Archiwum
wtorek, 27 listopada 2007
Wschodni akcent

Pracuję z Ukrainką ze Lwowa. Mówi po polsku, a akcent ma znany mi z czasów wakacji spędzanych na Kresach Wschodnich Trzeciej Rzeczypospolitej, już za Przemyślem, gdzie po jednej stronie wsi był kościół, po drugiej cerkiew a większość mieszkańców dwujęzyczna. Akcent ten potocznie nazwalibyśmy "ruskim". Lwowianka podobny akcent ma też gdy mówi po angielsku, więc wiele osób pyta ją, czy jest Rosjanką, doprowadzając ją tym samym do szału (gdyby ktoś nie wiedział jakie jest nastwienie Ukraińców do Wielkiego Brata, chętnie skontaktuję go z Nadją:-) Nie jest Rosjanką i rosyjski nie jest jej językiem ojczystym. Mało tego - po rosyjsku mówi z obcym akcentem - ukraińskim...

W tym wypadku potoczna polszczyzna w sposób przez użytkowników niezamierzony i nieuświadomiony oddaje jej rację: w dawnej polszczyźnie "ruski" to ukraiński, nie rosyjski.

15:12, haneczka14 , Języki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2007
Obrazki z Centrum W.H. Miasta

Moja praca mieści się przy eleganckiej ulicy w Centrum Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, na nastym piętrze budynku z początku ubiegłego wieku. Od stacji kolejki podmiejskiej idę spacerkiem kilka minut, z rozwianym włosem biegnę mniej niż kilka minut. Po drodze mijam bezdomnych na ich zimowych kwaterach - kratach przez które wylatuje ciepłe powietrze z metra. Posiedzą tak do wiosny, kiedy to zrobi się cieplej i będą mogli wrócić na zadbany skwer otoczony najdroższymi budynkami mieszkalnymi w całym stanie.

Czekając ostatnio na windę w wymuskanym holu art deco spotkałam dużego rudego pudla z sympatyczną właścicielką. Pudel miał na sobie fioletowy sweter, co wywołało przychylnie żartobliwy komentarz portiera. Już w windzie właścicielka poczuła się w obowiązku wyjaśnienia, dlaczego ubiera pudla: "ona jest na chemioterapii i straciła dużo sierści". Zrobiło mi się żal chorej na raka suczki i poskrobałam ją po głowie. "Ona nie ma języka" - brzmiała kolejna radosna nowina. No Jurand ze Spychowa, normalnie, tyle, że jeszcze widzi. "To jak pani ją karmi?" - "Najpierw była karmiona przez rurkę, ale teraz nauczyła się tak podrzucać głową, ze rozgotowane kawałki kurczaka od razu wpadają jej do gardła" - i właścicielka demonstruje zarzucając własną czupryną.

Owinięci w kołdry bezdomni i kaleki pudel na kosztującej krocie chemioterapii - produkty jednego i tego samego społeczeństwa, w którym najważniejsze jest indywidualne dążenie do własnego szczęścia.

18:55, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 listopada 2007
Śliskie tory

Jeździłam pociągami w Polsce, jeździłam pociągami w Niemczech, ale dopiero w Hameryce dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak śliskie tory. Paradoksalnie śliskość, o której mowa nie pojawia się zimą i nie ma nic wspólnego z oblodzonymi szynami. Sezon na nią jest teraz - jesienią, a powodują ją opadłe na tory liście. Liście owe, miażdżone przez przejeżdżające pociągi, wydzielają jakaś śliska substancję (bleee) i redukują tarcie na szynach. Kolejarze walczą z tym zjawiskiem za pomocą innych substancji rozprowadzanych po szynach (i nie jest to, zdaje się, piasek:-) ale z jesiennymi opóźnieniami pociągów na skutek poślizgów (tautologia, wiem) należy się liczyć.

Może hamerykański liście są inne niż europejskie i mamy tu do czynienia z fenomenem przyrodniczym, a może tory robią się jesienią śliskie także i w Europie, tylko że tam nikt nie rozwiesza na peronach odpowiednich ulotek informujących. W tym drugim wypadku mamy do czynienia z fenomenem socjologicznym.

17:30, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 listopada 2007
Halloween

W Hameryce nie obchodzi się Wszystkich Świętych. Zresztą rozświetlone milionami ogników cmentarze na których 1 listopada spotyka się wszystkich żywych i zmarłych Krewnych i Znajomych jest specjalnością polską. Podobno nawet zagraniczni etnolodzy przyjeżdżają, żeby ten zwyczaj studiować. Hamerykanie słyszeli jednak najwyraźniej coś o śmierci i jej powiązaniach z późną jesienią, a ponieważ nade wszystko (nade zadumę, nade smutek i nade żałobę) cenią sobie zabawę, rozwinęli tu nową, świecką tradycję, czyli Halloween.

Zaczyna się od przystrajania domów. O ile wszechobecne dynie możnaby jeszcze podciągnąć pod obyczaje jesienne, o tyle podświetlane, wypełniane powietrzem duchy, czarownice i czarne koty jednoznacznie wskazuję na kontakty z zaświatami. W tym roku moi dalsi sąsiedzi wystawili na ganek olbrzymiego (tak ze 3-metrowego) nadmuchanego czarnego kota, wspartego przednimi łapami o nadmuchiwaną dynię o średnicy tak na oko półtora metra. Czy można się dziwić, żę przejeżdżając tamtędy zatrzymałam samochód i otwarłam usta z zachwytu?

31. października, a najczęściej w sobotę dzień ten poprzedzającą, urządza się tu Halloweeen Party. Dom, w którym impreza ma miejsce, ma wystrój trumienny, z każdego kąta wygląda kościotrup, zaciemnione wnętrze wypałnia zielonkawa poświata lub blask świec. Całość opleciona pajęczynami ma robić wrażenie jak najbardziej niesamowite. Ponieważ jest to zabawa w stylu hamerykańskim, tańce są raczej rzadkością, aktywność ogranicza się przeważnie do jedzenia i rozmów. Jedynie dzieci robią użytek z niecodziennej scenografii i pohukując biegają po domu strasząc się nawzajem.

To dzieci są też bohaterami wieczoru Halloween, czyli w wigilię Wszystkich Świętych. Przebierają się w najrozmaitsze, najczęściej strachowo-duchowe kostiumy i z nastaniem zmierzchu chodzą od domu od domu wołając trick or treat! I nastawiają plastikowe halloweenowe pojemniki w które wrzuca się im czekoladki. Jeśli zapomnieliśmy nakupić snikersów i hershey's, nie zapalamy światła nad drzwiami i uduchowiona dziatwa omija nasze lokum. Całkiem małe dzieci robią obchód pod eskortą często także przebranych rodziców, a nastolatki powoli powinny rezygnować z czekoladowych żniw. Największą aktywność obserwuje się między godziną 19 a 20. Później dzieci idą spać.

W Wielkim Hamerykańskim Mieście organizowane są parady wampirów, 31 października sprzedawcy w wielu sklepach noszą kostiumy, na ulicach też spotkać można zmaterializowane duchy właściwie przez cały dzień.

Jest to dość miły sposób na odpędzenie jesiennej chandry. Bo skończyć z niepotrzebną śmiercią jak na razie się Hamerykanom nie udaje: w tegoroczne Halloween, w czasie porannego obchodu zastrzelony został policjant - wszedł do Dunkin Donuts (taki tutejszy rodzaj cukierni) akurat w czasie napadu. Bandyta strzelił do niego uciekając. Nie znaleziono go do tej pory. Był to już trzeci policjant zastrzelony od niedzieli w Wielkim Hamerykańskim Mieście. W tym roku Halloween przypadało w środę...

16:15, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »