Archiwum
czwartek, 29 grudnia 2005
Hamerykanskie zyczenia

Moj sie podsmiechiwal z tego amerykanskiego poprawnego politycznie zyczenia: “Happy Hollidays” zamiast: “Merry Christmas” na Boze Narodzenie. Az ostatnio mial okazje sie przekonac o jego sensownosci.

Grali w pilke. Zgonieni ale szczesliwi, bo wygrywaja. Grala z nimi jedna dziewczyna. W czasie krotkiej przerwy kolega Mojego, naladowany energia sportowej walki, bieganiem i kopaniem pilki, w ramach niewinnej proby podrywu krzyknal do atrakcyjnego dziewczecia:

-         “And how was your Christmas???!!!”

-         I am Jewish – padla lodowata odpowiedzJ

Paradoksalnie (zwazywszy otwartosc naszego spoleczenstwa na “Innych”), po polsku by sie facet tak nie byl zblaznil, a w kazdym razie nie w tym roku - Swieta Chanukowe zaczely sie 25 grudnia.

Nigdy przedtem nie przyszlo mi do glowy, jak wspanialym zwrotem jest ekumeniczne mimo woli zyczenie “Wesolych Swiat”. I jak bezpieczne moze byc niezobowiazujace pytanie: “Jak tam Swieta?”

16:06, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (8) »
wtorek, 20 grudnia 2005
Hamerykańskie kontrasty c.d.

Drążąc temat kontrastów. Rozmowa z miejscowymi zeszła na Małe Hamerykańskie Miasteczko. Jest źle. Nie zawsze tak było. Nie? Ano nie. Jeszcze w kilka lat po wojnie (II światowej) można tam było spokojnie ulicami chodzić, większe zakupy robiło się jak nie w Wielkim Hamerykańskim Mieście, to właśnie tam. Ekskluzywna ta okolica nie była nigdy, ot, przemysłowa miejscowość, ludność pod względem kolorów wymieszana, głównie robotnicza. No to co się stało?

Jeden z moich rozmówców opisał zapamiętaną z dzieciństwa scenę. Wracając z ojcem z zakupów czekali na peronie na podmiejski pociąg. Na jeden z sąsiednich torów wjechał dalekobieżny skład, dobrze pilnowany. Na schludnych drewnianych ławkach siedzieli w nim pozbierani z „frontów całego świata” niemieccy jeńcy. W tym samym czasie na inny tor wtoczył się pociąg z przeciwnego kierunku. W niemożebnie brudnych, cuchnących na odległość bydlęcych wagonach przyjechali nim czarni mieszkańcy Głębokiego Południa. Nie umiejący czytać ani pisać, zatrudniani do prac typu łopata-ziemia. Bez żadnego wykształcenia, bez perspektyw zostali tam, gdzie ich, nie troszcząc się o nich dalej, wysadzono - w Małym Hamerykańskim Miasteczku.

22:28, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (6) »
środa, 14 grudnia 2005
Hameryka kontrastów

Niedaleko Bardzo Dużego Hamerykańskiego Miasta jest pewne Małe Hamerykańskie Miasteczko. Mieści się w nim niewielka uczelnia, w której miałam kiedyś trochę do popracowania. Uzbrojona w opis drogi i mapę wyruszyłam tam w promieniach porannego słońca (samochodem oczywiście). Już wcześniej obiło mi się o uszy, że nie jest to najlepsza okolica, chciałam więc dotrzeć na, z natury rzeczy bezpieczny, kampus, bez zbędnego kluczenia. Nie było z tym żadnego problemu, napisy z nazwą uczelni znajdowały się już przy zjeździe z autostrady, a potem na kolejnych skrzyżowaniach. Wszystko sprawnie załatwiłam i ruszyłam w drogę powrotną. Najpierw z powrotem na autostradę. Nie była daleko, ale wjazd na nią okazał się być w remoncie. Zamknięty. Zaczęłam więc kluczyć w poszukiwaniu innego. Po opuszczeniu niewielkiego czworokątnego kampusu, w obrębie którego znajdują się budynki uczelniane, akademiki, stołówka, regularnie strzyżony trawnik, bezpieczne parkingi i czyste uliczki, wjeżdżamy w inny świat - na dziurawych ulicach walają się śmieci, leciwe domki chylą się ku upadkowi, chodniki porasta zielsko. Jeżdżąc tak sobie nerwowo, z zaryglowanymi drzwiami i pozamykanymi oknami, torebką (antyzłodziejskim zwyczajem warszawskim) na podłodze pod siedzeniem, wpakowałam się w ślepą ulicę. Zawracając slalomem pomiędzy porozrzucanymi czarnymi workami ze śmieciami, pobiłam zapewne jakiś rekord prędkości w przerzucaniu: jedynka-wsteczny-jedynka-wsteczny i dziarskim kręceniu kierownicą. A bardzo uważałam, żeby żadnego wora nie przejechać, obawiając się, że mogłoby to wzbudzić uzasadnioną, ale kto wie, czy nie przesadzoną, agresję wśród przyglądającej mi się miejscowej gawiedzi. Czy muszę mówić, że byłam jedyną białą poza kampusem? Wreszcie, straciwszy nadzieję na znalezienie bram raju na własną rękę, pojechałam gdzieś dalej i zobaczywszy rząd sklepów, a przed nimi parking wjechałam nań i zatrzymawszy się jak najbliżej wejścia do sklepu wysiadłam i zapytałam w środku o drogę. Pojechałam jak mi poradzili i horror się skończył. Nigdy przedtem nie zauważyłam, jak przytulnym i bezpiecznym miejscem może być autostrada!

Jakiś czas później miałam okazję usłyszeć relację pewnej Europejki, przebywającej na tejże uczelni na gościnnych występach, którą na kilkutygodniowy czas pobytu zakwaterowano w domku stojącym po przeciwnej niż kampus stronie ulicy. Przeżyła tam ona ciekawe chwile, leżąc plackiem na podłodze w pokoju podczas wieczornej strzelaniny za oknem.

Zadbany kampus z niezłą uczelnią jak wyspa w morzu slumsów.

23:58, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 grudnia 2005
Przeliczanie

Jedna z różnic pomiędzy Hameryką a kontynentalną Europą polega na odmienności systemu. Nie chodzi tu o system sortowania śmieci, polityczny, czy też komputerowy, lecz o system imperialny, którego trzymają się tu jak pijany płota, z zaskakującym dla tej kultury i ograniczającym się chyba tylko do tego zagadnienia, umiłowaniem tradycji. Przeprowadzana tu w latach 70. próba wprowadzenia systemu metrycznego spaliła na panewce.

Co to znaczy w praktyce? Ano, że mleko i soki kupujemy na galony, nie litry, wagę swoją i wszelkich produktów podajemy w funtach, nie kilogramach, przebywamy odległości wyznaczone przez mile. (Do tego dochodzi jeszcze temperatura w stopniach Fahrenheita, nie Celsjusza). Żeby docenić całą wyjątkowość systemu imperialnego i jego kompletny, z punktu widzenia systemu metrycznego, brak logiki (żeby nie powiedzieć upierdliwość), trzeba wiedzieć, że: jednostka długości - hamerykańska mila (różna od mili brytyjskiej i mili morskiej) – „dzieli się” na  5 280 stóp, stopa zaś na 12 cali, a jednostka objętości – galon, na 160 uncji, żeby ograniczyć się tylko do dwóch przykładów „podzielności” tych jednostek.

Co z tego wynika dla kontynentalnej Europejki goszczącej w Imperium? Wiele. W dziedzinie motoryzjacji, na przykład, przestajemy określać ekonomiczność samochodów równaniem: ile litrów pojazd zużywa na 100 kilomoetrów, zastępując je do niedawna abstrakcyjnym wyrażeniem: ile mil przejedzie na jednym galonie. (Zwracam tutaj dodatkowo uwagę na „odwrotny kierunek myślenia”, że się tak wyrażę.)

Podając, na przykład w celu uzyskania prawa jazdy, dane na temat własnego ciała, stajemy przed wielką niewiadomą: ile ja mam wzrostu??? (1,72 m nic tu nikomu nie mówi, trzeba powiedzieć: 5 stóp i 7 cali). A kiedy każą nam u lekarza stanąć na wagę, obwieszczają: 148 funtów (i za nic w świecie nie wiemy, czy udało się nam przytyć, czy też schudnąć).

Prognozy pogody też nie są oczywiste. Co to znaczy, że w lecie bywa tu 95 stopni? Że trzeba wejść do lodówki, żeby przeżyć?

Prawdziwy cyrk zaczyna się jednak w kuchni. Piekarnik piecze w przedziale od 200 do 500 stopni. A przepisy, no przepisy...

Zresztą, sami zobaczcie:

 

Spiced Pecan Pie

(tarta orzechowa z orzechów pecan, jeden słownik podał, że ich polska nazwa brzmi: pikan, ale internetowy Słownik Języka Polskiego PWN takiego hasła nie podaje. Chodzi o tutejsze orzechy, podobne do włoskich, tylko trochę bardziej owalne i ciemniejsze. Jeśli ktoś zna ich polską nazwę, proszony jest o podzielenie się wiedzą:-)

 

3 jajka, białko oddzielić od żółtka

1 i 1/2 cups (jednostka objętości, coś w rodzaju polskiej „szklanki”, lub „filiżanki”) brązowego cukru (w Polsce nigdy takiego nie widziałam, może można go zrobić tylko z trzciny? Nierafinowany, smakuje trochę jak karmel)

1 łyżeczka cynamonu

1 łyżeczka ziela angielskiego (zmielonego)

½ łyżeczki zmielonych goździków

½ łyżeczki soli (nigdy nie dosypuję, niecierpiąc tego tutejszego solenia rzeczy słodkich i odwrotnie – patrz solone precle w polewie czekoladowej bleeee...)

2 łyżki mąki (dodaję tu pełnoziarnistej)

¼ cup (patrz wyżej) stopionego masła (jeśli ktoś nie chce masła, z powodzeniem można je zastąpić dobrym olejem roślinnym o neutralnym zapachu)

1 cup prażonych orzechów (na blasze w piekarniku, albo na patelni, uwaga żeby nie zjarać!)

1 spód z kruchego ciasta (kupuję gotowy, bo mi się robić nie chce)

ja dodaję jeszcze szczyptę ostrej papryki w proszku (to nie jest dowcip!)

Wszystkie składniki z wyjątkiem orzechów i białek dokładnie razem utrzeć. Dodać orzechy. Ubić pianę z białek. Dodać jedną czwartą piany, wymieszać. Następnie dodać resztę piany delikatnie wymieszać (żeby powietrze nie uszłoJ

Piec w piekarniku nagrzanym do 400 stopni (no dobra, napiszę - to jest 200 Celsjusza. Ale czasem wystarcza i 180) przez 35 do 40 minut (na szczęście zegar mają taki samJ, albo nieco krócej (czasem wystarcza i 25 minut). Ostudzić i jeść.

 

Tak, uważni czytelnicy mają rację: to jest to ciasto orzechowe z Dnia DziękczynieniaJ

23:24, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (10) »
sobota, 03 grudnia 2005
Zagra(ma)nica

Znajoma Hiszpanka, studiowała w Hameryce, teraz pracuje w Irlandii. Zadowolona, ale na resztę życia by tam zostać nie chciała.

-         A gdzie chciałabyś mieszkać?

-         Nie mam pojęcia.

Jak już raz się wyjedzie, to kolejna duża przeprowadzka nie przysparza specjalnych kłopotów. Wyzwaniem staję się za to wybór miejsca do zostania na stałe. Pewnie są ludzie, którzy nigdy go nie dokonują.

00:29, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »