Archiwum
poniedziałek, 30 listopada 2009
Święto Dziękczynienia
Gdybym miała zdefiniować hamerykańskie Święto  Dziękczynienia to powiedziałabym, że jest to coś pomiędzy polską Wigilią a Wszystkimi Świętymi. Rodzinne niemalże jak nasza Wigilia, najada się człowiek tak, że się ruszać nie można, no a że burą i paskudną jesienia i ludzie przemierzają wielkie dystanse,to ma w sobie coś z naszego 1. Listopada. 
Jak co roku od pięciu już lat zaproszeni zostaliśmy na świąteczną obiadokolację do Dużego Domu. Pani Dużego Domu co roku zaprasza coraz więcej osób i tym razem było nas prawie czterdzieści ludzi. Licząc dzieci, ale zawsze. Zapraszanymi osobami są cudzoziemcy pracujący w tej samej firmie co ona, a Mój się do nich zalicza. Z racji naszego Dziękczynnego stażu oboje traktowani już jesteśmy jak kuzynostwo. Miałam szczęście w pierwszym roku, bo zrobiłam ciasto orzechowe, takie niby hamerykańskie (przepis z hamerykańskiej książki wzięłam! Peacan pie - dla wtajemniczonych), ale o niestandartowej konsystencji i wyjątkowo intensywnym smaku (to dlatego, że te wszystkie miary: cup, half a cup, uncja etc. nic mi nie mówiły i robiłam na oko:-) i Pan Dużego Domu stwierdził, że jest boskie i mam je przynosić co roku. Więc muszą nas zapraszać co roku, jak chcą ciasto.
Zaczęło się koło szesnastej przystawkami na stojąco i napojami alkoholowymi i bez. Większość osób znałam, było dużo Niemców (no cóż, firma Mojego), trochę Hindusów, Meksykanie no i ja. Miałam okazję ochronić meksykańskiego trzylatka od bliskiego spotkania 3-go stopnia z czekoladowym labradorem (mieszkanką Dużego Domu), lub też, jak to ujął Mój, ochronić czekoladowego labradora przed bliskim spotkaniem z trzylatkiem. Chodziło o to, że labrador bardzo się ucieszył, że oto stoi w drzwiach ktoś, z kim można wreszcie twarzą w twarz porozmawiać, a trzylatek nie widział jeszcze nigdy w życiu z bliska tak dużego zwierza. No i się cofał, cofał i ryczał. Labrador merdając ogonem i usiłując polizać go po policzkach podążał za nim, a dorośli nie wiedzieli, kogo najpierw łapać.
Jak już wszyscy się nagadali, a indyki doszły w pierkarniku, zasiedliśmy za stołem. Można go sobie łatwo wyobrazić, jeśli zwiedzało się kiedyś stare zamki i widziało tam stół przy którym może usiąść czterdziestu rycerzy - z jednego końca nie widać drugiego! Oczywiście w dzisiejszej Hameryce nie robią takich mebli i stół był sztukowany, ale bardzo umiejętnie i pięknie przykryty obrusami, wszystkimi w jednym kolorze.
Wybierając sobie miejsce za stołem chodzi o to, żeby: a) nie siedzieć koło dyrektorów firmy (nudno), b) nie siedzieć koło dzieci (głośno), c) nie siedzieć koło ojca Pani Dużego Domu (zagada człowieka na śmierć). No cóż, po czwartkowym przyjęciu Mój jeszcze żyje, ale ledwo. Tak planował, tak kombinował, a tu go dostało. Dobrze mu tak (ja siedziałam w rezultacie koło Pana Dużego Domu, co zawsze jest dobrym wyjściem).
Do tradycji tej rodziny należy, że przy jedzeniu każdy powinien powiedzieć, za co dziękuje (losowi, Panu Bozi, czy komu tam jeszcze). W tym roku dziękowałam gospodarzom, że ciągle jeszcze nas zapraszają i Mojemu, że wytrzymuje ze mną na codzień.
Ponieważ desery tradycyjnie przynoszone są przez gości, mieliśmy okazję skosztować m.in. kilka ogromnych tortów autorstwa jednego z dyrektorów. Albowiem małomówny ów facet w średnim wieku z zaczątkami brzuszka pracujący po 14 godzin na dobę ma za hobby pieczenie ciast. Robi to niesłychanie profesjonalnie i w czwartek pojawił się ze stosem trzech albo czterech ogromnych pudeł. Jednakże gdy ktoś zapytał Pana Dużego Domu, jak smakował mu deser, odpowiedział uprzejmie: no ujdzie... Wtedy do mnie dotarło - on nie dostał mojego placka!!! Pani Dużego Domu chciała go mianowicie zachować dla niego na później (gwoli ścisłości - od naszego drugiego u nich świętowania przynoszę dwa takie same placki - jeden ogólny, drugi do zostawienia na później). A że on nie widział, jak je wnosiłam, doszedł do wniosku, że ich nie ma i przez bite pół godziny w cichości duszy mnie nienawidził. Gdy tylko zorientowałam się w sytuacji, szybko powiedziałam mu, że materiał jak najbardziej jest, tylko schowany, i że musi się upomnieć. Co też natychmiast zrobił i znowu mnie polubił. 
Po kawie część osób (małe niemieckie dzieci, dyrektorzy) się pożegnała, a reszta poszła przed telewizor grać w Wii. Kręgle. Widać miałam we krwi odpowiedni procent alkoholu, bo niesłychanie wysoko ograłam wszystkich trzech facetów, z którymi udało mi się dzielić partię. Mama Pani Dużego Domu była ze mnie bardzo dumna.
Najedzeni i z pudełkiem załadowanym kawałkami rozmaitych ciast udaliśmy się w okolicach północy do domu.
03:12, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 listopada 2009
Halloween w szczególe

Skoro już jesteśmy przy niedawno minionym święcie - 31 października organizuje się tu imprezy kostiumowe. Tematycznie są one przeważnie uipiorno-wampiryczno-strachowe, ale w gruncie rzeczy można się przebrać, za co człowiek chce. Dom, w którym taki bal się odbywa, też jest odpowiednio udekorowany, często zaciemniony i wygląda, jakby w nim naprawdę straszyło.

To tyle w kwestii ogólnej. W kwestii szczególnej zaś dwie moje koleżanki, które są parą, wprowadziły się ostatnio do lesbijskiej dzielnicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta. Od początku nieco odstawały od sąsiadek - są, m.in. jedynym gospodarstwem domowym w okolicy nie posiadającym półciężarówki. Tym niemniej jednak zaproszone zostały na imprezę z okazji Halloween. Postanowiły, obie badzo ładne dziewczyny, wystąpić jako damy lekkich obyczyjów. Założyły więc kiecki z dekoltami do pępka i rozcięciami pod szyję, nałożyły na głowy peruki blond-błękitne, otynkowały twarze i poszły się świetnie bawić.

Na miejscu okazało się, że cała reszta przebrana jest za futbolistów, pije piwo (jedyną serwowaną zresztą rzecz, do jedzenia nie ma nic) i skoncentrowana jest na telewizorze, w którym leci sport. Z naszymi sierotkami nikt nie chciał gadać, usiadły więc w kącie, wysączyły piwo i po niedługim czasie trwania owej szampańskiej zabawy, rade-nierade, udały się do domu.

18:31, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
Sezon na pająki

Ciemno, zimno i ponuro. Sezon na wampiry i pająki. W kraju, który mnie gości ostatnie tygodnie października opromieniane są przez dekoracje na Halloween. Obok wielkich podświetlanych dyni na miotłach latają czarownice, grzbiety prężą czarne koty i wszystkimi ośmioma nogami wygrażają mi nadnaturalnych rozmiarów pająki.

Jakby nie dość, że te prawdziwe, wielkie jak woły, postanawiają przezimować w naszym garażu (w związku z czym ściśle przestrzegam, żeby nie zostawiać w aucie otwartych okien, żeby mi tam dziadostwa nie nalazło, a Mój się ze mnie śmieje). Na każdym dosłownie kroku (np. w oknach restauracji) można podziwiać takie ponawieszane o średnicy pół metra z nogami. Milusińskie pluszowe zaś nabyć można o tej porze roku w każdym supermarkecie.

Kilka dni przed Halloween byliśmy w sklepie ze sprzętem remontowo-domowym i ogrodowym. Wśród dekoracji do kupienia zobaczyliśmy ogromną, nadmuchiwaną i podświetlaną od środka bestię. Ponieważ nadmuchiwany pająk, jakby nie było, ma w sobie coś groteskowego, z uśmiechem zrobiłam kilka kroków w jego kierunku gdy... stanęłam jak wryta i nie rozdarłam się tylko dlatego, że przerażenie zaparło mi dech w piersiach: potwór zaprogramowany był mianowicie w ten sposób, że co kilkadziesiąt sekund wykonywał nagły zwrot, jakby chciał rzucić się na przechodzących, czyli w tym wypadku - zjeść mnie.

Co można powiedzieć o społeczeństwie, które funduje sobie takie dekoracje?

19:21, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (2) »