Archiwum
środa, 16 maja 2007
Taxi driver

Sięgnęłam po to Metro* tylko dlatego, że moją uwagę przykuł tytuł: „Taksówkarz w Wielkim Hamerykańskim Mieście aresztowany”. Pomyślałam, że może przymknęli tego, który wiózł ostatnio moją koleżankę.

Moja koleżanka jest Francuzką, mieszka tu już od niepamiętnych czasów, ale akcent ma ciągle jeszcze taki, jak na pierwszej lekcji angielskiego - wystarczy, że powie dzień dobry i już wiadomo, skąd pochodzi. Pracuje w liniach lotniczych i kończy pracę koło pierwszej w nocy, zwykle z lotniska wraca do domu kolejką podmiejską. Ostatnio nie zdążyła i postanowiła wziąć taksówkę. Kierowca już przy wsiadaniu zrobił nieprzyjemne wrażenie, no ale przecież nawet i w takiej Hameryce nie wszyscy muszą być mili. Władowała się do środka. Zawsze ciągnie ze sobą miliony toreb, zupełnie nie wiadomo, co w nich nosi. Tym razem nie było inaczej – założyła nimi tylne siedzenie i zaczęła kopać wytrwale czegoś w jednej z nich szukając (kluczy od domu?) Zagłębiona w odmęty pakunku nie zauważyła, gdzie jadą. Gdy po jakimś czasie podniosła oczy zobaczyła mroczną okolicę: odrapane mury, powybijane okna byłych fabryk, obskurne odludzie, na którym wiatr przerzuca śmieci. Gdy zapytała kierowcę, dokąd ją wiezie, ten zaczął krzyczeć, przeklinać i waląc ręką w plexi oddzielającą przód od tyłu samochodu** i obiecywać jej, że zrobi z niej miazgę.

Moja koleżanka żegnała się z życiem. Była przekonana, że to już koniec – na tym odludziu nie miała najmniejszych szans na ucieczkę (pomijając, że trudno jest uciec z jadącego samochodu). W głowie świdrowała jej myśl, że nawet nie pożegna się ze swoimi dziećmi. W wyobraźni widziała już nas wszystkich dowiadujących się z artykułu w gazecie, co się z nią stało. I wtem, mówi, że nie ma pojęcia, jak jej to przyszło do głowy, bo tego rodzaju trzeźwe reakcje nie leżą jej naturze, powiedziała dobitnie:

- Jasne, możesz mnie zabić, żeden problem. Ale pomyśl, że niezależnie od tego, czy policja znajdzie moje zwłoki, dojdą do ciebie jak po sznurku – tyle osób widziało mnie na lotnisku wsiadającą do twojej taksówki. Ktoś z nich będzie pamiętał. Znajdą cię.

Głupawy psychol nie był wyraźnie przygotowany na takie dictum, a co za tym idzie, na ewentualność, że go znajdą, bo zawrócił taksówkę i odwiózł ją do domu. Grożąc po drodze, żeby nie ważyła się składać skargi na policji, bo on wie, gdzie mieszka (niefortunna sytuacja z tymi taksówkarzami – zawsze znają nasz adres...)

Acha - nie była to „dzika” taksówka: należała do korporacji, z nazwą firmy i duuużym numerem telefonu na dachu, przyjmująca vouchery...

 

*Takie jak to dostępne w Warszawie: jedna szata graficzna i pomysł na biznes (cieniutka darmowa gazetka rozdawana na ludnych rogach ulic) oraz spółka.

**Tak tu jest w taksówkach, najwyraźniej ma to swoje przyczyny...

 

17:51, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 maja 2007
Ofiara patriarchatu

Mój hamerykański znajomy w okolicach czterdziestki. Gdy sie poznali on miał dom, ona wynajmowała mieszkanie. Po pewnym czasie przeprowadziła się do niego. Zaręczyli się. Oboje pracowali, ona awansowała, on mniej. Ona zarabiała coraz więcej, on nie. Między nimi zaczęło się psuć. Zmienił pracę - nie pomogło. Daleko dojeżdżał, ona dużo pracowała, prawie się nie widywali. Podjęli decyzję o rozstaniu. Wynajął mieszkanie bliżej miejsca pracy, dom wystawił na sprzedaż.

Utrzymywali sporadyczne kontakty przez telefon. Po kilku miesiącach pojechał ją odwiedzić. Przyjęła go w domu, który właśnie kupiła. Ugotowała kolację. Pogadali.

Gdy kończył opowiadać mi o tym, miłym w gruncie rzeczy, spotkaniu, powiedział: nie mogę podtrzymywać tej znajomości. To zbyt ponizające: ona we własnym domu - ja w wynajmowanym mieszkaniu...

18:28, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »