Archiwum
piątek, 31 sierpnia 2007
Skwer wśród wieżowców.

Parne hamerykańskie lato. Lubię lato i lubię słońce, a ponieważ spędzam znaczną część życia w klimatyzowanych pomieszczeniach bez okien, lubię też już nawet jak jest parno i duszno. Dochodzi ósma rano, wychodzę po schodach z klimatyzowanych podziemi, do których dowiozła mnie moja klimatyzowana kolejka. Wita mnie przyjazne i ciepłe żółte słońce, które  jeszcze nie miało czasu rozgrzać się do białości. Na skrzyżowaniu skręcam w prawo - nic mnie nie goni, mogę sobie przed pracą pozwolić na krótki spacer. Dochodzę do pięknego, dużego skweru w jednym z najdroższych rejonów miasta. Skwer jest starannie zaprojektowany i dobrze utrzymany - można usiąść na gęstym trawniku nie brudząc się psimi odchodami. Wzdłuż alejek ustawione są średnio wygodne drewniane ławki cieszące się wielką popularnością wśród pracowników pobliskich biur w czasie przerwy obiadowej.

Ale do przerwy obiadowej mamy jeszcze cztery godziny. Pora tak wczesna, to prawie noc dla mieszkańców skweru. Nie, nie mówię o wiewiórkach. Mówię o tych, dla których ławki nie są tak niewygodne, żeby nie można było na nich przespać nocy. Niektórzy już się obudzili, z wolna siadają, przecierają twarze. Kobieta owinięta w długi ciemnopomarańczowy płaszcz z grubej dzianiny układa sobie włosy. Inni jeszcze śpią z nakrytmi głowami, zzutmi butami. Z jednej ławki dochodzi głośne chrapanie.  

To także czas spacerów z psami. Najmodniejsze rasy wychodzą zrobić małe albo i trochę większe conieco. Właściciele karnie podążają za nimi z plastikowymi torebkami w ręce. Przebiegają miłośnicy porannej gimastyki, czasem jakiś biznesmen z gazetą i kawą w jednorazowym kubku przysiądzie na chwilę na ławce naprzeciwko bardziej niż stałego bywalca parku, który, zdarza się, coś do niego zagada. Służby miejskie podlewają kwitnące krzewy, opróżniają kubły ze śmieci. Przesycone wilgocią, ciepłe powietrze zaczyna kleić mi się do skóry. Pora dotrzeć już wreszcie do pracy.

19:52, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
ZAGWOZDKA

Długi intensywny program indywidualnej nauki angielskiego. Uczniem jest pracownik jednej z firm Wielkiej Piątki. Wielkiej Szóstki? A może Siódemki? Zależy kto liczy.

Facet jest z Południowej Korei, angielski zna dobrze, ale ma znać lepiej. Posiedzi u nas półtora miesiąca po siedem godzin dziennie. Przeważnie dajemy mu dwóch nauczycieli dziennie – jednego rano, drugiego po południu. No a nasi nauczyciele to przecież panoptikum (sama też uczę, więc wolno mi tak mówić). Jest taki jeden, nazwijmy go Jack. Jack jest po sześćdziesiątce, niespełniony artysta i wielki łakomczuch. Ma gargantuiczny brzuch, kręcone siwe włosy, nieco żabie niebieskie oczy, wiecznie zroszoną potem otwartą twarz, zasób słownictwa Wielkiego Słownika Webstera, płynną wymowę (pluje, jak mówi) i niczym nieuzasadnione powodzenie u kobiet (jego aktualna dziewczyna wygląda jak Grace Kelly na emeryturze). Jackowi przytrafiają się różne katastrofy. Ostatnio pękł mu mostek podtrzymujący dolne przednie zęby, wymowa stała się więc jeszcze bardziej płynna, a jej nauczanie groteskowe. Jack wydziela dziwny zapach, znany mieszkańcom Wielkich Hamerykańskich Miast – jest to trochę zapach tutejszego metra, przewodów wentylacyjnych, zastałej wody w kałużach i nie wiem czego jeszcze. Na jednostki zapachowo wrażliwe działa odstręczająco, ale co bardziej toporne nosy w ogóle go nie zauważają. Są jednak dni, kiedy powietrze poruszone przez Jacka owiewa człowieka miłą wonią olejku sandałowego. Prawidłowości żadnej nie stwierdzono.

Ostatnio Jack uczył Koreańczyka po południu. Uczeń wyszedł na chwilę. Po piętnastu minutach Jack się zaniepokoił. Po pół godzinie zaczął go szukać. Po trzech kwadransach był już na skraju wyczerpania nerwowego. Po godzinie dorwał go na dole budynku, gdzie pocąc się w dwójnasób wyczekiwał na jego powrót. Koreańczyk przeprosił i wytłumaczył, że przypomniało mu się, iż zostawił portfel w hotelu. Pobiegł poń i nie zauważył, że minęło aż tyle czasu. W rozmowie z naszym koordynatorem mówił, że jest z lekcji zadowolony i żeby źle go nie zrozumieć, bo naprawdę lubi Jacka. Kolejnego popołudnia podczas zajęć z Jackiem źle się jednak poczuł i musiał pójść wcześniej do domu.

Albo mieliśmy do czynienia ze zbiegiem okoliczności, albo nie może znieść przydługawego sam na sam z Jackiem, a będąc człowiekiem Dalekiego Wschodu za nic w świecie nie powie nam tego wprost, bo nie chce żeby Jack stracił twarz. Sprawa nie jest prosta, bo mieliśmy już też do czynienia z jego rodaczką, która bez obciachu po dwóch lekcjach zażądała zmiany nauczycielki dokładnie nam wyłuszczając, co się jej nie podobało. Ot zagwozdka.

Na wszelki wypadek postanowiliśmy dawać mu innych nauczycieli, nie Jacka. Przynajmniej w najbliższym czasie, dopóki mostek nie zostanie naprawiony...

02:42, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 sierpnia 2007
Syndrom college'u

Trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat - jakie to ma znaczenie, skoro ciągle jeszcze nosimy fryzurę identyczną jak wtedy, gdy byłyśmy w college'u?

Na początku myślałam, że te pocieniowane w sposób nasuwający bliższe lub dalsze skojarzenia z "Aniołkami Czarliego" włosy niektórych Hamerykanek to jakaś tutejsza moda retro. Nic z tych rzeczy! Nie jest to powracający żartem chwilowy szyk sprzed lat. To stanowiący niezrozumiały powód do dumy szyk śmiertelnie poważnie TRWAJĄCY od dwudziestu czy trzydziestu lat!

Czy te fryzury mają za zadanie chronić właścicielki przed upływem czasu? Wydaje się, że tak, zwłaszcza w przypadkach, gdy fryzura rodem z czasów dinozaurów podkreśla mimikę charakterystyczną dla afektowanej piętnastolatki. Te słodko podciągnięte do góry kąciki powleczonych różowiutką szmineczką usteczek, to niewinne, zdziwione wielkim światem spojrzenie szeroko otwartych bławatnych oczek... To ten głos, wysoki i donośny, ale ustawiony na "słodko" dziewczęco, tak właśnie, jak co głupsze piętnastki sobie paplusiają...

A przecieże większość z tych kobiet nie jest ani smarkata, ani naiwna, ani głupawa. Dlaczego więc robią wszystko, żeby robić takie wrażenie?! Czasami naprawdę przykro jest mi na nie patrzeć...

20:58, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (5) »