Archiwum
piątek, 16 października 2009
Z pamiętnika grupie

Hamerykańsko-niemiecką konferencję na temat (ewentualnego) zmierzchu Zachodu, wykładem na Dużym Uniwersytecie w Wielkim Hamerykańskim Mieście otwiera Adam Michnik. Po raz pierwszy widzę i słyszę go bez pośrednictwa telewizora, co też, dziękując mu po wykładzie, nadmieniam. "Ale ja przy bliższym poznaniu bardzo tracę" - odpowiada, jak zawsze szlagfertig, mój idol i... bucha mnie w mankiet!

Moje bezgraniczne uwielbienie dla niego jest jednak tak ślepe, że odebrałam ten kontrowersyjny w dzisiejszych czasach gest, jako przejaw czarującej galanterii minionego stulecia, a nie rzężący dech zdychającego patriarchatu. Nie wytarłam więc natychmiast wierzchu dłoni w spodnie, przeciwnie, postanowiłam nie myć jej przez jakiś czas.

A na poważnie, to wykład był arcyciekawy i tylko żałowałam, że nie było czasu na zadawanie pytań, bo publiczność też była interesująca i gorąca dyskusja wisiała w powietrzu.

19:26, haneczka14
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 października 2009
Dalej o Kanionie

Można oglądać zdjęcia i filmy przyrodnicze. Można stać nad brzegiem i chłonąć widoki. Ale dopiero gdy w mocnych butach, kapeluszu z szerokim rondem (słońce!) i z litrem wody wyliczonym na każdą godzinę wędrówki po spieczonym szlaku, zaczniemy schodzić w dół - nie musi być daleko, bo szlaki, choć przestronne (muszą zmieścić się na nich muły) i dobrze utrzymane, są strome i wyżłobione w kamieniu, stanowiąc wyzwanie dla kolan - dotrze do nas cała potęga Kanionu. Kanion pod nami, Kanion nad nami, ściana Kanionu z jednej strony, urwisko w dół Kanionu z drugiej, szlak w dół Kanionu przed nami, szlak w górę Kanionu za nami. Płonące słońce wyciska litry potu, ale zanim choćby jedna kropla zdąży pojawić się na skórze, wysusza ją mocny wiatr pustyni. Bohatersko poprzyczepiane do pionowych ścian sosenki ustępują miejsca pustynnej roślinności. Czerwony kurz osiada na butach. Cisza. Tylko wiatr. Cisza, wiatr i przestrzeń. I szybujące w dole (w dole!) wielkie ptaki.

16:08, haneczka14
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 października 2009
Gdzieś w Arizonie
Jedziemy przez bardzo suchy las iglasty. Jest całkiem płasko, choć, jak się domyślamy, dość wysoko, bo po drodze cały czas pukało nam w uszach. Kupujemy bilet wstępu do Parku Narodowego, ważny przez siedem dni. Dalej las szpilkowy i ciągle płasko i wysoko - płaskowyż. Już teraz wiemy, że to dwa tysiące metrów n.p.m. Wjeżdżamy na parking. 
Od samochodu jest już tylko kilka kroków i w prominiach zachodzącego słońca nagle rozstępuje się przed nami ziemia jak Morze Czerwone. Otwiera się skaliście, koronkowo, różowo i pomarańczowo, na półtora kilometra w dół i na dwadzieścia kilometrów od brzegu do brzegu. Wygląda jak na wszystkich widokówkach, zdjęciach i filmach, tylko że zionie nam teraz pod stopami w rzeczywistości, paraliżując ogromem. Zduszonym szeptem mówię do Mojego:
- Patrz, jest. Wielki Kanion jest.
03:31, haneczka14
Link Dodaj komentarz »