Archiwum
niedziela, 17 września 2017
Czas huraganów

We wrześniu zaczyna się na Karaibach sezon huraganów. Nie jest to czas całkowicie martwy turystycznie (sama nurkowałam któregoś września na Jukatanie w Meksyku i było zjawiskowo pięknie, cudna pogoda i przespokojne morze), ale zdecydowanie poza głównym sezonem. Mniej jest odwiedzających i niższe ceny. Moja znajoma z mężem wybrali się w tym roku na wrześniowy karaibski rejs statkiem. Nie trzeba być bardzo przenikliwym, żeby domyślić się, że ich drogi, w dosłownym tego słowa znaczeniu, pokrzyżowały się z huraganem Irmą. Rejs miał trwać tydzień i skończyć się w ubiegłą sobotę. W piątek kapitan miał dla nich dwie wiadomości - dobrą i złą. Najpierw zła - nie zawiną zgodnie z planem do portu. Dobra - rejs zostaje przedłużony na czas nieokreślony.

Przez kolejne cztery dni nie było mowy o zbliżeniu się do wybrzeży Florydy, skąd wypłynęli i dokąd powinni ostatecznie wrócić. Aż do środy statek z czterema tysiącami osób pływał po wodach karaibskich, trzymając się w bezpiecznej odległości od miejsc, gdzie dmuchało. We wtorek pasażerowie usłyszeli radosną wiadomość, że nazajutrz zawiną do portu przeznaczenia. Proszę się jednak przygotować na to, że wieczorem i w nocy będzie mocno huśtało. Najlepiej nie wychodzić z kajut - to tyle odnośnie patrzenia na horyzont w celu opanowania choroby morskiej. W nocy horyzontu nawet i z górnego pokładu nie byłoby zresztą widać, a rzucało podobno tak mocno, że trzeba było uważać, żeby nie spaść z koi, nie mówiąc o chodzeniu gdziekolwiek. Łazienkę przez większą część nocy okupował mąż mojej koleżanki, skądinąd weteran z Iraku i Afganistanu, tyle, że tam pustynia i góry, więc się na chorobę morską nie miał jak uodpornić. Ona, po pochłonięciu niezdrowej ilości tabletek przeciw nudnościom, żując cukierki imbirowe, jakoś dawała sobie radę, dopóki nie rzuciło tak mocno, że postawiło ją do pozycji pionowej, z czego skorzystała, żeby nałożyć kamizelkę ratunkową, przekonana, że teraz statek już na pewno pójdzie prosto na dno.

Zamiast pójść na dno, koło południa wpłynęli do Fort Lauderdale, skąd w kilka godzin później mieli lot do domu. W razie, gdyby nie zdążyli na samolot, biuro turystyczne oferowało dodatkowy, czterodniowy rejs, po śmiesznie niskiej cenie. Mimo że, podobnie jak po zejściu z karuzeli, na lądzie wszystko im się ruszało przed oczami, a nudności właściwie jeszcze się wzmogły, z oferty kolejnego rejsu jednak nie skorzystali.