Archiwum
poniedziałek, 29 marca 2010
Nowe auto i stare koty

Nadeszła dla kotów pora okresowej wizyty u pana doktora. Szczepienie i odrobaczanie. Profilaktyczne, bo robali nie mają. Dzień, na który przypadł termin wizyty był czwartym z kolei dniem od zakupu mojego nowego auta. Nowego dla mnie, bo ma już kilka lat.

Wyprawom do weterynarza towarzyszy zawsze rozdzierające miauczenie Starszego Kota, któremu Młodszy wtóruje. bo jest towarzyski. Panika Starszego jest bezgraniczna i należy zawsze liczyć się z tym, że zawartość kota wydobędzie się z niego wszystkimi otworami z wyjątkiem uszu. Oznacza to jazdę przy otwartych oknach bez względu na temperaturę. Moje poprzednie auto było zapoznanym kotowozem. Żywot jego dobiegł jednak końca i teraz należało zdecydować, które z nowszych auto posłuży za kocią taksówkę. Mój użył argumentu nie do odparcia: jedziemy twoim, bo ja nim jeszcze nie jechałem. Cała trójka, z tego dwoje w transporterach, zajęła miejsca pasażerskie. Dużą klatkę ze Starszym Kotem jak zwykle przypięłam pasem na przednim siedzeniu. Nie zaskoczył nas fakt, że podczas jazdy w tamtą stronę pozyskaliśmy świeżą próbę stolca.

Podczas jazdy z powrotem kota naciągało. Naciągało i naciągało, aż usłyszeliśmy dźwięk jak odkorkowanej butelki. Gdy w chwilę potem spojrzałam w lewo, zobaczyłam, że... rozbryzg dosięgnął nasady dźwigni biegów... Wyobraziłam sobie, jak zmieniając biegi wzmaruję wszystko pod obudowę i nikt nigdy nie będzie w stanie tego wyczyścić. Mój zaczął podawać mi z tyłu zwoje papierowych ręczników. Na szczęście wjechaliśmy na prostą i mogłam wrzucić czwórkę, co oznaczało przesunięcie dźwigni w kierunku umożliwiającym oczyszczenie większości problematycznego terenu.

Po powrocie do domu nastąpiło wycieranie kotów, czyszczenie i pranie kotopojemników, a Mój doczyścił resztki z dźwigni biegów. Tak to moje auto przeszło chrzest bojowy. Następnym razem chyba owinę kotopojemnik ze Starszym Kotem folią plastikową zostawiając jedynie otwór na dopływ powietrza... Acha, no i pojedziemy autem Mojego, bo koty nim jeszcze nie jechały!

15:29, haneczka14 , Zwierzęta
Link Komentarze (3) »
piątek, 19 marca 2010
Przeprowadzka dzieł sztuki
Był sobie pan, który uczciwą pracą zarobił dużo pieniędzy. Pieniądze te wydał na zakup dzieł sztuki i założenie fundacji edukującej w postrzeganiu piękna. Za jego życia ogromna kolekcja dostępna była jedynie kursantom. Gdy zmarł, drzwi powoli otworzyły się dla szerszej publiczności. Teraz można kolekcję oglądać przez kilka dni w tygodniu, rezerwując bilet na określoną godzinę przynajmniej na miesiąc przed czasem. Miejsca tam bowiem jest mało, a obrazów dużo.
Lata mijały a pieniądze zostawione przez fundatora się rozchodziły. Na utrzymanie kolekcji i ogrodu, działalność edukacyjną oraz procesy sądowe. Ponieważ kolekcjoner  zmarł bezpotomnie, dalsze prowadzenie fundacji powierzył w testamencie pewnemu collegeowi. College zawiaduje fundacją przez komisję. Pojawiają się sprzeczne interesy.
Fundacja mieści się na bardzo bogatym, willowym (pałacowym, chciałoby się powiedzieć) przedmieściu Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Gdy otwarto ją dla ogółu, ruch na pobliskich uliczkach bardzo się wzmógł i zaczęły przyjeżdżać autobusy z chętnymi do podziwiania sztuki. To nie mogło się podobać przyzwyczajonym do błogiej ciszy mieszkańcom okolicznych pałaców: - Skandal! Plebs mi wjazd do domu przyparkował! - Itd.
Powstał pomysł przeniesienia fundacji do Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, w pobliże innych muzeów. Powodów było kilka, nie wszystkie są dla mnie jasne. - Po naszym trupie! Fundacja należy tutaj! Plebs (czytaj: Wielkie Hamerykańskie Miasto) chce ją zmacdonaldyzować i zbijać kasę na zagranicznych wycieczkach! - I znowu procesy. Kosztowne. Ostateczna decyzja sądu: fundacją będzie przeniesiona. Teraz sąsiedzi fundacji wystawiają tabliczki z napisem: miejsce fundacji jest tutaj! 
Nie czytałam testamentu bogatego znawcy sztuki, nie zaglądałam do ksiąg rachunkowych fundacji, nie wiem, ile manipulacji było przy podejmowaniu decyzji o przeniesieniu kolekcji.
Wiem jednak, że jak ktoś ma kupę kasy i ogromną kolekcję obrazów, bo może ją pokazywać, albo nie pokazywać, komu tylko zechce. święte (a tutaj to dopiero święte!) prawo własności. Ale jak się rąbnie w kalendarz, to traci się kontrolę nad finansami i administracją i jeśli instytucja, której się owe finanse i administrację powierzyło, zdecyduje się na przeprowadzkę i pokazywanie dzieł sztuki szerokiej publiczności, to niewiele można zrobić. Może poza straszeniem po północy przewodniczącego komisji i sędziego, który wydał wyrok w procesie. Jeszcze mniej można zrobić, gdy się nigdy żadnego obrazu nie miało, a jedynie mieszka w pałacopodobnej willi sąsiadującej z budynkiem w którym zgromadzone są dzieła sztuki.
Frieden den Hüten, Krieg den Palästen! - jak wołano za Wiosny Ludów.
02:35, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 marca 2010
Warunek
Jeden z nauczycieli angielskiego stwierdził ostatnio, że nie będzie może już uczyć panny X. Panna X ma lekcje indywidualne. Zapytałam, czy zmienił mu się podział godzin i jest zajęty w godzinach, kiedy miał z nią lekcje, czy też jest to sprawa osobista.
- Osobista, ale nie mająca nic wspólnego z panną X - padła niewiele wyjaśniająca odpowiedź.
- ???
- Moja dziewczyna. Mam już dość tych ciągłych dyskusji. Nie chce, żebym uczył mówiące po hiszpańsku kobiety, to nie będę. Chcę, żeby dała mi święty spokój.
- Czy zmiana dotyczy wszystkich potencjalnych hiszpańskojęzycznych kursantek, czy też rezygnujesz z lekcji z panną X. a jak nadarzy się inny program, to po prostu nie będziesz opowiadał w domu, kogo uczysz? - Zapytałam rzeczowo, czując się zwolniona z kobiecej solidarności głupotą warunku postawionego naszemu nauczycielowi.
- Nie, nie będę już uczył hiszpańskojęzczynych kobiet - odpowiedział mój kolega, a ja nie wiem, większe wrażenie zrobiła na mnie jego lojalność, czy jej krótkowzroczność. 
Rozumiem, że nie ma przeciwwskazań to przydzielania mu ociekających seksem i mówiących śpiewnym jak bossa nova portugalskim kursantek z Brazylii...
23:34, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »