Archiwum
sobota, 27 listopada 2010
Żurawina
Wczoraj był Dzień Indyka i nietrudno się domyślić, co było potrawą przewodnią. Dla takiej niemalże wegetarianki jak ja indyk jest właściwie tylko pretekstem do jedzenia nadzienia, puree ziemniaczanego i przede wszystkim... żurawiny. Bo ja uwielbiam żurawinę!
Długo myślałam, że drobne owocki, nazywane po hamerykańsku cranberries, które kupuje się tutaj pod wszelkimi postaciami, także na surowo, to jakieś niewystępujące w Europie, przypominające nieco z wyglądu, ale nie z trybu życia, borówkę brusznicę (Vaccinium vitis-idaea), olbrzymy. Z Polski pamiętam, że o prawdziwą żurawinę niełatwo, najczęściej znaleźć można oszukiwaną porzeczkami, a surowe brusznice, bardzo drobne, dane mi było widzieć jedynie czasami na krzaczkach w lesie.
Natomiast próbując dojść kiedyś do tego, co to właściwie te wszechobecne tu cranberries są, przeczytałam na opakowaniu soku (a tak tak, bo tutaj pija się też soki brusznicowe), że rosną one na podmokłych terenach i torfowiskach. W Polsce widywałam brusznice na żywo ani nie na podmokłym, ani torfowym, tylko suchym i kamienistym gruncie, w górskich lasach szpilkowych, znaczy. Piętro regla górnego.
Prowadząc dalsze badania podparte Internetem i łacińską nazwą interesującej nas krzewinki, dowiedziałam się, że jak najbardziej rośnie ona i na takim, i na takim podłożu, oraz występuje na półkuli północnej, tak w Europie, jak i Hameryce. Tyle, że w Hameryce mają do niej słabość i ją na tych bagnach północnego wschodu uprawiają. Stąd taka jej wszechobecność i, przypuszczam, takie rozmiary (wszak i maliny ogrodowe większe są od leśnych).
Wspomniałam o wielu formach, w jakich można tu nabyć brusznicę. I tak: 
1) na surowo, żeby samemu ugotować sos. Niezwykle prosta czynność - gotuje sie całe owocki z dodatkiem wody i cukru (najlepiej brązowego), niektórzy zastępują wodę sokiem pomarańczowym albo jabłkowym, przez 10 minut, studzi i mamy żurawinę;
2) jako sok, najczęściej rozrzedzony i słodzony, czasem mieszany z jabłkowym, ale można też znaleźć czystą formę, której łyknięcie jest niezapomnianym przeżyciem, kto próbował, ten wie;
3) jako sos, już zrobiony, najczęściej w puszce, nie umywa się do samodzielnie ugotowanego;
4) jako dżem mieszany z wszelkimi możliwymi owocami;
5) w muffinkach (takie ciastka); 
6) suszone, do pogryzania, do sałatek, do ciast, wszędzie tam, gdzie można dodać rodzynki.
Zapomniałam o którejś formie? Nie, mąki brusznicowej tutaj chyba nie robią...
03:58, haneczka14 , Jedzenie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 listopada 2010
Wielojęzyczność
W Hameryce żyje zapewne największana świecie ilość napływowych mniejszości językowych. Liczebność niektórych z nich jest imponująca i nie mam tu na myśli Chicago, w którym mieszka podobno więcej Polaków, niż w Warszawie.
Hamerykańscy lingwiści zrewolucjonizowali nauczanie języków obcych, ich wkład w badanie dwujęzyczności jest przeogromny i nie mówię tu tylko o Chomskym.
W tym kontekście:
Trzyletni synek mojej hamerykańskiej koleżanki, której mąż jest Niemcem, a każde z nich mówi do dzieci w swoim ojczystym języku, nie spieszył się z mówieniem. Rozumiał oba języki, ale odzywał się raczej rzadko i mało wyraźnie. Jest to bardzo częste u dzieci wychowywanych w dwóch językach - zaczynają mówić później, ale na czas nadrabiają zaległości w obu językach. Przedszkolanka skierowała go jednak do logopedy, która to pani  fachowiec stwierdziła zaburzenia mowy i nakazała terapię. Terapia, poza marnowaniem czasu i szarganiem nerwów rodziców (ojciec musi przestać odzywać się do niego po niemiecku! Dziecko ma wielkie problemy i w ten sposób spowoduje się jego dodatkowe opóźnienie w rozwoju!) nie dała nic, a chłopak (piszemy to w 3 lata później) gada w obu językach bez problemu.
Inna moja koleżanka jest Argentynką, podobnie jak jej mąż. W domu mówią tylko po hiszpańsku. Pięcioletni mały w przedszkolu od czasu do czasu wplatał w angielskie zdania hiszpańskie wyrazy. Zdaniem pani (inna szkoła, inna miejscowość) musi iść na terapię, bo jest poważnie opóźniony. Terapeutka potwierdza diagnozę i męczą chłopaka przez rok. Gdy szkoła nie przyjmuje go do tutejszego odpowiednika zerówki, moja koleżanka idzie do innej specjalistki. Ta o dziwo wie, co to jest dwujęzyczność i wystawia papier, że chłopakowi nic nie jest, a jego wypowiedzi są normalne dla dzieckaw tym wieku wychowywanego dwujęzycznie.
Kojena moja koleżanka, Meksykanka, usłyszała ostatnio od innej "siły fachowej", że powinna przestać mówić do swojego dwuletniego szkraba po hiszpańsku, bo w przeciwnym razie on nigdy nie nauczy się angielskiego...
Cóż, obserwuję tu znaną mi z Polski, choć w zupełnie innych realiach, sytuację, którą podsumować można cytując pewnego znanego mi starszego pana, zwracającego się w ten pieszczotliwy sposóbdo swej żony: 
Laluniu, jesteś głupia jak nauczycielka!

Do czytających mnie pedagogów - sama jestem nauczycielką.

 
05:02, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »