Archiwum
piątek, 28 kwietnia 2006

Jednodniowe seminarium na temat roznic kulturowych, a dokladnie - jak pracowac z ludzmi w Indiach i ograniczyc nieporozumienia do minimum. Dowiadujemy sie mase ciekawych rzeczy.

Hamerykanie maja wiele trudnosci w porozumiewaniu sie z mieszkancami Subkontynentu. Moze nawet wiecej niz Europejczycy? Jednym z problemow jest, jak to ujmuja: "syndrom-tak". Juz wyjasniam:

Hamerykanka: Na kiedy bedzie pan w stanie przygotowac ten projekt?

Hindus: Slucham?

Hamerykanka: Mysli pan, ze 3 tygodnie wystarcza?

Hindus: Oczywiscie, prosze pani.

Hamerykanka: Czy jest pan pewien? Wiekszosci oddzialow zajmuje to okolo szesciu tygodni.

Hindus: Trzy tygodnie w zupelnosci nam wystarcza.

Oczywiscie po trzech tygodniach okazuje sie, ze projekt jest w lesie (czy tez dzungli). Czemu od razu nie powiedzieli, ze trzy tygodnie to za malo? Bo mowiac przelozonej "nie", stracilby twarz. Ludzie Zachodu nie do konca rozumieja, w czym utrata twarzy przez mowienie "nie" gorsza jest od utraty twarzy przy zawaleniu terminu...

Seminarium bylo dlugie i nie bede go streszczac, napisze jeszcze tylko o firmie w kontekscie rodzicow pracownikow. Otoz gdy firma decyduje sie zatrudnic mlodego czlowieka, zanim udzieli on wiazacej odpowiedzi, konsultuje sie z rodzicami. Bez ich blogoslawienstwa lepiej sie bowiem za robote nie zabierac. Mozna sobie wyobrazic, ze firmy odpowiednio zabiegaja o rodzicow dobrze wyksztalconych mlodych ludzi. Zapraszaja na rozmowy wstepne, oprowadzaja po biurowcach etc. A potem... czesta praktyka jest automatyczne przelewanie 10% pensji takiego mlodego, dobrze jak na tamtejsze warunki zarabiajacego informatyka na konto jego rodzicow!

Gdyby wprowadzic podobne rozwiazanie w cierpiacej na ujemny przyrost naturalny Europie Srodkowej, posiadanie dzieci przestaloby sie nam pewnie kojarzyc z heroicznym altruizmem bez powodu...

15:09, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (8) »
wtorek, 18 kwietnia 2006
Hamerykanskie (nie) uczenie sie jezykow obcych

Wielu mieszkancom ogromnego jednojezycznego kraju, w ktorym poslugiwanie sie obcym jezykiem w przewazajacej wiekszosci wypadkow wiaze sie z brakiem pieniedzy i wyksztalcenia (meksykanscy imigranci), trudno sobie wyobrazic, ze sa na tej ziemi miejsca, w ktorych podstawowa przynajmniej znajomosc jezyka innego niz ich wlasny konieczna jest do prowadzenia normalnego trybu zycia. I kupowania rogalikow.

Moja francuska kolezanka chciala przekonac jednego z nich do skorzystania z oferowanych mu indywidualnych lekcji francuskiego (za ktore placi firma jego zony). Z czarujacym zabozerczym akcentem usilowala przemowic mu do rozumu: "Wie pan, my sie obcokrajowcami nie przejmujemy, w znajomosci angielskiego nie jestesmy orlami. U nas kazdy oczekuje, ze osoba przyjezdzajaca z zagranicy bedzie umiala sie z nami przynajmniej w podstawowym zakresie porozumiec. Zreszta - prosze sobie wyobrazic, to jest tak, jakbym ja przyjechala tutaj i oczekiwala od ludzi dookola, ze beda ze mna rozmawiac po francusku. Czy bylabym w stanie cokolwiek tu zalatwic? Nie moglabym nawet kupic sobie biletu na metro!"

Nie wiadomo, co odgrywa wieksza role w odrzucaniu przez rzeczonego Tubylca pomyslu zostania poliglota - arogancja, czy lenistwo. Tepota? Tak, czy inaczej, jest jeszcze jedna szansa na nawrocenie go na jedynie wlasciwa droge lingwistyczna - pojechali wlasnie cala rodzina (bo to cala rodzina sie przeprowadza w zwiazku z kontraktem zony) za kaluze, ogladac mieszkanie. Wracaja w przyszlym tygodniu. Jezeli i po tym krotkim pobycie w miejscu czasowego swego przeznaczenia gosciu nie zmieni zdania, pozostaje mu jedno z dwojga: zycia a'la turecka gospodyni domowa w Niemczech (czyt. calkowite zdanie sie na rodzine, nawet do doktora sie bez meza (w jego wypadku - zony:-) nie wybierze, albo zycie w szklanej kuli wsrod innych Hamerykanow w Europie. Jakby nie bylo - getto.

15:05, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (6) »