Archiwum
poniedziałek, 24 marca 2008
Baby shower i ślady Wielkanocy

Do niefortunnych uregulowań w Hameryce należy brak wolnego dnia w poniedziałek wielkanocny. Jutro grzecznie idziemy do pracy. Ale świetować zaczeliśmy już wczoraj, albowiem zaproszono nas na baby shower.

Baby shower jest tutejszym zwyczajem i jak wiele hamerykańskich zwyczajów jest niezwykle praktyczny. Tak na miesiąc-dwa przed planowanym rozwiązaniem organizuje się imprezę dla przyszłej mamy i jeszcze nie widzącego świata dziecka. Zaproszeni goście mają prawo i obowiązek przynieść prezent przydatny do obróbki niemowlaka. Sama impreza też często jest podarunkiem od kogoś z przyjaciół lub rodziny i organizowana w domu innym od tego należącego do mającej się powiększyć rodziny. Dominującymi tematami na takim przyjęciu są zwykle opowieści i wymiana doświadczeń związanych z ciążami, porodami i niemowlakami. Nietrudno sobie wyobrazić, że osoby nie posiadające dzieci czują się w tej atmosferze nieco wyalienowane.

Tym razem było jednak inaczej. Wczorajsze Baby shower było niespodzianką mającą miejsce w odpowiedniej wielkości domu jednej koleżanki, urządzoną przez obdarzone talentem organizacyjnym dwie inne koleżanki. Zaproszono wszystkiego około dwudziestu osób, które stawiły się punktualnie, chodziło bowiem o zaskoczenie przyszłej mamy, którą mąż sprowadził tam pod jakimś mało wiarygodnym pretekstem. Na początku rozdano wszystkim po jednej miniaturowaj klamerce do bielizmy i oznajmiono, że jest to jedna z gier - chodzi o to, żeby nie wymawiać słowa: baby. Kto się zapomni musi oddać swoją klamerkę osobie która najszybciej zareagowała na użycie zabronionego słowa. Wygrywa ten, kto na końcu wieczoru będzie mógł pochwalić się największą ilością klamerek.

Impreza poza piciem, jedzeniem, rozpakowywaniem prezentów, obfitowała w różne wychowawcze gry, takie jak przebieranie na wyścigi i z zawiązanymi oczami lalek, krótki, nie całkiem poważny quiz na temat związany z rodzicielstwem, oraz  wyścig zręcznościowy brzuchatych. Obecnym na wieczorku facetom przywiązano do brzuchów nadmuchane balony i kazano w kolejności i na wyścigi: siedząc ubrać (ooops, przepraszam, w standartowym polskim: założyć) buty, dalej siedząc wypolerować je szmatką, zrobić pięć przysiadów i uściskać serdecznie trzy osoby, wszystko z balonowym brzuchem wielkości dziewiątego miesiąca. Zwycięzca dostawał czekoladowe jajko (bliskość Wielkanocy). Na końcu odbyło się ciągnięcie losów w postaci pampersów. Zapowiedziano, że część z tych pampersów zawiera nagrody i że jeżeli wyciągniemy taki szczęśliwy los, musimy zjeść zawartość. Hmm, dziewczyny się postarały - nutella rozsmarowana w pampersie naprawdę robi piernikowe wrażenie, ale moim zdaniem jeszcze obrzydliwsze jest masło orzechowe... Miałam szczęscie - wylosowałam całe, zawinięte w sreberko czekoladowe jajko:-)

Wczorajsze baby shower było dość wyjątkowe z uwagi na fakt, że nikt, słownie NIKT z obecnych nie ma dzieci. Było to o tyle niefortunne dla przyszłej mamy, że nie ma ona w bliższej i dalszej okolicy (oboje z mężem są ze środkowej Europy i w Hameryce tylko na kilka lat) nikogo z dzieciowym doświadczeniem. Pod koniec zamieniłam z nią kilka słów w cztery oczy i zeznała, że czuje się dość samotna i bardzo niepewna. Życzyłaby sobie mieć w zasięgu jakąś choćby trochę bardziej doświadczoną matkę. A tu tylko dziesięciu ryczących ze śmiechu brzuchaczy z balonami w chustach...

00:28, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 11 marca 2008
Kot bez worka

Zdarzyło się to jakiś czas temu mojej koleżance. Otóż pojechała kiedyś na randkę do małego miasteczka niedaleko Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Siedzieli na ławeczce, ptaszki śpiewały i było bardzo miło. W pewnym momencie, ni z tego ni z owego, na kolana jej wskoczył czarny kot. Przymilny i mruczący dał się głaskać i stanowił dopełnienie sielanki. Wtedy spadły pierwsze krople dżdżu. Moja koleżanka i jej randka wstali z ławki, postawili kota na ziemi i udali się do zaparkowanego w pobliżu samochodu. Była nim corvetta, samochód o bardzo niskim zawieszeniu, do którego wsiadając schodzi się z chodnika w dół. Gdy byli przy samochodze padał już ulewny deszcz. Moja koleżanka czym prędzej wsiadła do środka, ale zanim zdążyła zamknąć drzwi - miała kota na kolanach. Strugi deszczu spływały po szybach, nic nie było widać na wyciągnięcie ręki. No przecież nie wyrzuci biednego zwierza w taką ulewę! Wszyscy razem pojechali do domu.

Moja koleżanka miała już dwa koty, w związku z czym na okoliczność wizyty czarnego gościa, który nie schodził jej z kolan, izolowała domowników, którzy darli się i drapali drzwi. Próbowała kotaktować się z administracją parku, z którego zabrała kota (albo z którego kot sam się z nią zabrał), ale tam powiedzieli jej, że w okolicy pełno jest gospodarstw i bardzo dużo dzikich albo półdzikich kotów i że spokojnie może sobie tego przymilnego zatrzymać...

Następnego dnia siedzą sobie na kanapie, moja koleżanka myśli, co zrobić z przymilną przybłędą, aż tu patrzy, kanapa jest mokra! Przybłęda zrobiła siku na kanapę?! Chwyciła kota, a tu patrzy - to nie było siku: z dużego kota wystaje mały kot. Plup - wyszedł! Za chwilę wychodzi drugi... No i trzeba było urządzić porodówkę w kartonowym pudełku z ręcznikami, a potem żłobek i przedszkole w jednym z pokoi, do którego pozostali domownicy, mimo miauczenia i drapania drzwi nie mieli wstępu. A po sześciu, czy siedmiu tygodniach znaleźć domy dla każdego z członków niespodziewanej rodziny. Co zresztą, dzieki wielkiej obrotności mojej koleżanki, się udało, tym niemniej pozostaje faktem, że przez prawie dwa miesiące miała w domu wszystkiego dziewięć kotów, z czego siedem - czarnych.

16:05, haneczka14 , Zwierzęta
Link Komentarze (3) »