Archiwum
poniedziałek, 21 marca 2011
W Hameryce u notariusza
Ktokolwiek był w Polsce u notariusza, wie, jak kosztowną i czasochłonną przyjemnością może być uzyskanie poświadczenia podpisu na dokumencie dowolnej treści. Doświadczenie, jakie dane mi było zdobyć ostatnio w Hameryce było zgoła inne. Po pierwsze, notariuszem nie musi tu być prawnik. Notariusz to osoba zaufania publicznego i szczegółowe wymagania wobec kandydatów różnią się nieco w zależności od stanu, ale wystarczy powiedzieć, że może nim być np. farmaceuta w aptece albo stewardesa na pokładzie samolotu. W większości biur notarialnych nie trzeba się umawiać na konkretny termin, po prostu przychodzi się z papierami w godzinach otwarcia.
Koszty wydają się proporcjonalne do nakładu pracy. Poświadzenie podpisu (na które składa się przybicie dwóch pieczątek  i złożenie podpisu przez notariusza) trwa kilka minut i kosztuje około 5 dolarów.
Zapewnie wynika to z faktu, że hamerykański notariusz, nie będący niezrealizowaną gwiazdą prawa, nie wdaje się tu z reguły w poprawianie napisanych przez kogo innego dokumentów, gdy poświadczyć ma jedynie autentyczność składanych pod nimi podpisów i tożsamość osób te podpisy składających.
Logiczną konsekwencją tego przyjaznego dla petenta systemu jest więc to, że bez problemu poświadczyć można podpis pod dokumentem napisanym w obcym, nieznanym notariuszowi języku. Wszak chodzi tu o podpis, nie treść tekstu.
Jest to chyba najbardziej uderzająca różnica między Polską (ale także i Niemcami) a Hameryką, która jawi się w tym akurat kontekście jako raj na ziemi. Dla prostego człowieka, nie wypasionego notariusza, rzecz jasna...
01:54, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (5) »