Archiwum
sobota, 29 października 2005
Pracownicy Zaczarowanego Ogrodu

Zaczarowany Ogród zajmuje znaczną powierzchnię, a wypielęgnowany i dopieszczony jest do ostatniej trawki, łatwo się więc domyślić, że niemała ilość osób musi tam pracować. Ogrodników, faktycznie, jest wielu, a oprócz nich zatrudnieni są jeszcze inni pracownicy. Na pierwszy rzut oka w ogóle oni na pracowników nie wyglądają. Nieduzi, wąsaci, przechadzają się niespiesznie tu i ówdzie nie zwracając uwagi na poruszenie, jakie zdarza im się, zwłaszcza wśród dzieci spowodować. Ubrani na czarno, bądź czarno-beżowo przysiadają na nagrzanych słońcem ławkach lub wprost na trawie i mrużą oczy do słabego o tej porze roku słońca. Niepozorni są z wyglądu, a przecież dla sprawnego funkcjonowania ogrodu nieodzowni. Dlatego też Ogród zapewnia im mieszkania zakładowe, godziwe wynagrodzenie i opiekę medyczną.

Dawno temu, zanim nastali, niedobrze się działo, oj niedobrze! Ówczesny zarząd zużywał galony płynnej i funty stałej trucizny szkodząc roślinom, ptakom śpiewającym i ogólnie środowisku w promieniu wielu mil. A myszy i inne nornice żyły sobie w najlepsze i dobrze się im wiodło. Aż nowy szef zaprzestać kazał zatruwania środowiska i sprowadził Specjalnie Wykwalifikowanych Pracowników. Problem gryzoni został rozwiązany od ręki. Pracownicy cieszyli się dużym wzięciem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jednego wkrótce po podjęciu przezeń pracy uprowadzono. Do dzisiaj nic bliższego na ten temat nie wiadomo, dość na tym, że nie wrócił on już na dawne stanowisko i trzeba było obsadzić je na nowo.

Pracownicy, nawet gdy wydaje się, że akurat niczym specjalnie się nie zajmują, spełniają swoją rolę i uprasza się im w tym przeszkadzać, mówią poustawiane tu i ówdzie tabliczki informacyjne. Nie należy ich zagadywać, nagabywać, usiłować na siłę się zaprzyjaźnić, jak to skłonne są robić dzieci. Zresztą oni przeważnie w takich okolicznościach odchodzą bez słowa, przyspieszonym krokiem, w sobie tylko znanym kierunku.

Ale jeżeli przysiądziemy spokojnie na jakiejś ustronnej ławce i poczekamy cierpliwie, zdarzyć się może, że zza zakrętu wyłoni się drobna sylwetka, przystanie, rozejrzy, zastanowi, wreszcie niespiesznym krokiem podejdzie i po chwili wahania przysiądzie na chwilę, żeby wspólnie pomilczeć i pomrużyć oczy do jesiennego słońca.

04:02, haneczka14 , Zwierzęta
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 października 2005
Taaaaak....
Kacza zupa, pani kochana, kacza zupa!
20:17, haneczka14
Link Komentarze (4) »
środa, 19 października 2005
Do czego służy garaż

Za mieszkanie dla samochodu? Niekoniecznie! Bardzo często samochód stoi sobie pod chmurką, a w garażu piętrzą się RZECZY. Potrzebne. Kiedyś potrzebne. Może kiedyś potrzebne. Być może niepotrzebne. Prawdopodobnie niepotrzebne. Zupełnie niepotrzebne. Amerykanie mają z reguły większe domy i mieszkania niż Europejczycy. Czy mają też więcej rupieci? Po otwarciu drzwi odpowiedź wysypuje się z garażu.

Średnia długość mieszkania w jednym miejscu wynosi tu 6-7 lat. Oni się z całym tym badziewiem bezustannie przeprowadzają! Niektórych rzeczy prawdopodobnie między jedną a drugą przeprowadzką wcale na oczy nie oglądają. O połowie zapomnieli, że w ogóle istnieje.

A jeśli to wszystko nie mieści się w garażu? Wtedy wynajmuje się specjalne pomieszczenie do przychowywania dziadostwa, coś w rodzaju niewielkich magazynów na prywatne potrzeby, wybudowanych wśród pól i lasów, daleko od miast, tam, gdzie ziemia jest tańsza.

Czy wszystko musi mieć sens?

17:49, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 października 2005
Amerykańskie restauracje

Pisząc amerykańska mam na myśli nie tylko tradycyjny tutejszy steakhouse, w którym podają niewyobrażalnej wprost wielkości kawały mięsa, ale każdą tutejszą restaurację, niezależnie od gatunku jedzenia i kraju pochodzenia szefa kuchni: włoskie, meksykańskie, francuskie, hiszpańskie, arabskie, ogólnie śródziemnomorskie, chińskie, japońskie i wszystkie inne.

Jesteśmy głodni, idziemy jeść. Wchodzimy do wybranego lokalu. Przechodzimy obok stojącej przy wejściu osoby... nie! stop! Nie można! Tutaj nie wchodzi się na salę i nie wybiera samodzielnie stolika. Należy podejść do hostessy (albo hostessa – jak brzmi rodzaj męski?) i powiedzieć, dla ilu osób stolik sobie życzymy. Miła osoba porywa karty dań i prowadzi nas w odpowiednie według niej miejsce. Jeśli jesteśmy poza Nowym Jorkiem, zadane nam będzie uprzednio pytanie, czy chcemy siedzieć w sali dla palących, czy niepalących. W Wielkim Mieście nie ma możliwości palenia w restauracji. Ani barze. Ani pubie. Ani dyskotece. Ani putyce (czy wszyscy wiemy, co to jest putyka?J.

Oczywiście zdarzyć się może, że knajpa jest pełna i należy poczekać, aż ktoś skończy się opychać i zwolni stolik. W wielu miejscach dostajemy w takim wypadku do ręki plastikowy przedmiot. Gdy nasz stolik się zwalnia, przedmiot ów zaczyna wydzielać światło... tzn. przważnie mrugać na czerwono. Amerykanie sprawiają wrażenie, że nie przeszkadza im, a czasami, że wręcz lubią czekanie. Nieraz czekają przed restauracją i po trzy kwadranse, godzinę i, mimo że głodni, nie dochodzi tam do zamieszek!

No dobrze – przyprowadzono nas do stolika, siadamy, otwieramy kartę (na którą nie musieliśmy czekać, hostessa ma ją ze sobą gdy nas sadza), chcemy zacząć czytać... nie! stop! przybiega kelner/ka i z szerokim uśmiecham zaczyna: dzieńdobry! Mam na imię..., dzisiaj będę się o waszą/ym kelnerką/em. Nasze specjalności w dniu dzisiejszym to... (tutaj następuje dłuższa lub krótsza lista dań, nieraz opisanych bardzo dokładnie niezwykle poetyckim językiem). Czy mogę podać coś do picia?

Wielką zaletą tutejszych knajp jest, że gdy już usiądziemy przy stoliku, wszystko dzieje się szybko – karta dań, napoje, zamówienie, jedzenie – wszystko przynoszone jest szybko i sprawnie. Wiele restauracji nie ma koncesji na alkohol (amerykański stosunek do alkoholu to zresztą materiał na osobny wpis). Stąd też pomysł BYOB (Bring Your Own Bottle – przyjdź se z własną flaszką). Kupujemy w sklepie butelkę wina i każemy kelnerowi/ce przynieść odpowiednie kieliszki. Ma to tę wadę, że już w sklepie trzeba zdecydować, co będziemy jedli i tę zaletę, że nie płacimy za alkohol lokalowej marży.

Bez względu na to, co oprócz tego zamawiamy, zawsze podadzą nam do picia wodę. Kranówę z lodem. Z dużą ilością lodu. Gdy upijemy pół szklanki, osoba biegająca po sali z dzbankiem pełnym owego nektaru dolewa nam do pełna. Do picia tak zimnej wody przy jedzeniu większość Europejczyków musi się przyzwyczaić. Na początku zdaża się, że lodowacieje nam żołądek. Góry lodu dodawane są zresztą także i do coli, fanty i tym podobnych. Europejczyka w pierwszej fazie pobytu tutaj poznać można po nerwowym: ale bez lodu, BEEEZ lodu proszę!!!

W trakcie jedzenia nie jesteśmy zostawieni na pastwę losu. Miły/a kelner/ka podchodzi co jakiś czas pytając, czy wszystko dobrze smakuje i czy mamy jeszcze jakieś życzenia. Dla nieprzyzwyczajonych bywa to trochę stresujące, bo zjawia się zawsze wtedy, gdy akurat nabraliśmy nowy kęs jedzenia. Starając się nie opluć osoby siedzącej naprzeciwko i nie zakrztusić na śmierć, przybieramy miły wyraz twarzy chomika (wypchane panicznie przesuwanym tam jedzeniem policzki) i na przemian kiwamy i kręcimy głową – tak, nie, wszystko w porządku, dziękuję...

Zdarza się, że porcja jest wystarczająca dla trzech kopaczy. A jedzenie dobre. Możnaby je też na zimno, albo odgrzać w mikrofalówce... Żaden problem! Gdy kelner/ka widzi, że dość dużo zostawiliśmy na talerzu, od razu zapyta, czy życzymy sobie pudełko. Na resztki. Jeśli tak, dostajemy zgrabne styropianowe pudełeczko i możemy do niego przeładować to, co w żołądku się już nijak nie zmieści, a zostawiać żalJ

Zjedliśmy. Deser już też zjedliśmy. Kawę pijemy. Mile gawędzimy. Trawimy. Wtem – buch! na naszym stole ląduje rachunek. Nikt go nie zamawiał!!! Otóż rachunek to kolejna rzecz, po karcie, napojach, jedzeniu, która przynoszona jest szybko i sprawnie. Nie trzeba tu wcale o niego prosić, gdy na kolejne pytanie, czy czegoś jeszcze sobie życzymy odpowiadamy przecząco - zjawia się na stole.

Płacimy. Kartą kredytową można prawie wszędzie. Oczywiście można też gotówką. Tak czy inaczej, nie należy zapomnieć o napiwku. Jest konieczny i wynosi – 15-20%. Żadne zaokrąglanie należnej sumy, 10% to ochłap. Szanujący się gość nie schodzi poniżej 15%!

Dziękujemy za wizytę, proszę zajrzeć do nas znowu, miłego dnia/wieczoru Państwu życzymy!

14:38, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 10 października 2005
Amerykańskie banki

Czasem ma tu człowiek wrażenie, że jest dopiero pierwsza połowa XX wieku. Albo i wcześniej. Zdarzyło się to ostatnio mojej znajomej, która przyjechała tu w ramach wymiany akademickiej – przez sześć tygodni miała uczyć na jednym z tutejszych uniwersytetów. Odpłatnie. Pieniądze, jak należy, wypłacono jej z góry. W... gotówce! A wiedzieć trzeba, że tutaj z reguły nie używa się banknotów o nominale większym niż 20-dolarowe. Czyli że dziewczyna odeszła od kasy uczelnianej z torebką po brzegi wypchaną papierową forsą – jakby skroiła bank.

Nie koniec na tym. Ponieważ jej europejski bank ma umowę z jednym z tutejszych banków, na mocy której może ona korzystać z jego bankomatów bez opłaty za operację, najsensowniejszą rzeczą jaką można było zrobić z tą przysłowiową, aczkolwiek dosłowną „kupą forsy”, było wpłacenie jej na europejskie konto.

Była w trzech bankach. W towarzystwie zaufanej Amerykanki. Nie załatwiła NIC. Wszyscy kierownicy placówek utrzymywali, że zrobienie przelewu do Europy nie jest możliwe.

Stanęło na tym, że przekazała gotówkę owej zaprzyjaźnionej Amerykance, żeby ta wpłaciła ją na swoje konto i dawała jej „kieszonkowe”. A jeśli coś z tego po sześciu tygodniach pobytu tutaj zostanie, to resztę zabierze ze sobą do domu. W torebceJ

 

P.S. Zrobienie przelewu z Hameryki do Europy jest możliwe. Trzeba jednakże znać kilka tysięcy różnych kodów, normalnemu śmiertelnikowi nie udostępnianych, no bo po co? Nie znają ich też zresztą tutejsze banki. Mój robił kiedyś przelewy, to wie. Po pół roku starań wyczaił, jakie są te kody i gdzie je należy podawać. Hameryka, to inny świat...

 

21:34, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (13) »
sobota, 08 października 2005
Amerykański polski

Co przydaje się nauczycielce języka polskiego za granicą? Podstawowa znajomość gwar i lokalnych narzeczy.

Jeden z moich bardziej zaawansowanych wiekiem uczniów zapytał mnie ostatnio, jak po polsku jest basement.

        Piwnica – odpowiedziałam.

        No tak, patrzyłem w słowniku i tam też podają to słowo, ale u mnie w domu to jakoś inaczej mówili: skep? sklep?

No i zaświtało mi.

        Skąd była pana rodzina?

        Część była gdzieś spod Krakowa...

Taaa, spod Krakowa, już prawie od słowackiej strony! J

 

-         Jak się mówi po polsku potatoes?

-         Ziemniaki

-         Nie, nie, inaczej!

-         Kartofle.

-         Nie, też nie. Moja mama mówiła pyrki.

-         Pewnie była z okolic Poznania? J

 

-         Co to dokładnie znaczy kumoszka? Bo moja babcia zawsze mówiła, że idzie się spotkać ze swoimi kumoszkami, czy to znaczy friend?

01:16, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (7) »
wtorek, 04 października 2005
Chryzantemy złociste

Kupiłam chryzantemy złociste. (Tutaj to nie są kwiatki nagrobne. Bo nie ma nagrobków. Jak wygląda przeciętny amerykański cmentarz możemy zorientować się oglądając trzecią część wspaniałej polskiej produkcji „Sami swoi”. Tam, gdzie Kargul z Pawlakiem i Anną Dymną jadą do Hameryki. Prawdziwe piękne cmentarze to ja tu widziałam tylko w Nowym Orleanie. Zresztą tamtejsze groby w ogóle ciekawie funkcjonują. Pewnie napiszę o tym na Wszystkich Świętych.)

Postawiłam chryzantemy złociste na stole. Sama doniczka owinięta była w ozdobny papier. Koty oczywiście natychmiast się zainteresowały. One tak mają. Kiedyś trzy razy przewracały flakon ze słonecznikami. Kota Młodszego właściwie zaraz musiałam ze stołu pogonić (mają absolutny zakaz wskakiwania na stół jedzeniowy, doskonale o tym wiedzą, a ile sobie z tego robią – widać). Kot Starszy usiadł na krześle za stołem i począł chryzantemy złociste hipnotyzować. Tak upłynęło nam popołudnie i początek wieczoru.

Bardziej zaawansowanym wieczorem usiedliśmy z Moim do kolacji. Koty siedziały w pobliżu hipnotyzując chryzantemy. W pewnym momencie Mój zapytał: „Co to za odgłos?” Odgłos był chrobotliwy, ale u nas na balkonie i drzewie za oknem całe lato i jesień coś nieustannie chroboce, więc pomyślałam, że to z pola (o, pardon – z zewnątrz!-J dochodzi. Mój: „Czy to nie twoje kwiatki?” (Mój rośliny doniczkowe z definicji kompletnie olewa, jedyny wyjątek stanowi bazylia, bo można ją zjeść.) No to zaczęłam słuchać, stanęłam między oknem a chryzantemami i... cholera, to w tych chryzantemach chroboce! Yyyyyyyyyyy..... ręce mi się spociły, zimno mi się zrobiło i odechciało mi się jeść. A Mój: „Może weź te kwiatki, bo kto wie, co w nich może być!” Nogi się pode mną ugięły, cała krew mi z twarzy odpłynęła. A Mój ani się ruszy, zgodnie z zasadą że każdy sam odpowiada za to, co przynosi do domu. No to żeby nie stracić twarzy zebrałam na odwagę, wzięłam doniczkę zaklinając Siłę Sprawczą, żeby to coś, co chroboce nie wylazło mi na rękę i wyniosłam na balkon. Zaintrygowane Koty pognały za mną. Na balkonie rozcięłam papier i uwolniłam stado czarnych, dużych, OKROPNYYYYCH robaków. Uszczęśliwione Koty zabrały się do roboty.

 

P.S. Chryzantemy złociste przenocowały na balkonie, następnie, dokładnie w radosnym świetle jesiennego słońca obejrzane, zakwalifikowane jako „czyste” wniesione zostały z powrotem na zaszczytne miejsce na stole. Mój: „Musisz zwracać większą uwagę na to, co mówią Koty...”

03:13, haneczka14 , Zwierzęta
Link Komentarze (8) »
sobota, 01 października 2005
Do czego służy samochód

Samochodem się jeździ, w samochodzie się je, pije, telefonuje, czyta i fizycznie wyraża uczucia, a także... samochodem się obwieszcza urbi et orbi swoje najgłębsze przekonania polityczne, społeczne i moralne.

Jak? Za pomocą naklejek. Z tyłu, w sąsiedztwie tablicy rejestracyjnej, zderzaka, na klapie od bagażnika.

Zaletą takich oklejonych samochodów jest to, że się człowiek mniej nudzi w korku – czyta sobie kufer poprzednika i bawi się świetnie. Wadą – że nieraz w pogoni za niedoczytanym ciekawym tekstem zapomina o bezpiecznej odległości (zwłaszcza, gdy wrodzona krótkowzroczność daje o sobie znać mimo soczewek i okularów).

Hasła są najróżniejsze, najczęściej spotykane to inwokacje do Siły Wyższej, nazwiska faworytów na stołek prezydencki, poparcie bądź sprzeciw wobec wojny w Iraku, ogólne wypowiedzi polityczne.

Obok standartów w rodzaju:

„God bless America” (“Boże błogosław Hamerykę)

„Support our troops” (Wesprzyj nasze wojska”)

“Jesus loves you” (“Jezus cię kocha”)

można też poczytać:

„Let’s do something for the environment – plant a bush in Texas” (“Zróbmy coś dla środowiska, posadźmy krzak w Teksasie” – gra słów: po angielsku „bush” znaczy „krzak”)

„A farm in Texas is missing it’s ass” („Farma w Teksasie tęskni za swoim dupkiem”)

i tym podobne.

Osobiście bardzo mi się podoba:

„Life is good” („Życie jest dobre”)

Zaś mój absolutny faworyt brzmi:

„Jezus loves you. Everybody else thinks you’re an asshole” (Jezus cię kocha. Wszyscy inni mają cię za dupka”)

00:57, haneczka14
Link Komentarze (5) »