Archiwum
sobota, 27 kwietnia 2013
Tulipany

Byłam rano w Zaczarowanym Ogrodzie. Tulipanów zatrzęsienie. Oglądam co roku tę feerię kolorów i form za każdym razem zadziwia mnie różnorodność, jaką można wyhodować z cebulek. Są tulipany klasyczne w kształcie, w każdym kolorze z wyjątkiem niebieskiego (nawet zielone są, gdy jeszcze w pączkach), niektóre cieniowane dwukolorowe, inne jakby pomalowane chińskim pędzelkiem we wzory: czerwone na żółtym, fioletowe na białym, pomarańczowe na pąsowym. Inne tulipany, złociste jak chryzantemy i kształtem zupełnie je przypominające, wielkie postrzępione, lśniące żółte głowy. W podobnym kształcie, ale jaskrawo czerwone, wyglądają zupełnie jak róże. Tulipany, przysięgłabyś, że powycinane w ząbki nożyczkami, takie, jakie malują dzieci. Idealne formy tulipanowe, jak wydmuszki z jajek. Tulipany, jak połówki wydmuszek. Tulipany wywijające trzy ze swoich sześciu nadzwyczajnie długich płatków, jak lilie. Tulipany na krótkich łodyżkach, wśród bujnych liści. tulipany na bardzo długich, bezlistnych łodygach. Tulipany postrzępione, tulipany postrzępione i zaokrąglone tak, że wyglądają jak zwariowane do kolorowości rosiczki. Rzędy białych tulipanów, odbijające od swoich kolorowych sąsiadów powagą i spokojem jakimś wiekuistym. Tulipany prawie czarne. Tulipany czarne.

Za każdym razem, kiedy ochłonę już z tego bezbrzeżnego zachwytu nad talentem Holendrów i ich uczniów, przychodzi mi do głowy, że najpiękniejsze tulipany, to są te jednolicie, czerwone, średnio wysokie, w kształcie – tulipanów właśnie. 

Tagi: Tulipany
20:20, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 kwietnia 2013
Koleżeńska pomoc

Z ciężką chorobą związana jest cała masa wydatków, o których przeciętnym ludziom nawet się nie śniło. Nie mówię tu o kosztach samego leczenia, które mogą by horrentalne, a  w korzystnej sytuacji*  pokrywane są (przynajmniej w części) przez ubezpieczenie. Jedna koleżanka w Mojej Nowej Pracy ma zaawansowane stadium raka, poddawana jest chemioterapii, ale na ile jej siły pozwalają przychodzi na kilka godzin do pracy. Jest to prawdopodobnie rodzaj terapii dla psychiki (zamiast siedzieć samej w domu i myśleć, że się umrze, lepiej w otoczeniu ludzi skupić się na jakimś projekcie), aczkolwiek dość wymagającej fizycznie.

W celu wsparcia jej nie tylko duchowego, ludzie w firmie prowadzą kilka różnych działań: przed Wielkanocą urządzono cichą aukcję ciast. Kto chciał, mógł zgłosić się do upieczenia ciasta i przyniesienia go w wyznaczony dzień. Wypieki wy stawione zostały w kafeterii. Przy każdym placku była kartka z imieniem autorki, ceną wywoławczą (10 dolarów) i miejscem na wpisywanie imienia zainteresowanych kupnem/zjedzeniem wraz z podbitą ceną. O oznaczonej godzinie aukcja została zamknięta i kto podał najwyższą cenę szedł do domu z plackiem. Oprócz tego na sprzedaż bezpośrednią wystawiona była drobnica w postaci ciasteczek, brownies, cupcakes itp. Najniższą ceną był tu 1 dolar, wędrujący do stojącej na stole obok puszki (której nikt nie pilnował). Na aukcji było coś koło 10 ciast i dużo drobnicy. W budynku pracuje około 60 osób. Uzbierano prawie 450 dolarów.

Ktoś przekonał znajdującą się w pobliżu restaurację, żeby w przyszłym tygodniu wsparła działania. W ciągu jednego tygodnia odprowadzi ona od sum płaconych przez osoby powołujące się na naszą akcję 10 procent na rzecz beneficjentki.

Od poniedziałku do czwartku obowiązuje u nas strój mniej lub bardziej biznesowy, dżinsy dopuszczone są w piątki. W jedną środę można było przyjść w dżinsach pod warunkiem zakupienia (za minimum 5 dolarów) naklejki: lubię dżinsy i wspieram rodzinę X.  Uzbierano 350 dolarów.

W połowie kwietnia odbędzie się większa impreza: bieg na 5 km lub marsz na 3 mile. Może uczestniczyć kto chce z firmy lub spoza niej pod warunkiem wpłacenia wpisowego (odpowiednio minimum 20 lub 15 dolarów,bez górnego limitu). W zeszłym roku urządzili tego typu zbiórkę po raz pierwszy (rak naszej koleżanki nie jest niestety nowością) mając nadzieję na uzbieranie 10 tysięcy. Zebrali 50 tysięcy.


*Gdy delikwent jest ubezpieczony.