Archiwum
niedziela, 06 czerwca 2010
Kordyliery

Jadę do Denver. Co prawda tylko na dwa dni i plan wizyty mam bardzo napięty, ale przecież je zobaczę, chociaż przez okno je zobaczę - Wielkie Góry Skaliste! Denver jest na wysokości 1600 m n.p.m. I tak sobie myślę, że musi tam być jak w Alpach i że to jest takie tutejsze Davos. Nawet pisownia podobna - oba zaczynają się na D i mają v w środku!

Samolot zniża się do lądowania, to jednym, to drugim skrzydłem przechyla się w kierunku ziemi, a ja widzę pod sobą równinę jak stół...

Jadąc samochodem z lotniska wreszcie obejmuję wzrokiem całość: miasto nie leży w górach, tylko u ich podnóży, na płaskim jak Wielka Nizina Rosyjska terenie, który stąd ciągnie się na wschód aż do Missouri. Tyle, że to nie nizina, a płaskowyż i jesteśmy tu wysoko jak Diablak. Na wschód - płasko, na północ - płasko, na południe - płasko, na zachód - taaak, są na zachodzie. Dobry kawałek za Denver równina kończy się jak ucięta nożem i jak dekoracja na ogromnej scenie wyrastają z ziemi, od razu wszyskie plany, z 5-cio tysięcznikami włącznie.

Teraz już ciemnoczerwony kolor mapy fizycznej nie będzie dla mnie jednoznaczny z bogatą rzeźbą terenu. Okazuje się bowiem, że okolica nim oznaczona może być urozmaicona, jak, nie przymierzając, Mazowsze (pokornie proszę o wybaczenie, przemawia przeze mnie góralski subiektywizm. Zresztą - o gustach się nie dyskutuje.)

I pomyśleć tylko, że są na tym świecie miejsca, gdzie co wrażliwsze jednostki mogą dostać choroby wysokościowej nawet nie widząc gór!

23:36, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »