Archiwum
środa, 31 października 2012
Sandy, Sandy i po Sandy

Powiało, popadało i przestało. Mieliśmy dużo szczęścia, bo nawet nam prądu nie wyłączyło. My, bo są tacy, co od poniedziałku w po ciemku i w zimnie siedzą, są tacy, co im domki letniskowe z brzegu do morza zmyło no i są tacy, co dachy będą musieli wymieniać.

Jest nadzieja, że ten huragan wywiał z okolicy insekty - śmierdziele. Kto nie wie, o czym mówię, niech się popatrzy tu: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/1/17/Nezara_viridula_qtl2.jpg  go widać w młodości. Gdy dorośnie, zrobi sie szaro-brązowy. Kłopot polega na tym, że oprócz wysysania soków z pomidorów, truskawek i innych owoców, obgryzania liści roślin ładnych i pożytecznych, z nastaniem jesieni latające owe robaczki ładują się do domów. Przybywają zazwyczaj stadami, nie gryzą, ale latając po pokoju nie celują i odbijają się człowiekowi od nosa. Jak się ich ma więcej w bezpośrednim otoczeniu, to zeschizować idzie.

Mój szef najwyraźniej ma lekką na ich punkcie fobię, bo gdy ostatnio jeden (słownie: jeden) latał mu w gabinecie, to zgasił światło i po ciemnku przed jarzącym się monitorem komputera siedział, czekając, aż latawiec uda się do innych pomieszczeń. Ponieważ tak się nie stało i uparty insekt odczekał, aż to szef sobie pójdzie, musiałam wziąć sprawę, czyli kartkę papieru w swoje ręce i się robaczka pozbyć. Rozgniatając go (w budynku biurowym w którym teraz pracuję okna się nie otwierają) trzeba go dobrze owinąć papierem, żeby smród się nie rozszedł. Bo one rozgniatane śmierdzą i od tego je tu stink bugs, czyli śmierdziele nazywają. A w ogóle podobno to one aż z Chin przyjechały, a że nie mają tu naturalnych wrogów, to się szarogęszą i coraz ich więcej się robi. Dlatego też mam nadzieję, że ucierpiały nieco z powodu huraganu. Howgh.

poniedziałek, 29 października 2012
Sandy

Deszcz pada, wietrzyk wieje, ciemno, wietrzno, ponuro. Latają mokre liście i gałęzie. Drzewa się walą na druty. Wysłali nas z fabryki do domów już w południe, jutro też kazali siedzieć na tyłku. Prawdopodobnie otworzymy w środę. W sąsiednim stanie jest oficjalny zakaz poruszania się po drogach, tutaj zalecają nigdzie się nie szwendać. Komunikacja miejska i podmiejska zawieszona do odwołania. Samoloty nie latają. My mamy jeszcze prąd, ale powtarzają, że można go utracić na wiele, wiele zimnych dni i nocy (w tym kontekście usłyszałam mrożącą krew w żyłach liczbę - dziesięć). A to jeszcze się nie zaczęło. Dopiero się zacznie, za jakąś godzinę uderzy w linię brzegową, potem pójdzie do nas. Wieczorkiem, jak się ściemni. No a że to dzisiaj pełnia księżyca, to widowisko (którego bez prądu i tak nie będzie widać, czyli widowisko takie bardziej domyślne) wzmocnione zostanie jeszcze spowodowanym przez ową pełnię przypływem. 

To się nazywa historyczna chwila i największy huragan w dziejach okolicy. W każdym razie od kiedy te dzieje zaczęli zapisywać.

22:35, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 października 2012
Niebezpieczne sms-owanie

Don’t drink and drive! (Nie prowadź samochodu, kiedy piłe/aś!) Don’t text and drive (Nie sms-uj, kiedy prowadzisz!) to znane hasła z kampanii w hamerykańskiej telewizji i innych środkach masowego przekazu.

Prawie trzydziestoletnia siostrzenica znajomej, dziewczyna o pięknym uśmiechu, spędzała zabawowy wieczór w małym hamerykańskim mieście świętującym restauracyjny tydzień. Chodząc z przyjaciółmi od knajpy do knajpy, zaczęła pisać sms-a, gdy potknęła się o krawężnik i runęła jak długa. Poleciała, w dosłownym tego słowa znaczeniu, na pysk: piękne zęby poszły w drebiezgi, które to drebiezgi powbijały się jej w dziąsła. Izba przyjęć była niedaleko, więc szybko założono jej na owe dziąsła osiem szwów, bez znieczulenia jednakże, bo wypity alkohol na takowe nie pozwalał. Teraz czeka ją usuwanie korzeni połamanych zębów no a potem zabawa z protetyką stomatologiczną...

Wydaje się, że do wspomnianych na początku haseł dołączyć należałoby i trzecie: Don’t text, drink and walk! (Nie sms-uj, kiedy idziesz i piłe/aś!)

00:23, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »