Archiwum
poniedziałek, 24 października 2011
Denver
Trzeci już raz lecę do Denver. Położone jest równą milę (1600 m.) n.p.m. czyli niemalże tak wysoko jak Diablak (szczyt Babiej Góry 1725 m.n.p.m.), tyle, że na równinie jak stół. Samolot zniża się do lądowania, na wschód rozciąga się bezkresny, jak od linijki step. Płasko, długo, daleko i jak okiem sięgnąć: nic. Wielkie Nic. 
W Denver w ciągu roku średnio 300 dni jest słonecznych (czego nie można powiedzieć o Diablaku) i mimo pięknej pogody widok tej bezkresnej i idealnie poziomej linii działa na mnie deprymująco. Samolot kołuje i za oknem pojawia się panorama na zachód od Denver.  Moje poranno-niskie ciśnienie natychmiast podnosi się do poziomu umożliwiającemu energiczne funkcjonowanie, zaspane oczy ożywają, wciągam głęboko przesuszone do niemożliwości chłodne powietrze wnętrza kabiny: są! Skalne olbrzymy wynurzają się na zachodzie z porannej mgły. Widać jeden łańcuch, drugi, patrzac stąd nie potrafię rozpoznać, gdzie dokładnie jest Longs Peack (4346 m.n.p.m), ale kierunek znam.
Denver oddalone jest od podnóża Gór Skalistych około 2 godziny jazdy samochodem. Jestem tu tylko przez roboczy weekend, nie będę miała okazji wyskoczyć do Estes Park. A przecież już sam widok, jaki mogę pożerać oczami czekając na ławeczce po zachodniej stronie lotniska wprawia mnie w doskonały humor. Patrzę sobie na te góry i czuję, że życie ma sens. Gdy zaś nieopatrznie spojrzę płaski bezkres rozciągający się po drugiej stronie autostrady poczucie to znika, jakby go nigdy nie było. Na szczęście z lotniska do miasta jedzie się w kierunku zachodnim i przez całą drogę mogę hipnotyzować witające mnie z oddali skaliste grzbiety.

03:49, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (2) »