Archiwum
sobota, 30 sierpnia 2008
Nasz Bacchus
Przez siedemdziesiąt kilka lat udało mu się omijać te topiele i możnaby pomyśleć, że bez dzieci i z żoną jedynie byłą, oraz przyjaciółką w wieku mu zbliżonym na podobne stresy nie będzie już narażony. Ale po kolei.
Żeby dorobić do nędznawej emerytury (niespełniony artysta w kraju gospodarki, ach jakże rynkowej) uczy cudzoziemców w Centrum (Językowym) swego języka ojczystego. Gdyby Centrum (Językowe) miało wystawiać mitologię, przypadłaby mu rola Bacchusa. Nie musielibyśmy go nawet specjalnie charakteryzować: posturą o iście rubensowskich kształtach zajmuje należne mu miejsce, zaś wdzięczną gestykulacja powoduje, że niedopinająca się na brzuchu koszula rozsuwa się, ukazując coraz to większe połacie białego brzucha. Koszula na brzuchu niedopina się na skutek, można powiedzieć, zrządzenia losu, na porośniętej siwym włosem piersi niedopięta jest natomiast rozmyślnie, w celach czarodziejsko-uwodzicielskich. Siwe resztki drobnych loczków okalają mu głowę na podobieństwo wieńca laurowego. Płytko osadzone w mięsistej twarzy, lekko wypukłe, łagodne, niebieskie oczęta bez rzęs harmonizują z wydatnymi wargami, które zawsze wydają się być lekko tłuste. Podobne wrażenie robią też serdelkowate palce, może zresztą nie jest to jedynie wrażenie, biorąc pod uwagę wygląd papierów, z którymi wchodzi w kontakt. Uwielbia skupiać na sobie uwagę, bawiąc otoczenie niezwykle wyszukanym angielskim, a gdy zdarzy się to przy zastawionym stole, dosięga olimpu.
Centrum (Językowe) przydzieliło mu do nauczania młode latynoskie małżeństwo. On pracuje w międzynarodowej korporacji i ciągle jest w zagranicznych podróżach i bardzo już dobrze mówi po angielsku, natomiast Ona zaczęła się uczyć angielskiego dopiero gdy dowiedziała się o przeprowadzce do goszczącego mnie kraju. W związku z tym jej znajomość angielskiego jest dość ograniczona. Ponieważ zaś jest w ciąży, chce móc porozumiewać się bez problemu na tematy ginekologiczno-położnicze. Odpowiednie pytania są więc zadawane naszemu Bacchusowi, do którego obowiązków tak czy inaczej należy wprowadzanie nowych słówek i wyrażeń. Na niektóre z tych, znacznie przekraczających naznaczone purytanizmem hamerykańskie granice tabu pytań, udaje mu się odpowiadać rzeczowo, choć ze spoconym czołem. Od odpowiedzi na inne wykręca się natomiast jak może, na niektóre zaś, jako facet i do tego starej daty, całkiem po prostu odpowiedzi nie zna, tym bardziej, że jak zaznaczyliśmy na początku, życie mu do tej pory pewnych doświadczeń oszczędziło. Do tej pory. Ponieważ On wraca dopiero za dwa tygodnie, Bacchus ma wielkie szanse na odbycie w międzyczasie kontrolnej wizyty u ginekologa. Przedsiębiorcza przyszła matka chce być bowiem pewna, że dokładnie rozumie wszystkie zalecienia władającego jedynie angielskim lekarza.
21:39, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 sierpnia 2008
Godziny ciszy
Kiedy mieszkałam w Niemczech, szokowały mnie tamtejsze zarządzenia dotyczące zachowywania ciszy w niedziele i święta, oraz w określonych godzinach dni powszednich. Na placach zabaw na przykład, widniały tabliczki zabraniające zabawy w godzinach pomiędzy dwunastą a czternastą. Podobne ograniczenia dotyczyły też kontenerów na puste butelki -  ponieważ korzystanie z nich wiąże się z wytwarzaniem określonej ilości decybeli, nie wolno było wyrzucać szkła w niedzielę i święta, oraz w nocy.
Teraz goszczę w kraju słynącym z zapewniania wolności wszystkim dookoła. Gdy w upalne niedzielne popołudnie, wypełnione sennym brzęczeniem pszczół, wyrywa mnie regularnie ze słodkiej drzemki w hamaku na werandzie warkot kosiarki do trawy coraz to innego sąsiada, wzdycham do niemieckiego zniewolenia obywateli i zakazu hałasów wszelkich przez połowę weekendu...
01:52, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 sierpnia 2008
Anszlus Szwajcarii
Mój (który jest Niemcem) dokonał anszlusu Szwajcarii. Siedzieliśmy sobie przy sobotnim śniadaniu i prowadzili akademickie rozważania na temat, które wariactwo jest bardziej zrozumiałe: wspinanie się na śmiercionośne góry typu K2, czy też nurkowanie do wraków leżących w oceanach na głębokościach do których nie dociera już światło dzienne. Zdania były podzielone, albowiem Mój rozumie tych pozbawionych instynktu samozachowawczego nurków głębinowych, podczas gdy ja jestem w stanie wyobrazić sobie, że wspinaczki wysokogórskie mogą być sensem życia (przynajmniej zanim nie staną się przyczyną śmierci). Cóż, jedni nurkują Andrea Doria, inni włażą zimą północną ścianą na Eiger.
- Eiger w Niemczech, wiesz, ta najtrudniejsza z gór w Alpach - naprowadzał mnie Mój.
- A jesteś ty pewien, że Eiger jest w Niemczech?
- No albo Matterhorn, najwyższa góra w Niemczech.
- Mój drogi, przecież Matterhorn nie jest w Niemczech...
- Ależ jest, to najwyższa góra...
- No przecież wasza najwyższa góra to jest Zugspitze!
- Ooooops...
No i musiałam wziąć atlas i pokazać mu, że tak Matterhorn, jak i Eiger są w Szwajcarii.

Wpis ten dedykują mojemu Tatusiowi, który w czasach szkolnych zwykł mnie był nazywać Słynnym Geografem:-)
04:10, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
sobota, 02 sierpnia 2008
"Redukcja akcentu"

- Ci wszscy ludzie (no, może 99%), którzy nauczyli się obcego języka jako dorośli, powinni pogodzić się z twardym prawem natury, że wciąż mówią z obcym akcentem i będą tak mówić do śmierci - mruczę zniecierpliwiona pytaniami naszych uczniów o możliwości "redukcji akcentu".

- Ergo: im szybciej człowiek umrze, tym szybciej pozbędzie się obcego akcentu - dodaje moja koleżanka Nadia Ukrainka.

20:10, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (3) »
Wiewiórki w Hameryce są szare

Na środku skweru w centrum Wielkiego Hamerykańskiego Miasta stoi niewielki sześcian z różowego marmuru, służący za cokół dla metalowego niedźwiedzia. Duża, szara hamerykańska wiewiórka podbiega do marmurowego bloku, wspina się na tylne łapki, wyciąga łepek jak się na najwyżej - może uda się wspiąć po tej gładkiej jak lustro ścianie? Obiega sześcian, powtarza ten sam manewr z drugiej strony. Oddala się trochę, znowu staje na tylnych łapkach i zagląda - wyraźnie chce zobaczyć, co znajduje się na sześcianie. Czyżby przedmiotem jej zainteresowania rzeczywiście był metalowy misiek? Po chwili odchodzi. Znowu przybiega. Wyraźnie nie może zostawić sześcianu.

Alejką od wejścia niespesznie podąża pitbull prowadzony na krótkiej smyczy przez umięśnionego, ubranego w czarną skórę osobnika z tatuażem na łysej głowie i w nabijanych ćwiekami mitenkach. Powolnym krokiem zbliżają się do cokołu, uszy pitbula (lub raczej to, co z nich zostało) zdrazają niejakie zainteresowanie stojącą teraz znowu na dwóch łapkach wiewiórką. Osobnik prowadzi psa do marmurowego sześcianu. Wiewiórka odskakuje na bezpieczną odległość. Osobnik schyla się i bierze leżący na sześcianie kawałek suchego bajgla. Delikatnie rzuca go wiewiórce, która porywa go i w radosnych podskokach oddala się na trawnik. Osobnik i pitbull odchodzą w upalne lipcowe miasto.

19:53, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »