Archiwum
niedziela, 26 lipca 2009
Mała Wyspa II
Za restauracją jest niewielki, ale głęboki basen, w którym odbywają się pierwsze lekcje początkujących nurków. Basen i jego bezpośrednie otoczenie to jedyne miejsce na terenie hotelu, gdzie docierają promienie słoneczne. Reszta tonie w głębokim, tropikalnym cieniu.
Pierwszego dnia było mi dane usiąść pod pajęczyną, której autor(ka) rozmiarami swoimi znacznie przekraczała wszystkie te potwory mieszkające za słomianą matą w pokoju mojego dzieciństwa. Nie miała jednak owłosionych nóg, w związku z czym nie odbiegłam z krzykiem, tylko ze stoickim spokojem się jej przyjrzałam. Odkryłam z zainteresowaniem, że wszystkie jej stawy (32?) wcale nie są czarne, jak reszta ciała, lecz zielono-żółte. Miał(a) też jakieś pasujące plamki na korpusie.
Ale absolutnym hitem wyspy są kraby. Wyglądają jak zrobione z taniego odpustowego plastiku w różnych kolorach: wyblakłym żółtym, różowym, beżowym, a najwięcej jest niebieskich. Mają wyłupiaste oczy jak wizjery czołgu i bardzo szybko biegają, ale wyłącznie w bok. Idąc drogą widzi się na poboczu dziury trochę takie, jak robią nornice. Z dziur tych zaś łypią na nas żwawo ruszające się różnokolorowe oczy. Często cała armia siedzi na zewnątrz. Robi to trochę niesamowite wrażenie, gdy nagle wszyscy, bez wzglądu na kolor, zaczynają biec w bok, każdy do swojej dziury.
Po jakimś czasie człowiek przyzwyczaja się do huku mango. Wysnuliśmy przypuszczenie, że spadające te pociski są największym zagrożeniem dla odwiedzających wyspę. I że poza ubezpieczeniem dla nurków, należy też wykupić polisę od uszkodzenia przez spadające z wysokości drugiego piętra mango...
Zaliczyliśmy też trzęsienie ziemi, nawet nie takie słabe: 5,7. Dowiedzialiśmy się o nim jednak z drugiej ręki, bo akurat byliśmy pod wodą na rafie koralowej. Naoczni świadkowie znajdujący się na lądzie opowiadali, że najpierw z drzew posypały się wszystkie w miarę dojrzałe mango, potem słychać było dziwny, do niczego niepodobny odgłos, któremu towarzyszyło ogólne drżenie wszystkiego. Pokojówka, która akurat sprzątała pokój znajomej zamarła na tę chwilę stojąc w futrynie drzwi, a po chwili wszystko ucichło, jakby nigdy nie miało miejsca. Na rafie zaś widać kilka połamanych koralowców i głębokie rysy spowodowane silnym trzęsieniem, które miało miesce w zeszłym roku.
poniedziałek, 13 lipca 2009
Mała wyspa I
W połowie czerwca przylecieliśmy na małą wyspę, w pobliżu większej wyspy u wybrzeża Hondurasu. Samolocik, który nas wiózł z kontynentu miał urok i rozmiary starego autobusu PKS-u. Leciał na tyle nisko, że piloci nie pozamykali okien, bo w upalne tropikalne południe dobrze jest mieć nawiew powietrza. Nawet, jeśli jego temperatura grubo przekracza 30 stopni Celsjusza. Z przypominającego boisko do gry w nogę w mojej starej podstawówce lotniska dotarliśmy do hotelu złożonego z drewnianych chatek ustawionych w bujnym zwrotnikowym ogrodzie, przypominajacym ujarzmioną dżunglę. Dżungla ta produkuje głęboki cień o każdej porze dnia, w związku z czym zawsze miło jest powisieć w hamaku na werandzie chatki. Czasem zdaje się człowiekowi, że wisi w łaźni parowej, ale słońce nie dopieka tam nigdy. Komarów jest bez liku, ale nie przenoszą podobno żółtej febry, a poza tym od czego "Off"? 
Na środku hotelowej dżungli znajduje się restauracja pod blaszanym dachem i bez ścian. Odświeżywszy się po przyjeździe usiedliśmy tam by, sącząc alkohol, poczekać na kolację. Siedzimy, rozmawiamy, a tu nagle: BUM!!!! Ktoś strzelił z pistoletu zaraz koło ucha. Jednocześnie nad stołami rozsnuł się dym wskazujący na użycie ślepaka. Nie zdążyliśmy jeszcze zdecydować, czy rzucić się na ziemię, czy też podnieść przezornie ręce do góry, gdy obfita bufetowa powiedziała spokojnie: - Aaaa, bo wy jesteście nowi, to nie wiecie: to mango spadają z drzewa na blaszany dach i robią taki huk. Przyzwyczaicie się i po kilku dniach nie będziecie tego zauważać.
No, a że właśnie rozpalano w piecu na pizzę, lekki wiatr zawiał dymem z wilgotnego drewna w naszą stronę...