Archiwum
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Po wtorkowym trzęsienu ziemi pora na kolejną plagę egipską
Resztki huraganów docierające z Karaibów do Wielkiego Hamerykańskiego Miasta przejawiają się zwykle ulewnymi deszczami przy dość wysokich temperaturach. Tym razem miało być inaczej. Niepokojące wizje weekendu zaczęto snuć już w połowie tygodnia. W piątek proroctwa osiągnęły poziom regularnego siania dywersji i dzielny lud podążył za głosem obłędu do supermarketów, by kupować ogromne zapasy pokarmu i wody. Efekt był taki, że gdy po pracy w piątek pojechałam na zakupy, z wody dostałam już tylko mineralną z aromatem cytrynowym.
Niebo było pochmurne i gdy jechałam do domu, zaczęło trochę padać. Nawet się zastanawiałam, czy nie zostawić auta na polu1, żeby mi go umyło, ale deszcz zaraz ustał. W sobotę nasze europejskie rodziny, wiedzione paniką medialną nawiązały z nami łączność. Zapewniliśmy, że żyjemy.
Zacząło padać po południu. I wiać. Słabiej, mocniej, po zapadnięciu zmroku pierońsko. Od początku jasne było, że tutejsze sieci energetyczne takiego wiatru nie wytrzymają2 i że odcięcie dopływu prądu jest tylko kwestią czasu. Ta świadomość napędzała także i zachowania nabywcze z piątku, o tyle bezsensownie, że większość jedzenia trzeba albo trzymać w lodówce, albo gotować, albo jedno i drugie (choć nie jednocześnie), a bez prądu lodówki nie chłodzą, kuchenki elektryczne nie działają, a te najnowszej generacji gazowe też się nie zapalają, bo mają elektryczny zapłon, a przez stuprocentowe zabezpieczenia zapałką się ich zapalić nie da. 
światło zgasło nam koło północy. Nastawiłam sobie budzik na ósmą rano w niedzielę, żeby wykorzystać światło dnia do czytania, bo wieczorem trzeba będzie pójść spać z kurami. Niszczycielskie działanie huraganu obejmowało wyrwane z korzeniami słoneczniki przed domem i kapiącą z sufitu na piętrze wodę. Mój niesłychanie się tą kapiącą wodą przejął, bo myślał, że nam się domek psuje. Ja przejęłam się nieco mniej, bo naoglądałam się już plam i zacieków na skosach w moim Królewskim Mieście i wiem, że czasami po prostu wody jest za dużo i za energicznie, zwłaszcza, jak pada nie tylko z góry na dół, ale i z dołu do góry, co niewiątpliwie tym razem miało miejsce. Za dnia poszliśmy na strych zobaczyć i ku wielkiej uldze wszystkich wyszło na moje.
Pod wieczór się przejaśniło i urządziliśmy oglądanie gwiazd z balkonu (widoczność była świetna w promieniu kilkunastu kilometrów nikt nie miał prądu i tylko policja na sygnale coraz to jechała w jej tylko wiadomym kierunku) i po raz pierwszy sama znalazłam Mały Wóz, Koronę Borealis i jeszcze coś, czego polskiej nazwy nie znam (wąż?)
W poniedziałek rano pojechałam na stację przekonać się, że pociągi do Wielkiego Hamerykańskiego Miasta nie kursują. W związku z brakiem elektryki  nie mogę też pracować z domu, w związku z czym mam wolne. 
Prąd włączyli nam koło południa. Pociągi mają zacząć jeździć jutro rano.

1Dla Tych z Warszawy: na dworzU

2Tutaj większość drutów zamiast pod ziemią ciągle jeszcze prowadzona jest od słupa do słupa, przez co zefirkowi regularnie udaje się je strącać, zrywać, albo obrzucać stuletnimi topolami. Zważywszy na masowość takich awarii, na naprawę można czekać i kilka dni, co zwłaszcza w zimie, w sytuacji, gdy całe ogrzewanie jest na prąd, sprawia wszystkim wielką frajdę.
22:38, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 sierpnia 2011
Trzęsienie ziemi w Wielkim Hamerykańskim Mieście
Poszłam do banku. Akurat stałam przy okienku, gdy ściana za obsługującą mnie panią zazgrzytała. Zupełnie, jakby jakiń olbrzym przesuwał niesamowitych rozmiarów szafę gdańską, albo Szpicbródka podwiercał się pod kasę pancerną. Stwierdziłam, że ta druga ewentualność jest jednak bardziej prawdopodobna i spokojnie wróciłam do pracy w Centrum (Językowym) na siedemnastym piętrze1. Koleżanki obok akurat nie było przy biurku. Po chwili dłubania zapragnęłam podzielić się jakąś złotą myślą z otoczeniem i ze zdziwieniem stwierdziłam, że ciągle jej jeszcze nie ma. Innych też nie było. I cisza taka dziwna panowała. Wstałam i zrobiłam obchód po salach lekcyjnych stwierdzając, że wszyscy opuścili je w popłochu. No cóż, robiąc wycieczkę do banku musiałam przegapić alarm pożarowy2. Usiadłam więc spokojnie i dłubiąc coś tam czekam, aż towarzystwo wjedzie z powrotem windą na górę. Ale coś długo to trwa. A może mnie się dłuży, to przez tę świadomość, że jestem sama na siedemnastym piętrze wyewakuowanego budynku.
Dzwoni telefon. To partnerka Mojej Koleżanki, żeby się dowiedzieć, czy u niej wszystko w porządku.
- A, czułaś trzęsienie ziemi? - Pyta, gdy zreferowałam jej sytuację.
Acha, to nie był podkop pod bank. tylko trzęsienie ziemi (5.8 w skali Richtera). Przecież tu nie ma trzęsień ziemi! Po chwili telefon znowu dzwoni - to moje towarzystwo z Centrum spod budynku:
- Bo my tu stoimy i strażacy nic nam nie mówią i nikt nic nam nie mówi, ale może ty jednak stamtąd zejdź.
No to jak mam wyjść na świeże powietrze, to czemu nie? Porwałam torebkę, książkę i idę. Schodami w dół, na wszelki wypadek. Po raz pierwszy sama na tej ognioszczelnej klatce schodowej. Trzy i pół minuty. Nieźle. Jak jestem sama na schodach. W razie niebezpieczeństwa nigdy nie jest się samej na schodach.
Na dole moi:
- Nie wiadomo. Tu nigdy nie ma trzęsień ziemi, to nie wiemy, co robić, a nigdzie się dodzwonić nie można - telefony komórkowe siadły.
Pytamy ucznia z Ekwadoru, obeznanego z trzęsieniami: co się w takich wypadkach robi?
- Indywidualna decyzja. Jak ktoś chce iść do domu, to idzie. Jak ktoś chce zostać w pracy, to proszę bardzo. Tyle, że na własną odpowiedzialność. Bo z trzęsieniami to nigdy nic nie wiadomo.
Jak więc widzimy, trzęsienia ziemi mają dużo wspólnego z pszczołami (na jakiej podstawie tak twierdzę?)3 
A dzisiaj rano w radio usłyszałam specjalistów: 
- Byłoby bardzo dziwne, gdyby po wczorajszym wstrząsie nie nastąpiły dalsze wstrząsy. Jednak jak do tej pory nie nastąpiły. Co oczywiście nic nie znaczy, poza tym, że jeszcze żadne wstrząsy nie nastąpiły.

1 Hamerykańskie siedemnaste piętro to w gruncie rzeczy szesnaste, bo tu się parter liczy jako pierwsze.

2 Alarmy pożarowe zdarzają się tu średnio dwa razy do roku. Należy korzystając ze schodów, a nie windy wyjść z budynku. Na hermetycznej klatece ze schodami przeciwpożarowymi dołączają do nas wtedy ludzie z niższych pięter i poniżej piętra dziesiątego robi się już tak klaustrofobicznie, że do zeschizowania jeden krok. 

Oj, widzę, że ten blog mi się zamienia w quiz literacki... To pytanie mam nadzieję łatwiejsze od tego z wcześniejszego wpisu na temat południa.
04:43, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 sierpnia 2011
Tolerancja a la ja
- Jedyne, co mi w tej jego dziewczynie przeszkadza, to że jest świadkiem Jehowy - powiedział Mój.
- To nie jest twoja sprawa! - osadziłam go z miejsca.
- Masz rację - zgodził się natychmiast.
Po chwili: 
- Tylko dlaczego ona zawsze jest taka blada? - zastanowiłam się głośno. - Pewnie sama świadomość, że nie może liczyć na transfuzję powoduje u niej anemię! 
04:21, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »