Archiwum
czwartek, 12 października 2017
Czas huraganów II

- Już kilka razy pytałaś, więc przyszłam ci powiedzieć: rozmawiałam wreszcie z mamą!!! - Moja koleżanka pochodzi z Puerto Rico. Wyspa została przez ostatnie huragany bardzo poważnie zniszczona. Osiemdziesiąt procent ludności jest bez prądu. Dostęp do wody pitnej też nie przedstawia się najlepiej. Po przejściu huraganu moja koleżanka dowiedziała się od osób trzecich, że jej rodzinny dom stoi, matka i krewni są cali i zdrowi. Ale żeby z nimi porozmawiać, musiała czekać trzy tygodnie. Nie było łączności telefonicznej, ani żadnej innej. Wydaje mi się, że to gorzej niż w czasie wojny w Kosowie, dwadzieścia parę lat temu. Wtedy w Niemczech moi koledzy  też nie wiedzieli, co się z ich rodzinami dzieje, ale jednak udawało im się rozmawiać, ktoś w obozach dla uchodźców miał komórkę, choć to wtedy jeszcze nie była taka oczywistość i pożyczał. Znaki życia dochodziły. A tu trzy trwające wieczność tygodnie. Trzy tygodnie! Bez wojny. I bez łączności między Hameryką a należącą do niej wyspą. Teraz łączność już wreszcie jest, poczta też już działa, więc zaraz bierze się za szykowanie paczek ze świeczkami, zapałkami i tym, co potrzebne, gdy nie ma prądu, a ze sklepów już dawno wszystko zniknęło. Pewnie łącznie z octem i herbatą.

Puerto Rico ma dziwny status. Niby należy do USA, ale nie na takich zasadach, jak pozostałe stany. Nie ma mocnego przedstawicielstwa w Waszyngtonie. Prawdopodobnie dlatego traktowane jest nieco per noga, zwłaszcza gdy chodzi o wydatki na infrastrukturę - w kontynentalnej części Hameryki zapotrzebowanie jest zawsze wystarczające i pieniądze przydają się na miejscu. No i dlatego teraz tam taki klops - bo wszystko wisiało na agrafce, a jak mocniej powiało, to się urwało, a odbudować też nie będzie łatwo.