Archiwum
wtorek, 20 grudnia 2011
Samemu jeść
Tak się złożyło, że Mój ostatnio dużo podróżował służbowo. Siedział sobie tak na lotnisku wyruszając na kolejnych pięć dni i układał plan wieczorów: w środę będzie jedna kolacja służbowa, w czwartek dojedzie szefowa i znowu będzie bankiet, czyli że do pracy nad figurą zostaje mu poniedziałek i wtorek. Wtedy pójdzie na siłownię i ograniczy się wieczorem do drobnej przekąski (Mój musi uważać, bo jak jeszcze trochę urośnie mu brzuszek, to nie zmieści się w swój kombinezonik do nurkowania...) Zadowolony, że rozsądnie podzielił sobie tydzień, usłyszał, że ktoś radosnie woła jego imię - w niewielkiej odległości stał Kolega Meksykanin, udający się służbowo do tego samego miasta, choć innego klienta. Dobrze, że Kolega Meksykanin ma uszy, w przeciwnym bowiem razie szczęśliwy uśmiech okrążyłby jego głowę:
- Ale się cieszę, że cię widzę!!! Pójdziemy wieczorem na przyzwoitą kolację! Nie masz pojęcia, jak ja nie lubię samemu jeść!!!
Poszli więc wieczorem do mięsodajnej restauracji (Kolega Meksykanin wybierał) i zjedli, miło gwarząc, po pół krowy każdy. Tak było miło, że Kolega Meksykanin nie popuścił i na następny wieczór zaplanował kolejne kulinarne wyjście. Mój wrócił do domu w piątek z ubrankiem sportowym równo ułożonym w walizce jeszcze przed wyjazdem. 
Spotkawszy Kolegę Meksykanina zagadnęłam go o ostatni wyjazd:
- Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłem widząc Twojego! Ja nienawidzę, absolutnie nienawidzę jeść samemu. To takie deprymujące, być tym jedynym smutnym gościem, który siedzi sam przy stoliku w restauracji.
- W czym problem? - nie rozumiał Mój - ja też nie chcę siedzieć samemu w restauracji i dlatego zamawiam jedzenie do pokoju w hotelu.
- O Boże, tylko nie to! - wykrzyknął przerażony Kolega Meksykanin - to jest pierwszy krok to samobójstwa: całkiem sam w moim głuchym hotelowym pokoju z kolacją jak w karcerze...
Mój tylko machnął ręką, a Kolega Meksykanin ciągnął dalej:
- Ja muszę mieć ludzi koło siebie. Dlatego jak jestem sam w podróży służbowej, to przeważnie jadę do centrum handlowego* pochodzę po sklepach, wejdę w końcu do jakiejś restauracji, zjem kolację, zawsze w innym miejscu, bo inaczej mnie zapamiętają, że to ten smutny facet, co zawsze przychodzi sam, no i wracam do hotelu...

Zastanawiałam się nad tak różną potrzebą towarzystwa u różnych ludzi. Mój przeważnie zamawia kolację do pokoju i zjada ją bezstresowo oglądając sport w telewizji. Ja specjalnie nie lubię chodzić sama do restauracji, ale jak się już tak złoży, to idę i jem, nie cierpiąc przy tym jakichś katuszy. Jedna moja koleżanka, która swego czasu też bywała ciągle w drodze, podziela opinię Kolegi Meksykanina na temat jedzenia w hotelowym pokoju - zdażyło się jej mianowicie kilka razy nie dokończyć takiej kolacji, bo się poryczała. Od tego czasu, gdy ma jeść sama, idzie do restauracji i zamawia jedzenie siadając przy barze - kelner nie pyta, czy jeszcze na kogoś czeka, czy podać dwie karty dań...

Oczywiście można sobie z takim stresem samotnych wieczorów poza domem radzić i w inny sposób, z czego znanych jest kilku kolegów Mojego (który utrzymuje, że pochodzą oni w większości z kraju położonego na wschód od Białorusi). Tyle, że przyroda nie zna próżni i redukując jeden stres wytwarza się drugi. 

* Nie zapominajmy, że miejsca docelowe tych podróży służbowych to przeważnie Głęboka Hameryka, gdzie opcja: wyjść na miasto nie istnieje, bo miasto nie istnieje...
16:34, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 grudnia 2011
Mesjasz Händla i niedobre powietrze

W krajach anglojęzycznych Mesjasz Händla grany i śpiewany jest w okolicach Bożego Narodzenia, w odróżnieniu od krajów kontynentalnej Europy, gdzie wykonuje się go raczej na Wielkanoc. Zgodnie z początkowym założeniem zresztą, bo pierwsze jego wykonanie miało miejsce na Wielkanoc w Dublinie, w 1742 roku.

Teraz chciałam usłyszeć go na żywo i poszliśmy na koncert, o tyle interesujący, że wykonywany z użyciem instrumentów barokowych, jak za czasów kompozytora. Koncert był w kościele katolickim, a dokładniej w opactwie klasztornym. Gdy słyszę słowo "opactwo", staje mi przed oczami budowla z poźnego gotyku. Zabudowania klasztorne z zasady zaś nie powinny być nowsze od Dzwonu Zygmunta. Jak łatwo sobie wyobrazić, to ukształtowane Królewskim Miastem oczekiwanie nie może być spełnione w kraju, w którym trzystuletnie budynki stanowią odpowiednik naszej Osady w Biskupinie.

Podjechaliśmy więc na parking wśród zieleni (lub tego, co w lecie jest zielenią) i mijając ciekawa architekturę z drugiej połowy XX wieku weszliśmy do kościoła w podobnym stylu. W odróżnieniu od współczesnych cudów architektury sakralnej, jakie można oglądać w Podobno Coraz Mniej Katolickim Kraju Środka Europy, ten był w dobrym guście. Usiedliśmy w drewnianej ławce i z jękostęku, jaki wydał z siebie Mój, wiedziałam już, że nie będzie to łatwe siedzenie. Ławka zaprojektowana była tak przemyślnie, żeby w żaden sposób nie można było w niej zasnąć - jak tylko człowiek się trochę rozluźniał, to zaraz się z niej zsuwał. Ku mojej ortodoksyjnej zgrozie, nie było też klęcznika!

Po krótkiej chwili stwierdziłam, że brakuje mi powietrza. Jeśli natychmiast ktoś nie otworzy tu okna, to zemdleję. Od eskalacji paniki uchronił mnie nie dokończony komentarz Mojego:

- Tu czuć...

Taaak - naftaliną i zastałym kadzidłem! No to jesteśmy w domu; myśląc logicznie, nie może brakować mi powietrza, bo siedzimy niedaleko otwartych drzwi. Przypomniałam wiec sobie ulgę, z jaką w wieku 19 lat stwierdziłam, że drogi moje i zinstytucjonalizowanej ideologii teraz już jawnie rozejść się mogą (i nie mam tu na myśli upadku komunizmu).

Duszność ciągle jeszcze trochę mnie męczyła, ale na szczęście zaraz zaczął się koncert, który odwrócił uwagę diabła, przez którego najwyraźniej jestem opętana, od zawartości moich płuc i kazał skupić na muzyce.

15:04, haneczka14 , Dygresje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 grudnia 2011
Taniec z ...

Moja Czarna Koleżanka chodziła do szkoły baletowej, a i teraz w wolnym czasie uprawia coś na pograniczu tańca i akrobacji cyrkowych. Kiedyś zapytała mnie o polskie tańce tradycyjne. Nie namyślając się wiele wyszukałam jej na youtube zbójnickiego. Oczy otworzyły się jej szeroko:

- Co oni mają w rękach? Siekiery???

- Ciupagi... No, tak, właściwie to jest rodzaj siekierki... - uzmysłowiłam sobie niespodziewanie.

- A po co? - niepewny uśmiech pojawił się na jej twarzy. - Oni je wbili w ten pień!!! - wykrzyknęła zaraz potem. - To są prawdziwe siekiery! Rany, najpóźniej po obejrzeniu tego tańca człowiek musi się was bać!

Żeby nieco złagodzić wrażenie wywołane tańcem z siekierami wyszukałam znany mi kawałek z Beskidów, w którym udział biorą i dziewczyny. Zapomniałam jednak, że zaczyna się on od tego, że dość energicznie poszturchując partnerów spychają ich one w jeden kąt.

- Acha, no to już w ogóle wszystko wyjaśnia!

Pośpieszyłam wytłumaczyć, że ta choreograficzna agresja jest wynikiem napięcia nerwowego, jakie u ludów Polski Bardzo Południowej wywołuje wiejący okresowo wiatr halny i absolutnie nie przekłada się ona na całość społeczeństwa, którego większość zamieszkuje niziny i hołduje zgoła innym tradycjom tanecznym, ale nie wiem, czy dano mi wiare... 

21:18, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
środa, 07 grudnia 2011
Inny alfabet
Stephanie urodziła się w Stanach, jej matka jest Greczynką mieszkającą od dzieciństwa w Kalifornii. Mówi płynnie, ale nie umie czytać po grecku. Stephanie chodziła do greckiej szkółki weekendowej, gdzie nauczyła się alfabetu i odrobinę języka. 
Jazda zaczyna się, gdy odwiedzają dawną śródziemnomorską ojczyznę. Stephanie nie rozumiejąc szyldów i napisów czyta je na głos a matka, sama nie bedąc w stanie ich odcyfrować, tłumaczy usłyszane słowa na angielski. 
To się nazywa symbioza językowa!
04:05, haneczka14 , Języki
Link Dodaj komentarz »