Archiwum
środa, 22 kwietnia 2009
Jak wywalili mojego szefa i co z tego wynikło

Mój szef (teraz już były) słynął w całej organizacji z niesubordynacji. Miał jednego przełożonego - doprowadził go, w kolejności: do szału, rozpaczy, łez. Drugiego, który się jąkał, do takiego  wkurwu, że ten nie był w stanie wymówić ani jednego pełnego słowa. Trzecia z kolei osoba, płci żeńskiej, stwierdziła zapewne, że nie będzie ryzykować zawodowej katastrofy i pozbędzie się gorącego ziemniaczka przy pierwszej nadarzającej się okazji. I tak też zrobiła. Szef (teraz już były) musiał pozbierać zabawki i opuścić biuro w ciągu godziny.

Ponieważ urodził się on po to, żeby sprzedawać ludziom przedmioty, których potrzebują, lub o których na skutek jego perswazji myślą, że ich potrzebują, a nie po to, żeby siedzieć w biurze i udawać mądrzejszego niż jest, w ramach rozrywek weekendowych dorabiał sobie jako sprzedawca w sklepie meblowym. Wyszło mu to na dobre, nie spędził bowiem na zielonej trawce, na którą go posłano, ani chwili - od razu na drugi dzień po wylocie uzgodnił warunki współpracy z właścicielem przybytku kanap i foteli.

Na trzeci zaś dzień do sklepu przyszedł trudny klient. Tutaj podkreślić należy, że szefa mojego (teraz już byłego), jeżeli chce się użyć parlamentarnych eufemizmów, określić można starożytnym mianem "gorączki" lub "kawalera z mokrą głową". Starego. Kawalera. W porównaniu zaś z właścicielem przybytku meblowego, odznacza się on zimną krwią i wielkim opanowaniem. Trudny klient zaczął wybrzydzać, czepiać się, wreszcie i podnosić  głos (kto kiedykolwiek pracował z ludźmi, ten wie, jacy potrafią być upierdliwi). Musiał przy tym stanąć na odcisk właścicielowi ruchomości, bo ten też zaczął krzyczeć. Od słowa do słowa, awantura gotowa, nawet zaczęli się przepychać. Tutaj szef mój (teraz już były), stanął na wysokości zadania, zmitygował właściciela, który odwrócił się na pięcie i poszedł na zaplecze, uspokoił klienta i wszystko byłoby dobrze gdyby właściciel nie wrócił z kantorka z... pistoletem gazowym w ręce!!!

Dla niewtajemniczonych - pistolet gazowy na wygląd nie różni się właściwie od prawdziwego. Nic więc dziwnego, że klientka podniosła wrzask, a klient zadzwonił na policję. Radiowozy z całego hrabstwa (śmiesznie to brzmi, a chodzi o "county", mniej-więcej odpowiednik naszego powiatu) okrążyły sklep. W powietrzu zawisły dwa policyjne helikoptery. Wyprowadzono właściciela, mojego szefa (teraz już byłego), oraz pana sprzątającego sklep sznureczkiem w kajdankach do samochodu i na policję. Wszystko to zaś sfilmowała lokalna telewizjia i podała do wiadomości w czasie największej oglądalności.

Nieobliczalną załogę sklepu zwolnili po spisaniu zeznań, bo nic się nikomu nie stało. Tym niemniej mój szef (teraz już były), jak zobaczył akcję ze sklepu w wiadomościach, poczuł, że w ciągu trzech dni stracił dwie posady.

Rano poszedł jednak do sklepu, choćby po to, żeby pozbierać swoje rzeczy, a tu... klienci walą drzwiami i oknami! Wszyscy widzieli sklep w telewizji i teraz chcą zobaczyć, kto to też tu sprzedaje i co tu można kupić i w ogóle, przedtem nigdy nie zauważyli, że w tym miejscu jest sklep meblowy...

Przy pomocy policji i wiadomości lokalnych (oraz pistoletu gazowego) bohaterowie nasi zrobili sobie darmową reklamę o wartości wielu tysięcy dolarów! No czy ta Hameryka to nie jest kraj nieograniczonych możliwości?

22:07, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Dalej o tulipanach. I nie tylko
Zimno było, dwa tygodnie temu widziałam nawet szybujące w powietrzu płatki śniegu, sezon tulipanowy uległ więc wydłużeniu. Ciągle jeszcze kwitną, a niektóre dopiero kwitnąć będą. 
Zaczarowany Ogród, o którym tutaj na początku bloga pisałam, organizuje różne seminaria, kursy i wykłady, a w tym roku proponuje także kilka spotkań pod nazwą: za kulisami. Pierwsze z tych spotkań, poświęcone wiosennym kwiatom, a szczególnie roślinom cebulkowym, odbyło się wczoraj. O ósmej rano - co za pora, zważywszy, że to sobota! - zanim Ogród otworzył swoje podwoje dla ogółu zwiedzających, zainteresowana grupka spotkała się z ogrodnikiem, który oprowadził nas po swojej części raju, mieniącej się kolorami setek tysięcy tulipanów. Oprócz wielu cennych informacji rzeczowych, ciekawe były opowieścio tym, co się nie udaje, udaje nie tak, jak planowano i jakie przeszkody przyroda ożywiona i nieożywiona stawia przed realizującymi marzenie o perfekcyjnych grządkach fachowcami. Nasz bohater ma trzydziestoletnią praktykę w zawodzie, z czego dwadzieścia lat przypada na Zaczarowany Ogród, będący jedną z najbardziej cenionych tego typu instytucji jeśli nie w całej Hameryce, to na pewno na Wschodnim Wybrzeżu . No a jak wiadomo, Hameryka wielkim krajem jest i miejsca pod ogrody ci na niej dostatek. Miło jest więc słyszeć od kogoś takiego, że: dwa lata temu posadziliśmi tyle to i tyle tysięcy  (tutaj nazwa łacińska cebulki), ale się nie udały  i wzeszło tylko pięć procent roślin (sic!) Zaraz się człowiek na swoich pięciu metrach ogródka uspokaja - jak im, z takim doświadczeniem, wiedzą i środkami, nie wszystko wychodzi, to i ja mogę sobie dać luz i próbować różnych rzeczy w spokoju, a nie pod presją sukcesu.
Innymi ciekawymi opowieściami były oczywiście te o doświadczeniach z praktykantami, jak to, być może chcąc wziąć odwet na goniącym ich do roboty szefie, powsadzali którejś jesieni część cebulek do góry nogami (względnie korzeniem) i dotknięta tą akcją część ogrodu wzeszła o dziesięć dni później niż cała reszta.
Albo jak zamówione cebulki przyszły źle opisane i na grządce zaprojektowanej jako tulipanowa kompozycja przechodząca łagodnie od jaśniutkiego różu do ciemnego, prawie czarnego fioletu, w samym środku zakwitła nagle frakcja w kolorze kogla-mogla...

Wróciłam naładowana pomysłami i pozytywną energią nakierowaną na rewolucyjne zmiany na grządce przed domem. No skoro oni każdej wiosny wykopują setki tysięcy cebulek i wsadzają na to miejsce rośliny kwitnące latem, każdej jesieni wykopują te właśnie i wsadzają mające kwitnąć kolejnej wiosny cebulki (i nie są to te same, które wykopali wiosną, tylko nowe, mające stworzyć inną od minionej kompozycję kolorów i kształtów), to i ja mogę zrobić małe zamieszanie. Powyrywałam kilka wiecznie zielonych krzaczków, które nie ja sadziłam i które dotknięte były jakimś czymś co powodowało żółknięcie listków i usychanie gałązek, wymyśliłam, że posadzę na to miejsce krzaki różane i zobaczymy, co mi z tego wyjdzie, puściłam mimo uszu uwagę Mojego, który zna się na programach komputerowych, ale nie na roślinach i który stwierdził, że te wszystkie róże muszą być w jednym kolorze, bo inaczej to nie będzie pasowało, a potem wzrok mój padł na też coś żółknącego ostatnio iglaka, po moim ostatnim przycinaniu (no bo usuwałam żółknące pędy) mierzącego nie więcej niż pół metra wysokości. No przecież on mi tu bardziej przeszkadza niż ozdabia. Jak go wywalę, to będzie miejsce na więcej lawendy, a to miejsce jest jak widać dobre pod lawendę, bo ta obok pięknie się rozrasta! No więc poszłam po łopatę. Podkopałam z wszystkich stron. Iglaczek nawet nie drgnął. Podkopałam bardziej. Nie dało się go ruszyć. Poszłam po kilof...
Jeśli ktoś myśli, że praca przy wyrębie tajgi syberyjskiej, albo karczowaniu dżungli amazońskiej jest lekkim zajęciem na świeżym powietrzu, to jest w błędzie. Iglak, aczkolwiek na powierzchni, dzięki mojemu regularnemu przycinaniu, nie duży, korzenie miał jak stąd do Rzymu. Co ja się tym kilofem namachałam! Jak górnik przodkowy! W ostatecznym rozrachunku odniosłam zwycięstwo, ale okupione było ono pracą, ciężką pracą drwala!!!
01:02, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »