Archiwum
wtorek, 30 września 2008
Z Meksyku 1
W moim prywatnym raju beżowy piesek chihuahua wskakuje na przykryty białym obrusem stolik, żeby przejść na kolana gościa, którego najbardziej lubi. Na sąsiednim stoliku drobny kocur o egipskich rysach mruży oczy i mruczy w takt przesuwającej się po jego szorstkim futrze ręki. Upalny wieczór świąta Niepodleglości Meksyku.  Występy działających przy lokalnym domu kultury ludowych zespołów tanecznych, na specjalnie w tym celu na Centralnym Placu ustawionej scenie, dobiegły końca. Było prawie jak na Festiwalu Folkloru Ziem Górskich. Nie sprzedawano tu, co prawda, piernikowych serc, ale każdy zna tu każdego i przedzierając się przez wiejski tłum z naszym Naczelnym Nurkiem, który przeprowadził się tu pięć lat temu z deszczowego Seatle, robimy przystanek co trzy kroki, żeby wymienić ceremonialne pozdrowienia. Stajemy przed zaryglowanymi na czas poza sezonem drzwiami najlepiej na całym, obejmującym trzy meksykańskie stany, półwyspie, zaopatrzonej księgarni. Cholera, że też nie mam przy sobie klucza, moglibyśmy się tu wysikać (do kolacji wypiliśmy trochę piwa, które teraz domaga się wyjścia), mruczy żona Naczelnego Nurka, która, jak się okazuje, opiekuje się i tą nieruchomością pod nieobecność właścicieli. No cóż, trzeba nadłożyć drogi i pójść pięć minut do Sklepu Nurkowego. Wszystko znajduje się tu o rzut beretem, więc po chwili siedzimy już znowu w ogródku pod palmami, oglądamy fajerwerki oraz wszystkich wracających z Placu Krewnych i Znajomych Królika. W Kolonii, czyli oddalonej od morza części wsi, po drugiej stronie moczarów z krokodylami, krótko przed północą zaczną się tańce i fiesta potrwa do piątej rano. 
Jutro nie nurkujemy - w całej wsi nie będzie można znaleźć jednego trzeźwego kapitana łodzi.