Archiwum
piątek, 24 sierpnia 2018
Najjaśniejszego pana muchy (nie)obsrały

Sytuacja polityczna po zamieszkiwanej przeze mnie stronie oceanu jest, jak to ujął wczoraj pewien dziennikarz, rozwojowa. Już w zeszłym roku, w ramach realizowania hasła, że nic o nas bez nas, zdecydowałam się rozpocząć proces, mający mi dać tutejsze prawa wyborcze. Zakończył się on sukcesem i za kilka miesięcy wezmę czynny udział w tym, co zapowiada się jako bardzo emocjonujące wybory.

W każdym tutejszym urzędzie państwowym, na ścianie wisi portret aktualnie urzędującego prezydenta. Formalności wymagały mojej wizyty w takowym urzędzie, znajdującym się w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Po przejściu bramki jak na lotnisku, weszłam do wielkiej poczekalni, mogącej bez problemu pomieścić ze dwieście osób, w trzech czwartych wypełnionej ludźmi. Usiadłam i, czekając na swoją kolejkę, rozejrzałam się dookoła. Dopiero po dobrych kilku minutach zauważyłam zdjęcie aktualnie urzędującego. Oprawione w niewidoczne niemalże ramki, miało rozmiary co prawda nie znaczka pocztowego, ale niewiele większe od zeszytu do matematyki z podstawówki. Urzędnicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, zdewastowani, jak w większości tutejszych miast, wynikiem wyborów dwa lata temu, zamówili widać najmniejszy dopuszczalny portret, zadbali o skromną oprawę i nienarzucające się miejsce na ścianie. Nie jest on upstrzony przez muchy tak, jak ten u w szwejkowej gospodzie, pewnie tylko dlatego, że w tego typu budynkach się tu okien nie otwiera, bo jest klimatyzacja. A szkoda, nie ma to wszak jak świeże powietrze.