Archiwum
piątek, 31 marca 2006
Hamerykanska wiosna w miescie

W Wielkim Hamerykanskim Miescie dogrzewa slonce i kwitna drzewa. Rankiem wysiadajacych z pociagow podmiejskich wita rzeskie solo gospel slawiace stworce w podziemiach dworca. Cala ludzkosc wylega w poludnie (lunch time!) na ulice i ociaga sie z powrotem do spietrzonych w wiezowcach klimatyzowanych biur bez okien. Czlowiek-orkiestra grajacy na wszystkich garnkach i wiadrach swiata dudni na ludnym skrzyzowaniu jednokierunkowych ulic. Przez duzy skwer, albo - jak kto woli - malenki park, na ktorym platany nie wypuscily jeszcze lisci, ale rozowe magnolie gotowe sa juz do skoku, nie mozna przedostac sie na druga strone - nie tylko gesto ustawione lawki, ale i wolne od psich odchodow (uklon w strone sakramencko zasranej, odpowiednio o tej porze roku smierdzacej Warszawy) trawniki obsiedziane sa szczelnie. Alejkami sunie roznobarwny tlum.

W tym kontekscie od razu moge dobrze o Hamerykanach: to, ze nie ma tu psich kup w roznych stanach rozkladu pokrywajacych miejskie powierzchnie plaskie, to nie wynik braku psow, tylko konsekwentego zbierania gowienek przez ich wlascicieli. Psow wlascicieli:-)

C.d.n.

22:41, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (7) »
sobota, 25 marca 2006
Hamerykańskie sztućcami się posługiwanie

To duże szczęście, że sztućce tu są takie same jak na Starym Kontynencie. Nie oznacza to jednak, że Tubylcy posługują się nimi w ten sam sposób, co Europejczycy!

Łyżka to łyżka i technika jedzenia zupy nie odbiega od znanej nam z Rodzinnego Kontynentu. Ciekawie robi się natomiast, gdy drugie danie wymaga użycia noża i widelca. Siedzącemu w tutejszej restauracji człowiekowi wydać się w pewnym momencie może, że znalazł się na stołówce przedszkolaków. Początki są niewinne: widelec w lewej, nóż w prawej. Ale szybko robi się ciekawiej: cała sztuka mięsa krojona jest zaraz na początku na drobne kawałeczki. Następnie nóż jest odkładany, widelec wędruje do prawej ręki, lewa ręka wędruje pod stół (i nie wiem, czym się tam zajmujeJ)) i - wiosłujemy!

Długo zastanawiałam się, dlaczego Oni się tak zachowują. Wreszcie przeczytałam gdzieś wyjaśnienie, które nawet jeżeli nie jest historycznie potwierdzone, to jednak nosi cechy wszelkiego prawdopodobieństwa. Otóż w siedemnastym wieku, kiedy biali zaczęli się tutaj z Europy przeprowadzać, do jedzenia wszystkiego używano łyżki. Widelca jeszcze wtedy nie wynaleziono. Większe kawałki kroiło się na początku posiłku nożem trzymanym w prawej ręce, zaś przytrzymywane one były łyżką trzymaną w ręce lewej, następnie nóż odkładano i łyżka wędrowała do prawej ręki. Tubylcom ten sposób jedzenia pozostał do dziś. W miarę upływu czasu przyswoili sobie co prawda instytucję widelca, ale sposóbu posługiwania się nim już nie...

19:44, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (7) »
wtorek, 14 marca 2006
Hamerykanska egzotyka

O zachodzie slonca laduje zakupy z wozka do bagaznika. Zatrzaskuje klape, podnosze glowe, w odleglosci kilkunastu metrow widze na plycie parkingu przy samochodzie czarna zwinieta postac. Postac sie porusza. Patrze dalej - acha, obrazek znany mi ze Stambulu. Ona (szczelnie, razem z twarza zawinieta w czarna szate) sie modli. I nie byloby w tym nic tak znowu wartego napisania, gdyby nie jej towarzystwo - najwyrazniej niepraktykujaca kolezanka siedzi trzy metry od niej na krawezniku, rozowy dres, wstazki we wlosach, czekajac na koniec modlitwy pali papierosa.

15:30, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 06 marca 2006
Hamerykański życiorys

O. jest w wieku  lekko emerytalnym. W  Centrum (Językowym) poducza cudzoziemców angielskiego. Z (pierwszego) wykształcenia jest inżynierem. Pochodząc z Maine, odpowiednik naszych studiów politechnicznych skończył w Bostonie. Zaczął pracować w zawodzie, a potem został oficerem marynarki i przeniół się z żoną i pierwszym dzieckiem do Południowej Karoliny (proszę sprawdzać na mapie, bo wędrówki O. robią wrażenie). W marynarce wypełniał zadania zgodne ze swoim wykształceniem, jak twierdzi. Urodziło mu się drugie dziecko, przenieśli go do Kalifornii, potem do Misouri, Północnej Dakoty (o ile dobrze pamiętam, ale chyba to była Północna, nie Południowa) i znowu na Środkowy Zachód, czyli w Środek Niczego. Rodziły mu się kolejne dzieci. W Środku Niczego zdobył kolejny zawód - został pastorem. Jako pastor pracował w Kalifornii, w kilku parafiach (przeprowadzki). Pastorowanie też nie okazało się jednak zawodem jego życia, bo wrócił do szeroko rozumianej techniki. Ponieważ elektrykiem został zbyt późno, raczej nie ma już szans na zostanie niczyim prezydentem. Z Kalifornii wrócili na Wschodnie Wybrzeże przeprowadzając się kilkukrotnie z Pensylwanii do New Jersej, Delaware, znowu Pensylwanii... Utrzymuje, że jak dotąd przeprowadzał się w życiu trzydzieści razy. Kiedy dał sobie spokój z kablami i śrubokrętami, został nauczycielem. Najbardziej lubi uczyć dorosłych. Na wypadek włamania (mieszka w bardzo dobrej i bezpiecznej okolicy - opinia moja) ma w domu dwie spluwy. Jak wielu Hamerykanów pije hektolitry kawy (tyle, że w Centrum po europejsku mocna kawa chyba niekoniecznie dobrze mu robi). Ma sześcioro dorosłych dzieci, sztuczne kolano i przeszedł dwa zawały. Z wszystkich miejsc w których mieszkał, Pensylwania najbardziej mu sie podoba, bo nie jest ani za gorąco, ani za zimno (opinia O.), ludzie mili, no i znaleźli kościół, w którym się dobrze czują (kościoły odgrywają w życiu wielu Hamerykanów rolę ośrodka społecznego o wadze nawet w Polsce dla większości ludzi niezrozumiałej). Ostatnio był jednak trochę przybity, po pastor z tego kościoła: a)okazał się gejem, b) zgarnął kasę (równowartość małego domku jednorodzinnego) i wypruł na Florydę. Zaciętość, z jaką O. mówi o byłym pastorze: "mam nadzieję, że zgnije w więzieniu", daje wiele do myślenia. Nie jestem w stanie ocenić, który z punktów: a), czy b) doprowadza O. do większego szału, a zapytać się nie odważyłam (strzelać mnie co prawda na PO nieźle nauczyli, ale pukawki takowoż nie posiadam...)

23:36, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (4) »
czwartek, 02 marca 2006
Hamerykanski zwyczaj

Przyszlam wczoraj rano do Centrum (Jezykowego) i zobaczylam, ze jeden z naszych uczniow ma czolo ciemnosine. Juz juz mialam zapytac, gdzie sie tak urzadzil, ale ktos mnie zagadal i nie zapytalam.

W poludnie wyszlam na miasto i zobaczylam na ulicy ludzi z czarnymi krzyzami wymalowanymi na czolach. I to wcale nie byli satanisci! Po chwili intensywnego wysilku umyslowego skojarzylam wreszcie, ze to najpewniej chodzi o Popielec. Zapytalam znajoma tubylke, ktora to religia takie ma dziwaczne obyczaje. No i sie dowiedzialam, ze to tutejsi katolicy...

Wieczorem dalej prowadzilam dochodzenie i przepytalam znajomego Irlandczyka na okolicznosc znakow malowanych na fizjonomiach wiernych w Srode Popielcowa. Okazalo sie, ze na Zielonej Wyspie tez maluja sobie czarne krzyze. Musze przyznac, ze ciekawie to wyglada i zywcem nasuwa skojarzenia z mrokami sredniowiecza...

A mowia, ze polski katolicyzm zacofany (LOL)!

15:06, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (4) »