Archiwum
sobota, 26 listopada 2005
Indycze święto

Na ostatni czwartek listopada przypada indycze święto. Rodzinną atmosferą, najazdami spokrewnionych hunów i familijnym obżarstwem przypomina nieco polskie Boże Narodzenie. Tyle, że trwa jeden dzień, bo następny, piątek, spędza się, tradycyjnie, na wszelkiego rodzaju wyprzedażach. (Jeśli ktoś nie lubi przepełnionych sklepów i kolejek (sic!), niech omija w ten dzień sklepy szerokim łukiem!!!)

Zostaliśmy w tym roku zaproszeni i poszliśmy w gości do amerykańskiej rodziny bez małych dzieci (czyli nie takiej typowej – o typowych amerykańskich małych dzieciach napiszę kiedyś złośliwą notatkę i wszyscy się na mnie obrażą). Gospodyni jest znajomą Mojego z pracy. Jej mąż, promienny Amerykanin o głosie Toma Waitsa jest moim fanem. Albo raczej fanem mojego ciasta orzechowego, które nieopacznie upiekłam kiedyś na mającą u nich miejsce imprezę grillową. Jak łatwo się domyślić, miałam prawo i obowiązek także i tym razem to ciasto zrobić. Na wszelki wypadek wykonałam dwa egzemplarze (poprzedniego nikomu poza gospodarzem nie było wtedy dane spróbować...) W obszernym amerykańskim domu gościli rodzice gospodyni, bardzo mili ludzie, mama urodzona w Filadelfii z mamy Irlandki i ojca Włocha oraz ojciec, którego rodzice przyjechali tutaj dawno temu z ówczesnej (czyli miedzywojennej Czechosłowacji), oraz brat i siostra pani domu z dziewczyną. Osoby niespokrewnione to ja z Moim i pewna Austriaczka. Po wypiciu piwa i podziobaniu drobnych rzeczy towarzystwo zasiadło do stołu wokół indora. Ziemniaków. Kukurydzy. Szparagów. Zielonego groszku. Brązowego sosu. Sosu z brusznic (borówka brusznica, w pewnych rejonach Południa zwana gogodzami). Popijano wino. Atmosfera była bardzo ożywiona (a z czubów się trochę kurzyło), krążyły opowieści dziwnej treści i śmiechy rozlegały się głośne. Potem była kawa i ciasto: jabłkowe, dyniowe, malinowo-borówkowo-wiśniowe i moje orzechowe (sztuk jedna, sztuka druga została przez pana domu przezornie głęboko schowana), oraz przyniesiona przez Austriaczkę wiśnióweczka.

Towarzyszył nam pies, prawie roczna czekoladowa retrieverka o niespożytej energii, aczkolwiek bardzo dobrze wychowana (w ogóle nie przyszło jej do głowy, żeby żebrać przy stole, dostała swoją kolację i w ramach święta kość nadzianą masłem orzechowym (też nie wiedziełam, że takie rzeczy istnieją!), a tym, co na stole interesowała się o tyle, że na szklanym blacie widać było od spodu odbite ślady nosia...

Obszerność domu najlepiej zaś zilustruje fakt, że w jednym pomieszczeniu wystarczająco było miejsca dla dziesięciu osób oraz biegającego za piłką dużego psa. A pomieszczeń takich było więcej.

Indyk nie taki całkiem typowy, ale bardzo sympatyczny.

21:09, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 21 listopada 2005
Bywalec

Podróż do krajów zamorskich (jeszcze bardziej zamorskich od tych, w których teraz jesteśmy) zakończono. Przywieziono ze sobą dziwne rzeczy i przeze mnie zamówioną herbatę. Herbatę zieloną w trzech rodzajach, w pięknym, zielonym pudełku, przypominającym trochę bombonierkę. Ponadto zielonoherbaciane cukierki. Zwykłe takie landrynkopodobne, tylko że smakują zieloną herbatą. Nie wiedziałam, że można zrobić cukierki zielonoherbaciane, albo w ogóle herbaciane. W tajemniczej puszeczce tajemnicza zawartość. Po otwarciu – acha, suszona trawa morska. Można sobie posypać jedzenie. W tajemniczych torebeczkach tajemnicza zupka w proszku. Po zalaniu wrzątkiem pachnie nagrzanym oceanem i tak też smakuje. Porcelanowy kot z cyklu durnostojka, ale z tabliczką z tajemniczymi napisami w jednej łapie, oraz uniesioną wysoko do góry drugą łapą – to kot na szczęście. Trzeba go było zaraz umieścić poza zasięgiem naszych biegających szczęść. Które zresztą sprawiały wrażenie bardzo zadowolonych, że już nie będą zdane wyłącznie na mnie. Nie, żebym je zaniedbywała, ale zawsze to jedna osoba więcej do obgryzania stóp o trzeciej w nocyJ

Na polu (tj. na zewnątrz dla czytelników z innych rejonów niż Południe) zrobiło się zimno, ale teraz to już nic nie szkodzi. To niesamowite, jak niektórzy przynajmniej, faceci grzeją. Kiedy jechałam odebrać go z lotniska miałam ogrzewanie w samochodzie włączone na cały regulator z nawiewem, a kiedy go już zapakowałam i wiozłam do domu, musiałam nie tylko wyłączyć dmuchawę, ale i temperaturę skręcić na połowę. No i nie muszę już spać z pluszowym Kapitanem Niebieskim Misiem, który w prawdziwym życiu jest termoforem. Ogólnie, życie zmieniło się na lepszeJ

17:42, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (8) »
czwartek, 10 listopada 2005
Lekcja polskiego

Ćwiczymy czasownik "czytać":

- John, co pan czyta?

- Czytam "Wojnę i spokój".

(ang. peace - pokój, spokój)

22:45, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (4) »
środa, 09 listopada 2005
Warsztaty z babcią

Byłam na warsztatach dla nauczycieli niemieckiego. Pojechałam tam z mieszanymi uczuciami, bo prowadzić je miała nauczycielka niemieckiego z 45-letnim stażem (sic!) Wiadomo – nauczyciel z czasem kostnieje i sklerozieje, robi się coraz bardziej nie-na-temat-gadatliwy i ogólnie nieznośny (mnie to też czeka, trudno). Dlatego też bardzo się zastanawiałam, kiedy mnie na tej imprezie szlag trafi.

No i nie tylko nie trafił mnie szlag, ale wróciłam zachwycona i naładowana energią do życia i pracy. Babcia była wprost rewelacyjna. Usystematyzowana, skoordynowana, z poczuciem humoru, doskonale wiedziała, co robi. Jedna z niewielu takich przedstawicielek tego gatunku! Pochodzi z północno-wschodnich (czyli tych najbliższych geograficznie i kulturowo Europie) Stanów, ale od trzydziestu lat mieszka i uczy na Alasce.

Nie wdając się w fachowe szczegóły, opowiem tylko o jednym jej pomyśle. Uczy w szkole publicznej i zdaża się jej, że klasa liczy ponad 40 osób (wiem, dla mnie to też niewyobrażalne, jak kogokolwiek czegokolwiek, a już języka obcego w szczególności, można w takim tłumie nauczyć). Na początku roku dzieli ten tłum na kilkuosobowe „rodziny”: Mayer, Schmidt, Wollman etc. „Rodziny” te razem na niemieckim pracują, przygotowują ćwiczenia, prezentacje, gotują (bo prowadzi też lekcje na których się, mówiąc po niemiecku, gotuje) i wiele innych ciekawych rzeczy, o których nie będę tu pisać, bo nie sami nauczyciele języków obcych mnie czytająJ

Pomysł z wspierającymi się „rodzinami” narodził się w tragicznych okolicznościach. Jeden z uczniów popełnił samobójstwo. Dowiedziała się o tym rano od dyrektora i jej w udziale przypadło zawiadomienie klasy (46-cio osobowej). Przybita weszła do sali i mówi: stało się coś strasznego, Michael Z. się zastrzelił. W klasie zapanowała cisza, a potem uczniowe zaczęli się głośno zastanawiać: a który to był Michael Z.? No i nasza bohaterka zrozumiała, dlaczego ten chłopak nie chciał żyć – codziennie od kilku lat przychodził do szkoły, spędzał tam cały dzień, a koledzy nie znali nawet jego imienia...

Stąd pomysł z „rodzinami” – do przyjaźni nie można nikogo zmusić, ale można stworzyć warunki, w których ludzie będą się wspierać i razem pracować. A już na pewno znać się po imieniu.

20:20, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (10) »
wtorek, 01 listopada 2005
Nowoorleańskie grobowce

Miało być na Wszystkich Świętych o grobach w Nowym Orleanie, to będzie. Zastrzec muszę, że nie wiem, jak to tam teraz po tej powodzi wygląda, ale pewnie nie tak źle, jak wyglądałoby przy konwencjonalnych metodach grzebania zmarłych. Acha, musze też zaznaczyć, że to co napiszę, odnosi się nie tylko do samego miasta, ale i do znacznej części podmokłego stanu Luizjana.

Nowy Orlean leży na kawałku osuszonych bagien w depresji między największą rzeką Ameryki Północnej – Missisipi, a jeziorem Pontchartrain, kolejnym co do wielkości po Wielkich Jeziorach. W każdym razie, gdy się tam w ziemię wbije łopatę, to od razu ma człowiek studnię. Kiedy tam Francuzi dawno temu przyjechali, miasto założyli i chcieli grzebać zmarłych, to mieli utrapienie, bo im trumny z zawartością regularnie na powierzchnię wypływały. Zakopać się nie da, o kremacji nie ma mowy, trzeba było coś z tym zrobić. Rozwiązanie problemu całkiem się zrobiło malownicze i do niedawna można było je zwiedzać, jak bóg da, a partia pozwoli, to jeszcze kiedyś znowu będzie można.

Na cmentarzach są grobowce. Kamienne, wysokie, z przypominającymi katakumby szufladami. Trumny się w te szuflady wsuwa, drzwiczki szczelnie zakleja i one sobie tam są – nie pod ziemią, ale wewnatrz tego naziemnego grobowca. A w Luizjanie jest gorąco. Bardzo gorąco. Kamień się szybko do bardzo wysokiej temperatury nagrzewa. W środku takiego kamienia robi się piec. Rozpalony piec. Po niedługim czasie (roku? dwóch latach?), bez żadnej ludzkiej ingerencji, z tego co włożono do szuflady, zostaje tylko czyściutka garść popiołu. Nie pamiętam już dokładnie, po jakim czasie można szufladę otworzyć i na nowo napełnić, ale jest to tylko kilka lat.

Malownicze były (są?) te nowoorleańskie cmentarze. Najpiękniejszy, La Fayette, w Dzielnicy Ogrodów, można zobaczyć w „Wywiadzie z Wampirem”. Nie, nie będę się zastanawiać, dokąd nowoorleańskie wampiry się teraz przeniosły...

03:18, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (8) »