Archiwum
niedziela, 12 listopada 2017
Do rzemiosła

Fryzjerka, do której od lat już chodzimy, pracowała najpierw w salonie należącym do dużej sieci. Przewijało się przez niego wiele pracownic i trochę mniej pracowników, ale ona bezwzględnie najlepiej ze wszystkich strzygła. Ciekawostką jest, że pochodzi spod czeskiej Pragi i przyjechała do Hameryki przed laty, jako au pair. Jakiś czas temu Mój przyszedł z wieścią, że zmieniła miejsce pracy - prowadzi teraz jednoosobowy salon połączony z solarium, znajdujący się zresztą nieco bliżej naszego domu. Zaczęliśmy tam chodzić i widzieli, jak interes ekspresowo się rozwija. Podobnie jak my, wielu jej dawnych klientów zmieniło sieć na jej salon i po kilku miesiącach musiała zatrudnić pomoc - koleżankę, z miejsca, w którym poprzednio razem pracowały. Manewr ten okazał się jednak brzemienny w skutkach na płaszczyźnie interpersonalnej. Koleżanka, wyraźnie od niej starsza, zaczęła traktować nie tylko nowy salon, ale i prowadzącego solarium faceta naszej Czeszki, jako swoją intymną własność. W tej sytuacji bohaterka opowiadania pozbierała swoje zabawki i pewnego pięknego poranka po prostu sobie poszła. Krótko przed odejściem, przeczuwając co się święci, dała mi jeszcze swój numer komórkowy, żebym mogła ją znaleźć, gdy mi włosy odrosną. Po czterech tygodniach faktycznie do niej zadzwoniłam. Strzygła w domu, którego drzwi się nie zamykały - jeśli nie wszyscy, to znaczna większość jej klientów znowu karnie za nią podążyła. Nie czekając więc długo, rozejrzała się za stosownym miejscem i w zeszłym miesiącu otwarła mały salonik w pobliskiej miejscowości. Ma teraz nie tylko dotychczasowych klientów, ale że salonik jest w dobrej lokalizacji, ludzie widzą szyld i wchodzą z ulicy. Interes po raz kolejny rozkwita.

Bo dobry fachowiec, to jest ktoś, a fach w ręku, to jest coś.

16:27, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »