Archiwum
niedziela, 25 września 2005
W kraju przodków

Bardzo lubię opowieści moich uczniów z wieczorowych kursów polskiego (dorośli lub bardzo dorośli ludzie) o ich podróżach do Polski i odwiedzaniu tamtejszych krewnych.

Delikwenci, których rodzice lub dziadkowie wyemigrowali do Hameryki, ciągle jeszcze mają namiary na jakiegoś kuzyna lub ciotkę w podkrakowskiej, tatrzańskiej albo białostockiej wsi. Od czasu do czasu wysyłane są kartki na święta, może w kryzysie jakieś paczki, dopóki wojna jaruzelska nie utrudniła i tak niełatwej (ze względów językowych) komunikacji. No ale czas leci, nie stajemy się coraz młodsi, trzeba ten nieznany kraj rodzinny jeszcze przed zniedołężnieniem zobaczyć. Kuzyn bądź ciotka zostają zawiadomieni o terminie przyjazdu i zobowiązują się zorganizować nam pobyt w okolicy. Rozumiemy, że będziemy mogli u nich spędzić kilka dni, zanim ruszymy w dalszą podróż, czyli zwiedzanie reszty tego dziwnego kraju (Warszawa, Kraków, Zakopane). Oczywiście mamy przed podróżą niezły reisefieber. Tym bardziej, że trzeba do tego małego miasta, do którego po nas na dworzec kolejowy wyjadą, dojechać pociągiem, a czy ktoś tam będzie mówił po angielsku i powie nam, gdzie wysiąść? Bo podobno stacji do których się pociąg zbliża, to w takim pociągu nawet po polsku nie zapowiadają!

Na miejscu wszystko idzie lepiej niż oczekiwaliśmy – jacyś młodzi ludzie nakierowali nas na dworcu na właściwy pociąg, a w pociągu ktoś wyłącznie polskojęzyczny widząc podsuwaną mu pod nos kartkę z napisem stacji, na której mamy wysiąść, pokazał nam na palcach który to przystanek, a w odpowiednim momencie dał indiańskie znaki do ewakuacji. Na peronie przeoczenie kuzyna lub ciotki było niemożliwie, bo wraz z dziećmi lub rodzeństwem wymachiwali wielkim napisem na którym oprócz nieznanych nam słów widniało nasze imię i (czasem) dziwnie napisane nazwisko.

Powitanie jest głośne. Pakują nas do samochodu i wiozą do domu kuzyna, bądź ciotki. W drodze wyjaśniają nam, że na miejscu poznamy resztę krewnych. Cieszymy się i trochę dziwimy. Nie mieliśmy pojęcia, że mamy tak liczną rodzinę.

Rzeczywistość przerasta nasze oczekiwania. Dom i ogród wypełniony jest po brzegi odświętnie ubranymi ludźmi, nie ma jak przejść do łazienki. Zresztą o wzięciu prysznica po podróży i tak nie ma mowy, bo najpierw trzeba nauczyć się wszystkich imion i zrozumieć kolejne stopnie pokrewieństwa. Wszyscy pokazują na wszystkich palcami i wymieniają znane nam i nieznane imiona przodków oraz wyrazy-klucze: brat, siostra, żona, mąż, syn, córka, wnuczka, szwagier, wujek, ciotka, kuzynka... Sadzają nas (lub raczej niosą w tym tłumie) do zastawionego znanymi z domu babci smakołykami stołu. Wnoszone są kolejne ciepłe dania, polish vodka leje się strumieniami, wykręcić się od niej można tylko piwem. Przy tym stole spędzimy jeszcze wiele godzin.

Następnego dnia sytuacja się powtarza, znowu przykuwają nas do uginającego się stołu, ciągle donoszą nowe potrawy. Teraz krewni przychodzą na zmianę, jest przez to trochę luźniej. Jedzenie zdaje się nie mieć końca. My musimy jeść i pić z każdym nowo przybyłym. Potem biorą nas na wizyty. Po drodze do domów kolejnych wujków i kuzynek poznajemy całą, napotykaną chyba nie całkiem przypadkowo, wieś. Tak mijają szczęśliwe dni na łonie rodziny.

Nadchodzi czas pożegnania. Ruszając w dalszą drogę dostajemy prowiant jakbyśmy mieli spędzić pół roku w Górach Skalistych. Babcia okłada nas różańcem, wszyscy mają łzy w oczach, obiecują do naszego kolejnego przyjazdu nauczyć się angielskiego, a my musimy przysiąc, że zabierzemy się wreszcie za nasz język polski.

Did you want to know why I learn polish? (Chciałaś wiedzieć, dlaczego uczę się polskiego?)

23:29, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 września 2005
Benzynowo

Na dystrybutorach jednej z sieci stacji benzynowych umieszczono ostatnio napisy o takiej mniej-więcej treści: w związku ze wzrostem cen benzyny częstsze stały się przypadki odjazdu samochodów bez uiszczenia opłaty za benzynę. Dlatego też w trosce o utrzymanie bezpieczeństwa prosimy klientów płacących gotówką (kartą płaci się tu bezpośrednio przy dystrybutorze - H.) o uiszczenie opłaty przed tankowaniem.

Potem pewnie będą strzelać.

00:23, haneczka14
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 września 2005
zgadywanka

Zgaduj zgadula - jakiej płci jest osoba o imieniu:

1) Jean

2) Art

Dla ułatwienia dodam, że obracamy się w środowisku angielskojęzycznym:-)

23:00, haneczka14
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 września 2005
Ubraniowo

Jestem zdania, że każdy powinien mieć prawo ubierać się w to co chce, kiedy chce i tak jak chce. Jestem wrogiem wszelkiego wprowadzanego na siłę i najczęściej na koszt pracowników dress code. Ostatecznie przez swoje ubranie też wyrażamy siebie.

Mam koleżankę z pracy. Młoda ładna dziewczyna, bardzo kompetentna i pracowita, od kiedy ona nastała, w biurze koordynującym nasze wygłupy wreszcie zapanował porządek. Ma fajne nogi i dobrze jej w mini.

I co przychodzi mi do głowy, gdy ją widzę w biurze ubraną w miniówę długości (a raczej krótkości) spódniczek Ali McBill? Przychodzi mi do głowy: dziecko idź pobaw się w piaskownicy, tu dorośli rozmawiają.

Więc jednak? Nadmierne skracanie służbowego odzienia podkopuje autorytet i implikuje niekompetencję?

23:36, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (5) »
W góry

Wybraliśmy się w góry. Niskie, bo niskie, ale zawsze to góry, te Poconos. W przewodniku wyszukałam dwie niedługie trasy, które wydały mi się interesujące i kazałam wybrać Mojemu, którą woli. Jedną skreślił z miejsca, gdy przeczytał, że tam są niedźwiedzie. No to pojechaliśmy pospacerować tą drugą.

Wysiadamy z samochodu (jazda 2 godziny w jedną stronę, nie żebyście myśleli, że ja w górach mieszkam, niestetyL podchodzimy pod szlak, tam tablica informacyjna, a na tablicy: „PROSIMY NIE KARMIĆ NIEDŹWIEDZI”...

Poszliśmy do góry. No co – w Tatrach też są miśki, a czy komuś przez to przyjdzie do głowy, żeby tam nie chodzić?

04:20, haneczka14 , Zwierzęta
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 września 2005
Kocia poranna niedziela

Starszy Kot zwykle wskakuje o poranku na łóżko, sprawdza, czy jeszcze śpimy, pokręci sie trochę, pomruczy, a następnie układa się w nożnej części i zasypia.

Ale dzisiaj rano przyszedł Młodszy Kot. Pokręcił się, podreptał i ułożył w górnej części łóżka, dokładnie między nami. Głaskany leżał sobie spokojnie, mruczał, gdy przyszedł Starszy Kot. Wskoczył na łóżko, z zamiarem zrobienia zwykłego obchodu, wychylił się zza nóg Mojego gdy... zobaczył zwiniętego Młodszego. Nastroszył wąsy, zmarszczył brwi z wyrazem pyszczka: a co to tu, k..wa za sielanka?! Następnie położył się niemalże na Młodszym. Ten zaś, nauczony doświadczeniem, oddał mu grzecznie plac bez boju...

18:58, haneczka14 , Zwierzęta
Link Komentarze (6) »
czwartek, 15 września 2005
Amerykańskie mieszkanie

Ameryka, kraj rzeczy dużych, a więc i dużych mieszkań. Jak dużych? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, bo ich wielkości nie mierzy się w metrach kwadratowych, tylko w sypialniach. (Od razu zaznaczę, że nie mówię tu o mieszkaniach w wielkich miastach, które z oczywistych względów są ograniczone powierzchniowo.)

W centrum amerykańskiego mieszkania (lub domu) znajduje się zwykle pokój dzienny, najczęściej połączony z otwartą kuchnią (witajcie wszystkie smażeniowe zapachy!) i jadalnią. Czasem część jadalniana jest bardziej w kuchni, czasem bardziej w pokoju. Reszta pokojów to sypialnie. Wiele z nich ma osobną łazienkę (patrz: Amerykańska łazienka). W idealnym układzie przy każdej sypialni jest też szafa na ubrania, czyli niewielkie pomieszczenie do którego wchodzi się drzwiami. W środku jest drążek na wieszaki i czasami jakaś półka. Okna z reguły tam nie ma, choć widziałam wyjątek.

W sypialniach pod sufitem wiszą wentylatory. Bardzo je sobie w lecie cenię, stanowią sensowną alternatywę dla klimatyzacji.

Amerykańskie drzwi nie mają klamekJ Mają pokrętła. W związku z tym sprytne zwierzęta domowe, które w Europie dawno by się już nauczyły je otwierać, tutaj są bez szans. Amerykańskie drzwi wewnątrz mieszkania nie mają progów. Są za to pod nimi szpary dochodzące do, nie przesadzam, czasami i kilku centymetrów.

Amerykańskie okna otwiera się przesuwając w górę dolną część. (O.K, przyznaję, w Bostonie spotkałam się też z otwieranymi prawie „po europejsku” oknami. Ale Boston w ogóle jest europejski.) W wielu zamontowane są na stałe moskitiery, w związku z czym nie można przez nie wystawić głowy. Nie można ich też umyć od zewnątrz, nawet tych bez moskitiery. (To akurat jakoś specjalnie mnie nie martwi.) Zaskakujące, ale w wielu, zwłaszcza starszych budynkach, okna są dość małe, a co za tym idzie mieszkania ciemne. Niektórzy zawieszają w nich dodatkowo misternie upięte rokokowe zasłony, izolując się w ten sposób skutecznie od światła dziennego. Niech żyje sztuczne światło i klimatyzacja o każdej porze dnia i nocy! Firanek niet, albo prawie niet. Życie sąsiadów można po zmroku śledzić bez wysiłku. Wszystkie okna, jakie do tej pory widziałam, były pojedyncze. Że w zimie jest zimno? A od czego ogrzewanie?

Modele ogrzewania są najróżniejsze. Najśmieszniejszy jest taki: przez zamontowane w suficie kratki dmucha ciepłe powietrze. Jak łatwo się domyślić, ono tam pod tym sufitem zostaje... Ogrzewanie takie wysusza powietrze na pieprz. Najlepiej wyobraźcie sobie zamotowane pod sufitem duże suszarki do włosów, a będziecie mieli pełny obraz tego mechanizmu. Za to jako klimatyzacja system ten działa znakomicie (przez te same kratki można w lecie włączyć nawiew zimnego powietrza). Ogólnie nieco lepszym rozwiązaniem są kratki umieszczone w podłodze. Ich wadą może być ilość wydmuchanego w atmosferę domową kurzu, gdy je po letniej przerwie jesienią włączymy. Ale ten problem większości Amerykanów nie dotyczy, bo przez całe lato używają klimatyzacji (znowu te same kratki, tylko powietrze zimne). Są też i sympatyczniejsze rodzaje ogrzewania – niskie grzejniki zamotowane zaraz nad podłogą przy zewnętrznych ścianach domu. No albo całkiem podobne do europejskich (tych starszych modeli) kaloryfery. A grzać (lub w lecie chłodzić, jeśli ktoś lubi) trzeba dużo, bo domy z cienkich są deseczek zbudowane, ściany zewnętrzne grubości parunastu centymetrów...

 

P.S. Nie wiem, jak sobie radzą Kanadyjczycy – zima u nich cięższa i tak na zdrowy rozum powinni mieć jakieś lepsze ogrzewanie i izolacje. Czy ktoś wie?

02:19, haneczka14
Link Komentarze (6) »
wtorek, 13 września 2005
Czego tu nie ma

Miałam napisać o bolesnych brakach. Nie będzie to długa lista, bo „w Ameryce jest wszystko”. Z wyjątkiem:

1) wspominanych wcześniej krówek;

2) Prince Polo;

3) przyzwoitego chleba. Standartowy tutejszy chleb to biała tostowa guma. Dziękujemy. Wychowaliśmy się na aromatycznych złocistobrązowych bochenkach żytniego z kminkiem, a potem pobyt w Niemczech i tamtejsza pełnoziarnista chlebowa różnorodność na zawsze ustawiła wysoko naszą pieczywną poprzeczkę. Co robimy? Jeździmy do pewnego dziwnego sklepu, w którym można dostać bardzo dobry pumpernikiel, w normalnym supermarkecie kupujemy bliskowschodni wynalazek - chlebek pita, sięgamy po bajgla (z krakowskim bajglem ma wspólne tylko pochodzenie i okrągły kształt. Acha, no i to, że czasem może być z makiem lub sezamem), a gdy upały nie obrzydzają nam myśli o piekarniku - pieczemy chleb w domu;

4) białego sera, który można kroić nożem. Są wyroby podobne: coś takiego jak polski „serek wiejski” w okrągłym pudełku, no albo kremowe sery homogenizowane. Od biedy można z tego zrobić sernik, ale nie będzie taki fajny twardy jak w Polsce. Zresztą ten problem pojawia się już w Niemczech, to nawet do Hameryki nie trzeba jechać, żeby twarogu nie było...;

5) papierówek. A w każdym razie jeszcze ich nie odkryłam. Wszystkie jabłka świata, ale nie papierówki;

6) ogórków kiszonych. Konserwowych są tryliony rodzajów i smaków. Kiszonych niet.

 

Wiele rzeczy ma nieco inną formę (nie mówiąc o treści), albo występuje tylko w określonych miejscach. Na początku wydawało mi się, że całej masy rzeczy tu nie ma, ale z czasem albo w końcu przypadkiem się na nie w sklepie nadziewałam, albo znajomi dawali mi namiary, gdzie ich szukać. Takie szukanie to czasami cała wyprawa, np. po (bardzo dobre zresztą) kabanosy jechaliśmy kiedyś ponad godzinę w jedną stronę. No ale nie sposób teraz napisać, że tu kabanosów nie ma. Bo są...

03:48, haneczka14
Link Komentarze (10) »
niedziela, 11 września 2005
Tłuczenie talerzy

Byliśmy na Polterabend. Ślązacy znają ten niemiecki zwyczaj pod nazwą „skorupiorze”, czy jakoś tak. Reszcie świata wyjaśniam: dzień przed ślubem urządza się imprezę na którą goście przynoszą porcelanę i fajans. I tłuką to, rzucając przy wejściu na ziemię. Młoda para zaś uwija się z miotłą i szufelką i cały czas sprząta skorupy. Im więcej tłuczenia i hałasu, tym lepiej wróży to przyszłemu małżeństwu.

Tak to wygląda w oryginale. W wersji zmodyfikowanej impreza odbyła się kilka dni przed ślubem. Niemcem był narzeczony, narzeczona pochodzi z Argentyny. A wszystko miało miejsce w Hameryce. Z racji pochodzenia firmy, w której oboje pracują i z której przyszło na imprezę najwięcej znajomych, większość gości znała obyczaj ze swojej europejskiej ojczyzny. Młoda para poszła ze sprzątaniem iście po tutejszemu na łatwiznę – rozłożyli dużą folię, położyli na niej kilka mini-głazów w które należało celować, żeby zdrobnomaczyć i zadowoleni. Wyłgali się z całoimprezowego zamiatania!

Ale i tak było fajnie. Znam osoby, których marzeniem dzieciństwa było rzucić sobie talerzem. Faktem jest, że tłuczenie statków sprawia przyjemność większości ludzi, nie tylko dzieciom. Najlepiej widoczne było to w przypadku Amerykanów, tradycynie dających głośny wyraz swojej radości. (Nie pisałam, że Amerykanie są jednym z głośniejszych narodów świata? Są!) Argentyńczyków było mało, a szkoda. Argentyński tata objął stanowisko za grillem, ale dane mu było grillować jedynie hamburgery i plastikowe kiełbaski. W głębi ducha musiał cierpieć pochylając się nad tymi mięsopodobnymi wyrobami. Z przyzwoitym asado (grilowanym mięsem) byłoby mu bardziej do twarzy...

Charakterystyczne dla tego rodzaju imprez jest, że niewiele osób może porozumieć się ze wszystkimi ich uczestnikami. Inaczej też rozkłada się uwaga gości i inaczej można się zakumplować. Odbywa się to najczęściej na bazie znajomości języka danej grupki.

01:58, haneczka14
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 września 2005
Napis

Jadę sobie, jadę i czytam "FRESH OIL AND CHIPS"

A to wcale nie sprzedaż artykułów spożywczych! To napis na pomarańczowej tablicy informującej o ruchu drogowym i o tym, co na drodze.

A na drodze wysypany świeży żwirek. Podklejony. Olejem?

23:06, haneczka14
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2