Archiwum
czwartek, 16 kwietnia 2015
Poważna Hamerykanka
Moja obecna szefowa, dziewczę nieco po sześćdziesiątce, podzieliła się ze mną ostatnio refleksją:

- Ja to już się nigdy nie nauczę trzymać gęby na kłódkę! Staram się, z całej duszy się staram, ale niewiele z tego wychodzi.

Nadstawiłam uszu, spodziewając się interesującej historii.

- Robię sobie dziś rano w kuchni kawę - ciągnęła - a tu przychodzi Ptasi Móżdżek z Frontu do Klienta i woła: "dobrze, że cię widzę, bo moja firmowa podstawka pod kubek już jest cała poplamiona. Mogę dostać nową?!"  Bo ja tu po to jestem, żeby jej wymieniać podstawki!!! No więc mówię grzecznie, że budżet na tego rodzaju reklamówki mamy ograniczony i przeznaczone są one raczej dla klientów. No, ale zaraz mnie podkusiło i dodałam: a zresztą w nowym budynku, do którego się przeprowadzamy, wszystko będzie takie nowe, jasne, czyste i przeźroczyste, że tam nie wolno pić kawy przy biurkach!

Wybuchnęłam śmiechem, bo wyobraziłam sobie minę Ptasiego Móżdżku.

- Ale potem pomyślałam, że to głupie gadanie się na mnie zemści, bo ta kretynka jeszcze komuś powtórzy, że ode mnie słyszała o zakazie picia kawy przy biurku! No to dawaj za telefon i dzwonię do niej do działu: Wiesz, jeszcze z tymi podstawkami, naprawdę bardzo mi przykro, ale w tym roku mamy dość ograniczony budżet. Acha, no i rozumiesz, że z tym zakazem picia kawy przy biurku to był żart, prawda? "Żaaaart? - zdziwił się Ptasi Móżdżek - ale ja już tu ludziom o tym powiedziałam!!!"

Łzy polały mi się po policzkach.
01:05, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 kwietnia 2015
Straszne czasy
Dożyliśmy strasznych czasów - powiedział ćwierć wieku temu pewnien młody weterynarz, niosąc przez wieś na ścianie Wschodniej siatkę z brązowymi butelkami - piwo można kupić już nawet tu, za Groblami. 
Dwadzieścia pięć lat później, mieszkając w pobliżu Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, nie będąc młodym weterynarzem, stwierdzam: dożyliśmy strasznych czasów - jedzenie do nas pocztą z Chin przychodzi!
Mam tutaj ulubioną chińską restaurację, w której szczególnie smakuje mi pewne, niezwykle pikantne, danie. Chcąc zapewnić sobie nieograniczony do niego dostęp, postanowiłam, że nauczę się je sama przyrządzać. W Internecie znalazłam przepis. Dwa składniki były na tyle egzotyczne, że nie znalazłam ich w pobliskich sklepach. Na pewno są w China Town, Internet jednak jest bliżej - klik, klik, wklepałam numerki (karty kredytowej), potwierdziałam zamówienie i po niedługim czasie przysłali pieprz syczuański - przyprawę z pieprzem nie mającą, poza ostrością, nic wspólnego, jest to mianowicie łuska jagód zupełnie innej rośliny. Smak (tak, tak, istnieją różne rodzaje smaku ostrego) i zapach też ma zupełnie inny.
Nie czekając na drugi składnik, już ze dwa razy z dość dobrym skutkiem ugotowałam zbliżoną do oryginalnej potrawę. Minęły może ze trzy tygodnie i zdążyłam już zapomnieć, że jeszcze coś mi mają dosłać. Gdy więc pewnego dnia po przyjściu do domu zastałam niewielką, ale ciężkawą paczuszkę, zaadresowaną jak najbardziej do mnie, ale wysłaną z Państwa środka, wcale nie byłam pewna, czy aby powinnam ją w ogóle otwierać.
Był tam, jak można się domyślić, drugi z brakujących składników mojej ulubionej potrawy. Wiedziałam, że to chińskie produkty (o to przecież chodziło), no ale do głowy mi nie przyszło, że oni je mogą z Chin na drugi koniec świata pojedynczym klientom w ramach sprzedaży detalicznej wysyłać!!!
20:54, haneczka14 , Jedzenie
Link Dodaj komentarz »