Archiwum
wtorek, 23 grudnia 2008
Auto u mechanika
Moje auto zaczęło wydawać dziwne odgłosy. Co prawda byłam jedyną osobą. która je słyszała, tym niemniej byłam przekonana, że silnik Ambrożego od kilku dni dźwięczy inaczej. No a że tak czy inaczej przyszła pora przeglądu, zadzwoniłam do moich mechaników, żeby się umówić na wizytę. To od nich kilka lat temu, 4-tego lipca (który jest tutejszym 3-cim maja - świętem konstytucji) kupiłam Ambrożego i zawsze do nich jeżdżę, gdy musi on iść do doktora. Zmotoryzowana część czytelników wie, że dobry mechanik samochodowy jest na wagę złota. Znalezienie takowego stanowi podobne wyzwanie, co znalezienie dobrego kostiumu kąpielowego. 
Moi mechanicy są braćmi, a treścią ich życia jest grzebanie we wnętrznościach samochodów europejskich, głównie Volvo. Do zaglądania od maskę takiego np. z całym szacunkiem Forda w ogóle się nie zniżają. Mają biblijne imiona, egzotyczne nazwisko i akcent, którego przez kilka lat nie byłam w stanie zaklasyfikować. Ponieważ jasne jest, że mieszkają w kraju mnie goszczącym od połowy wieczności, głupio mi było ich pytać, skąd pochodzą. Tym niemniej za każdym razem zachodziliśmy z Moim w głowę, skąd oni się wzięli. W tym miejscu nadmienić należy, że bycie świetnymi fachowcami nie jest jedyną cechą wyróżniającą ich z ogółu ludzkości. Są niezwykle towarzyscy i uwielbiają rozprawiać, głównie o samochodach, ale w miarę jak znajomość się rozwija, repertuar ich kwiecistych wypowiedzi znacznie się poszerza.
Jakieś dwa lata temu jeden z nich zniknął, ku utrapieniu drugiego, ktory został sam z całą robotą. Dowiedzieliśmy się najpierw, że ten pierwszy pojechał za ocean i ma kłopoty z powrotem. Ponieważ i nam dane było przeżyć swego czasu mrożące krew w żyłach historie w urzędzie imigracyjnym przy przekraczaniu granicy tego raju na ziemi, jakim niektórym zdaje się być USA, pokiwalićmy tylko ze zrozumieniem głowami i w myśl zasady: mniej wiesz - mniej zeznasz, lub też, jak cytując starożytnych Rosjan mówi moja koleżanka Ukrainka - znajesz miensze, żywiosz łuczsze, nie zadawaliśmy więcej pytań.
Okazuje się jednak, że cierpliwość popłaca. W jakiś czas później bracia sami powiedzieli nam, skąd pochodzą. Mało to, zostało nam dane wysłuchać opowieści młodszego o owej nie całkiem dobrowolnie przedłużonej wizycie w domu - w Syrii. 
Otóż problem polegał na tym, że dobrych dwadzieścia parę lat temu wyfrunął on do Stanów nie odsłużywszy w ojczyźnie wojska. Dlatego też, jak już raz po tylu latach wreszcie się zjawił, służby nie chciały go wypuścić, zanim nie odsłuży zaległości. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że dowiedział się on o tym wymaganiu, gdy stał z bagażem na lotnisku w drodze powrotnej do Hameryki. Szwagier, który był go na to lotnisko odwiózł, wielce się zdziwił, gdy ten zadzwonił do niego po kilku godzinach z prośbą o odebranie z lotniska... Sprawa nabrała biegu urzędowego. Kilka kolejnych tygodni znajomy nasz spędził na szlifowaniu posadzek rozmaitych urzędów i wypełnianiu milionów formularzy. W końcu sprawa przybrała pomyślny obrót i wydano mu zezwolenie na (wielokrotne) przekraczanie granicy. Nie musiał on w zamian za to jechać na poligon. Wystarczyło, że uiścił urzędową opłatę w wysokości... 5 (pięciu!) tysięcy dolarów.
No ale wróćmy do mojego auta - w sobotę pojechałam żeby je odebrać i odebrałam - czołobitność! Powiedziano mi mianowicie, że z samochodem faktycznie coś było nie tak, ale że 80 procent mechaników by tego nie wyłapało. Nie mówiąc już o zwykłych kierowcach. A ja to usłyszałam! Mój usiłował nie pokazać po sobie, jak zżera go zazdrość z powodu mojego unikalnego talentu słyszenia delikatnych skarg silników benzynowych, a ja sobie myślę, że nawet jeśli wypowiedź ta była bliskowschodnią przesadą w stylu: chód tych wielbłądów jest tak miękki, że można położyć na ich garbach garść durry, a żadne ziarnko nie spadnie (cytuję z pamięci, więc niedokładnie, czy ktoś pamięta z czego to jest?), to i tak jestem zadowolona, że wyczaiłam problem i mi auto naprawili.
03:14, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 grudnia 2008
A nie mówiłam?
Gdy Moja Koleżanka Pod Sześćdziesiątkę zaczęła u nas ponad rok temu pracować, skarżyła się, że jej obecny mąż więcej czasu spędza w podróżach służbowych, niż w domu i ona nie może się już doczekać, kiedy oboje przejdą na emeryturę i zaczną wreszcie żyć dla siebie i spędzać razem więcej czasu. W międzyczasie przyszedł Kryzys (bo Ramzes umarł - no, kto pamięta, z czego to?) i okazało się, że po pierwsze oboje muszą jeszcze znacznie dłużej popracować, zanim będą mogli przejść na wyśnioną emeryturę, a po drugie sytuacja w firmie jej męża zmieniła się i teraz nie wysyłają go już  w niekończące się podróże dookoła świata, tylko każą kontaktować się z klientami i Centralą za pomocą telefonu i internetu. Za miejsce pracy służyć zaś ma mu własny dom.
Konsekwencją załamania się gospodarki światowej jest więc to, że Moja Koleżanka Pod Sześćdziesiątkę ma teraz męża cały czas w domu. Spełnienie marzenia, jakby nie było. No i co? No i wychodzi na moje. Bo jak mi rok temu opowiadała, że czuje się samotna, to jej powiedziałam, żeby uważała z tymi planami emeryckimi, bo jak tak nagle, po latach takiej niepodległości zostaną skazani na swoje towarzystwo, to jeszcze różnie to może być. No i co? No i nie trzeba było długo czekać, żeby zeznała, że ta ciągła obecność jej, ukochanego skądinąd, męża, cokolwiek jest męcząca. Ponadto on, będąc człowiekiem uczynnym, skoro już spędza w domu tyle czasu, to chce być przydatny. Skutkiem czego, między innymi, bielizna Mojej Koleżanki Pod Sześćdziesiątkę przestała być biała, a zrobiła się szara. Chyba ktoś wyprał ją razem z ciemnymi rzeczami... A kilka jej ulubionych swetrów może teraz poczekać, aż wnuczka trochę podrośnie, bo skurczyły się do rozmiarów dziecięcych w gorącej suszarce... Rolkę tapety zaś, którą Moja Koleżanka Pod Sześćdziesiątkę właśnie zamierzała użyć do oblepienia obdartej ściany w kuchni po długich poszukiwaniach udało się zanaleźć w koszu na śmieci...
Trzeba w życiu cholernie uważać, bo nasze gorące życzenia mogą się czasami spełniać!
00:37, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »