadresowane: Mr. and Mrs. (i tu imię i nazwisko Mojego). Tylko Mojego! Ja już przymknęłabym może oko na to, że nie wiedzą, że ja nazwiska nie zmieniłam. Ale, do jasnej a nie wymówionej, przecież ja mam imię!!! Zaproszenie podpisane, tak jak to i u nas się robi, przez rodziców jednego z nowożeńców. I rodzice oczywiście też podpisani Mr. and Mrs. (i tu imię i nazwisko tylko i wyłącznie faceta). Mój boziu, strasznie konserwatywnych ma panienka starych! Bo tak się tu podpisywało i adresowało, ale kiedyś! W dzisiejszych czasach, po zniesieniu niewolnictwa, adresatki wymieniane są przynajmniej z imienia. No ale jak widać nie w głębokiej Virginii... I tak sobie pomyślałam - gdyby ten kolega Mojego takie zaproszenia w swoim rodzinnym zachodnio-środkowoeuropejskim kraju wysłał, to połowa ludzi by mu nie przylazła. W każdym razie z moich koleżanek żadna by nie poszła. Więc stwierdziłam, że mi się problem ostatecznie rozwiązał. Jak komuś zależało na mojej obecności, to mógł się zachować zgodnie ze znanymi sobie przecież doskonale, regułami u nas przyjętymi. Gwoli szczerości napisać muszę, że kolega ów pewnie w ogóle na te adresy uwagi nie zwrócił, bo mu cała organizacja imprezy równo koło pupy przelatuje. Tak czy inaczej, ja czuję się niezaproszona i nie idę.

Ku mojemu zaskoczeniu nie musiałam wcale bardzo Mojego do tego niepójścia przekonywać. (Bo na samym początku bardzo się szykował, że chce tutejsze wesele zobaczyć.) Widać jednak stwierdził, że jak ze mną w złym humorze iść, to już lepiej nie iść... Mądry chłopak:-)

14:17, haneczka14
Link Komentarze (1) »
Przyjaźń w Ameryce

Pewna obyta z Europą Amerykanka zaryzykowała ostatnio twierdzenie, że Amerykanie nie umieją się przyjaźnić i że jest to uwarunkowane kulturowo. Sama ma mianowicie jakieś tam bliskie przyjaciółki, na które w potrzebie liczyć nie może, które niby się z nią umawiają, ale jak przychodzi co do czego to w ostatnim momencie potrafią odwołać spotkanie.

Przypomniało mi to wypowiedzi przebywających tu na dłuższą metę Europejczyków. No i moje własne doświadczenie z kotami (wyszło na to, że lepiej jest zapłacić profesjonalnej opiekunce od zwierząt, niż liczyć na pomoc znajomych, którzy też mają koty i też wyjeżdżają i te koty też ktoś musi wtedy odwiedzać). No i to wieczne umawianie się - dzisiaj tak, jutro okazuje się, że nie, pojutrze znowu planujemy się spotkać, ale  na dzień przed jednak coś znowu się zmieni.

Z drugiej strony przecież i w tej niby takiej ciepłej i serdecznej Polsce zdarzało mi się dostać kubeł zimnej wody na głowę, kiedy to naprawdę potrzebowałam czyjejś pomocy, a bliska (wydawałoby się) przyjaciółka nie miała czasu, bo... musiała umyć sobie głowę!

Nie należy więc wyciągać przedwczesnych wniosków, tylko dalej obserwować dyskretnie i uważnie tubylców, a wnioski zapisywać na bieżąco... :-)

 

00:24, haneczka14
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 lipca 2005
(brak) zdolności językowych

Czasami zdarzaja sie przypadki beznadziejne. Po kilku tygodniach tłumaczenia i powtarzania delikwentka ciągle nie jest w stanie (mimo swoich najlepszych chęci i to właśnie jest przerażające!) zapamiętać, że niemieckie liczebniki od 21 do 99 czyta się wspak, czyli że trzeba powiedzieć: "jeden i dwadzieścia", zamiast "dwadzieściajeden" etc. Osobom znającym nieco francuski nie wyda się to zresztą najbardziej skomplikowaną metodą czytania liczb... Ale nawet jeżeli moja gwałtowna gestykulacja, mająca na celu naprowadzenie uczącej się osoby na właściwy trop - czyli start od drugiej cyfry - odniesie pożądany rezultat, daleko nam jeszcze do pełnego sukcesu. Zapomniane zostanie bowiem obligatoryjne w języku niemieckim "i" pomiędzy owym "jeden" a "dwadzieścia". W dodatku jej wymowa nie pozwala właściwie zrozumieć, co stara się powiedzieć.

Coraz bardziej przekonuję się, że jednak istnieje coś takiego jak brak zdolności do nauki języka obcego. Bardzo długo byłam zwolenniczką tezy, że obcego języka w stopniu wystarczającym do porozumiewania się może się nauczyć każdy (lub prawie każdy), tak jak każdy nauczył się języka ojczystego. I że ostateczny wynik nauki zależy wyłącznie od motywacji, pracy i uwarunkowań zewnętrznych. Tymczasem okazuje się, że muszą istnieć jeszcze jakieś uwarunkowania wewnętrzne (poza motywacją) wpływające na powodzenie w nauce. Pytanie tylko, co to jest , skoro każdy jest w stanie w jakimś stopniu opanować pierwszy język (ojczysty), a z drugim bywają takie straszliwe kłopoty?

20:04, haneczka14
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 lipca 2005
couch potato

Couch potato - w wolnym tłumaczeniu: ziemniak otomański.

Amerykańskie sofy (otomany) sa tak miękkie, że można na nich usiaść tylko raz. Potem się już nie wstanie.

03:20, haneczka14
Link Dodaj komentarz »
1 ... 31 , 32 , 33