Archiwum
niedziela, 30 grudnia 2012
Co to są gumiklyjzy?

Mój brat pyta swoją pochodzącą z Tychów koleżankę, czy wie, co to sa gumiklyjzy, a ona powtarza: "gumiklyjzy?" z tym jedynym właściwym akcentem i wymową chyba nie do podrobienia „to sa te... no.... no, jak to sie nazywa? kluski gumowe!!!” Po czym, w dalszej rozmowie o języku śląskim dowiadujemy się, że: "jo w domu nie godom, jo w domu mowia. Godom tylko czasem z babkom."

 -    Odnośnie proporcji zaś, słyszy ostrzeżenie (jak wiadomo, z garnka z ugniecionymi ziemniakami wybiera się ćwierć tych ziemniaków i w to miejsce wsypuje mąkę ziemniaczaną): ale wsyp tylko tyle tej mąki, ile wejdzie do tej ćwiartki po ziemniakach, w żadnym razie nie syp na oko, żeby jej nie nasypać więcej! Bo jak pierwszy raz je sama robiłam, to sypałam na oko i mało mi się tej mąki wydawało i dosypywałam i dosypywałam. No a potem wyszedł z tego taki gumolit, że gryzłeś, puszczałeś zębami, a kluska sprężyście wracała do poprzedniej formy...

Wiele lat temu, późną wiosną  miała miejsce uroczystość rodzinna.  Za oknem pachniał maj i bardzo chciało się wyjść z domu. Wśród wielu gości była też przyjaciółka domu ze Śląska, nazywana przez nas ciocią. Po uroczystym obiedzie przedsiębiorcza ta kobieta uparła się, że pomoże mi przy myciu naczyń. Mnie! Przepraszm bardzo, ale czy ktoś słyszał, żebym zgłaszała swoją kandydaturę??? Wizja mycia garnków w jej towarzystwie zestresowała mnie podwójnie. Ale co było robić. Najzwinniej, jak mogłam, myłam więc te gary pod śląską presją czystości absolutnej, znanej z mrożących krew w żyłach opowieści o cotygodniowym myciu okien i praniu firanek, a śląska ciocia czujnie je wycierała. Gdy uszczęśliwiona, że oto wreszcie mogę ulotnić się z kuchni po wykonaniu kawału dobrej (dobrej! Re-we-la-cyj-nej!!!) roboty, odłożyłam do osączarki ostatni talerz i z niewypowiedzianą ulgą wytarłam ręce, usłyszałam, że „z tych zimnioków, co zostały po obiedzie, to zrobimy kluski. Ni, ni jutro – zrobimy je teroz, zaroz.”

Rada nie rada, musiałam utrzymać ten znienawidzony, najgrzeczniejszy z możliwych wyraz twarzy, dodałam doń niemalże szczery zachwyt dla gospodarności cioci i klnąc w duchu zapobiegliwą Ślązaczkę na czym świat stoi, zabrałam się do kręcenia gumowitów.

A teraz, po połowie wieczności spędzonej za Oceanem, ni z tego, ni z owego natknęłam się w sklepie na... mąkę ziemniaczaną! Natychmiast wrzuciłam ją do wózka - w niedzielę na obiad będą gumowity z sosem grzybowym! 

Na wieść o czym niemiecki Mój wpadł w euforię.

niedziela, 02 grudnia 2012
Kupuję obrazy

Długi, przysłany niczym prześcieradłem, ogromnym kawałem płótna stół zalegają tubki z farbami, zdjęcia, ilustracje, kolorowe papiery, pozłotka, kleje, kubki z wodą, tą do picia i tą do malowania, a między tym wszystkim kilka mniejszych obrazów na różnych etapach powstawania.

- Co widzisz, gdy na to parzysz? – pyta autorka zamieszania.

- Krasny bajzel – odpowiada właścicielka stołu.

- To jest właśnie różnica między nami: ty widzisz robotę, a ja – możliwości!

- Ale że ciebie nie paraliżuje fakt, że w momencie, gdy zdecydujesz się na jedną ewentualność, rezygnujesz z wszystkich innych – wtrącam z podziwem, bo właśnie ta świadomość zrujnowała w zarodku moją karierę dekoratorską i doprowadzała do szału Mojego, gdy urządzaliśmy dom.

- Ależ nigdy nie traci się żadnej możliwości! Jeśli nie spodoba ci się, co zrobiłaś, to w każdej chwili możesz to zmienić. – I na dowód swych słów demonstruje kompletnie przemalowany obraz. – Ale rozumiem, co masz na myśli – dodaje po chwili – ja dlatego właśnie nigdy nie wyszłam za mąż!