Archiwum
niedziela, 16 listopada 2014
Czas i przestrzeń k.u.k

Uliczka taka wąska, zbudowana jeszcze dla zaprzęgów konnych, nie samochodów. Jednokierunkowa. Wzdłuż niej proste rzędowe domki, jedno- lub dwupiętrowe, wąskie, w pastelowych kolorach. Z ulicy wchodzi się od razu do dużego pokoju, przez który przejść można do kuchni i to zwykle jest już cały parter. Drzwiami kuchennymi wychodzimy na podwórko, nie zasługujące właściwie na to miano. Ot, odrobina wolnej przestrzeni między murami. Na górze małe pokoje, łazienka, czasami dwie, jeśli są dwa piętra.

Stukamy kołatką do drzwi o znajomym numerze (ponieważ dzielnica, jak nie trudno się domyślić, jest zabytkowa, na wielu drzwiach wiszą kołatki.) Otwiera nam gospodarz i oto, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przenosimy się ze starej części Wielkiego Hamerykańskiego Miasta do wnętrza salonu k.u.k. Ciemne meble z epoki, drewniana podłoga, na ścianach obrazy w secesyjnych ramach i przepiękne kryształowe lustro. W głębi pokoju duży, owalny stół przykryty szydełkowanym, barwionym w herbacie obrusem. Przygotowane porcelanowe talerzyki i srebrne, zdobione widelczyki do ciasta. Srebrna patera. I kilka różnych likierów w zachęcających butelkach.

Z pokoju na piętro prowadzą wąziutkie drewniane schody. Łazienka nie rozczarowuje - błękitna, jasna; w wolno stojącej, białej, głębokiej, acz krótkiej wannie mogłaby pławić się Sisi. W jednej sypialni na stojącym na środku, szerokim łóżku z rzeźbionym wezgłowiem, na kilku poduszkach, siedzi ogroma lalka w krynolinie i kapeluszu. Córka gospodarza przestała się nią bawić pewnie ze dwadzieścia lat temu, ale sądząc po porcelanowej buzi, egzemplarz ten oprócz sentymentalnej, musi mieć sporą wartość nominalną. Druga sypialnia jest znacznie mniejsza, wąskie łóżko stoi pod ścianą, małe biurko pod oknem. W kącie buty do konnej jazdy, na ścianie szabla. Pamięta Wiosnę Ludów? I to już całe piętro, po jeszcze węższych schodach możemy wyspinać się wyżej, do pomieszczenia, które kiedyś było strychem, ale zostało wspaniale przerobione i teraz jest tu obszerny gabinet z drewnianym kasetowym sufitem, będący największym pomieszczeniem w domu, wyścielony dwoma dywanami, z oknami na obie strony – uliczkę od wschodu i mini-podwórko od zachodu. Robione na zamówienie półki z książkami stoją wzdłuż całej długiej ściany. W pobliżu zachodniego okna ogromne, masywne biurko. Jakżeś ty je tu po tych schodach wytaszczył? Nawet nie pytaj, zamówiłem brygadę i na ta logistyczna rozrywka zajęła im całe popołudnie.

Wracamy na dół na kawę i ciasto. Jak mówi wieszcz, powiedzieć, że styl i wyposażenie maleńkiej kuchni kontrastuje ze stylem reszty wnętrz, to nic nie powiedzieć. Nawet jak na dość już dawno rozpoczęty XXI wiek, pomieszczonko to jest cokolwiek futurystyczne. W celu maksymalnego wykorzystania miejsca, okna zrobione są w dachu (kuchnia to przybudówka, nie ma nad nią kolejnych pięter), sprowadzane z Europy urządzenia kuchenne miniaturowych (miniaturowych nawet jak na Europę, rdzennym Hamerykanom wydawać się musi, że to zabawki) rozmiarów wbudowane są w robione na miarę, niezwykle proste i eleganckie kuchenne meble z jasnego drewna.  Ekspres do kawy produkujący znakomite espresso z pianką, capucinno z takąże, czarnego szatana lub zwykłą kawę śniadaniową nie tylko sam mieli ziarna i dosypuje sobie ich tyle, ile trzeba, wyposażony jest w kilka światełek, ale i doskonałą pamięć, zaprogramowaną na różne poranne kawy i odpowiednie godziny (nie, żeby w weekend automatycznie zapełniał dom aromatem mocnej czarnej pobudki o siódmej rano, jak w dni robocze!) A w ogóle wbudowany jest w kuchenną mini-meblościankę, żeby nie zawadzał.

Kim jest właściciel tego domu na skrzyżowaniu czasu i przestrzeni?

Przeważnie rozmawiam z nim po niemiecku, chyba, że jesteśmy w nie-niemieckojęzycznym towarzystwie, wtedy przechodzimy na angielski. Mówi też całkiem dobrze po hiszpańsku (miał latynoamerykańską żonę), ale jego pierwszym językiem jest węgierski.

Skąd wziął te wszystkie stare meble, obrazy, filiżanki i robiony na szydełku, farbowany w herbacie obrus?

To dzięki amnestii. - ???

W 1956 jego ojciec był na początku studiów inżynierskich. Po tym, jak w 55 Ruscy wyszli z Austrii, nastroje na Węgrzech były bardzo optymistyczne. Tylko patrzeć, a wyniosą się też od Madziarów! W razie czego możnaby im zresztą w tym trochę pomóc - myślało i zgodnie z tym działało wielu młodych ludzi. Gdy sowiecki but nie tylko nie ruszył się z miejca, ale i docisnął, ojca wylali z uczelni z wilczym biletem. Wrócił do rodziców i zaczął rozglądać się za pracą. Bezskutecznie. Czy wszyscy bali się zatrudnić wroga ludu? Dwóch smutnych panów przychodziło regularnie i sprawdzało, czy wreszcie przestał być pasożytem społecznym. Za którymś razem wyprowadzili go na podwórko i powiedzieli, że jeśli do ich następnej wizyty nie znajdzie zajęcia, to znowu wyjdą razem na podwórko, ale on z niego już nie wróci.

Matka poszła do krawca w sąsiedztwie prosić, żeby zatrudnił chłopaka do pomocy, a tym samym, no cóż - uratował mu życie. Krawiec, będąc Żydem, aż za dobrze wiedział, co może się stać, jeśli człowiekowi odmówić pomocy.

Człowiek strzela, pan bóg kule nosi - zamiast inżynierem, ojciec został krawcem. Niedługo potem wraz z młodą żoną przez zieloną granicę przedostali się do Austrii. Mój znajomy urodził się w Wiedniu. Gdy miał kilka lat, rodzice dostali papiery i rodzina wyemigrowała do Hameryki, gdzie ojciec całe życie pracował jako krawiec.

W jakiś czas po 56 na Węgrzech weszła w życie amnestia, na mocy której dawni nielegalni emigranci mogli odwiedzać kraj nie obawiając się represji. Wtedy to pojechali zobaczyć dziadków. A ci kazali spakować, co tylko się da z rodzinnego domu i zabrać ze sobą. I tak, co przypłynęło statkiem, jest teraz w domu przy wąskiej uliczce w Wielkim Hamerykańskim Mieście.

Tagi: kuk Węgry
02:36, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (2) »