Archiwum
czwartek, 23 lutego 2017
Olśnienie

Po niemiecku to się nazywa Acha-Erlebnis. Bezcenna chwila, kiedy, nagle jak błyskawica, dociera do nas jakaś prawda oczywista, która do tej pory, z nieznanych przyczyn, nie miała dostępu do naszej świadomości.

Już od jakiegoś czasu planowaliśmy wyjcie na fondue z naszymi nowymi znajomymi. Przybyli tutaj z południowych Niemiec na krótki kontrakt. Poza tym, że interesują się kinem, są przemili i roztaczają, nieczęsty w dzisiejszych nerwowych czasach, spokój, wiemy o nich także i to, że są dość zaangażowani religijnie. Przejawia się to między innymi w tym, że preferują spotkania towarzyskie w piątki, bo niedziela jest dniem, w którym on musi wstać wcześniej niż do pracy, żeby zagrać w kościele na organach. Wiedząc, gdzie znajduje się ich kościół, wydedukowaliśmy, że są luteranami.

Planujemy tę kolację, sprawdzamy kalendarze, w końcu pada propozycja piątku na początku marca. Niepraktykujący, ale wychowany po katolicku Mój, biorąc pod uwagę religijność rozmówców, lojalnie zwraca ich uwagę, że to będzie w czasie Wielkiego Postu. Na co nasz znajomy macha ręką i odpowiada ze swoim dobrotliwym szerokim uśmiechem:

- Dla protestantów to nie ma znaczenia.

No oczywiście! No jasne! Przecież posty nakazane zachowywać i zabaw hucznych nie urządzać, to są przykazania kościelne, czytaj: katolickie i nie po to Luter tezy na drzwiach kościelnych w Wittenberdze przybijał, żebyśmy teraz nie mogli jak ludzie spotkać się na wielkie żarcie w piątek przed Wielkanocą! 

I nie ma się co puszyć, że znam reguły postu w czasie Ramadanu, wiem, na czym polega post w Jom Kippur, nawet o ograniczeniach pokarmowych w hinduizmie mam jakie-takie (bardziej jakie niż takie, ale jednak) pojęcie, jeśli to, że luteranie nie poszczą w Wielkim Poście, było dla mnie, aż takim olśnieniem. Ignorantka. No po prostu ignorantka!

04:04, haneczka14 , Jedzenie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 lutego 2017
Można na nich liczyć

- Wy lepiej nigdzie za granicę nie jedźcie - mówi jeden z Naszych Syryjskich Znajomych. - Jeszcze was z powrotem nie wpuszczą! Wiecie, że zatrzymywali nawet ludzi z zieloną kartą? 

Oczywiście, że wiemy. Czytamy gazety i mieszkamy niedaleko Wielkiego Hamerykańskiego Miasta z Wielkim Hamerykańskim Lotniskiem, na którym, po wydaniu nagłego ukazu marchewkowej władzy, zatrzymywano niczego nie spodziewających się ludzi z legalnymi papierami, i na którym to lotnisku miała miejsce demonstracja przeciwko temu niekonstytucjonalnemu posunięciu.

- Ale, jakby Was na lotnisku nie wpuścili, to lećcie do Kanady i z Kanady samochodem. W ogóle, jakby co, zadzwońcie do mnie, ja po was przyjadę i was przeszmugluję! - obiecuje Nasz Syryjski Znajomy.

- Taaaaak, z całym szacunkiem, ale to byłby pocałunek śmierci - odpowiadam ze śmiechem, ale jego już ponosi wyobraźnia Semiramidy:

- Albo jeszcze lepiej, wezmę konie i konno przejedziemy z Kanady przez zieloną granicę!

Najbardziej niepokojący przy tej wypowiedzi jest błysk w czarnym oku, z którego wyczytuję, że "jakby co" to faktycznie można na niego i jego konie, liczyć.

sobota, 11 lutego 2017
Gdzie te czasy, gdy nic tak nie plamiło honoru jak atrament?

 Stałam się obiektem hejtu. Na SMSową na szczęście tylko, skalę. Kobieta z naszego działu, którą szefowa na początku stycznia, po długich boleściach, wywaliła z roboty, stwierdziła wczoraj, ni z gruszki, ni z pietruszki, że należy mnie poinformować o tym, jak nędzną jestem kreaturą. Zrobiła to za pomocą kilkunastu SMSów, wysyłanych mi w przeciągu popołudnia. Pierwszy z nich mnie, nie ukrywam, dotknął, bo nie tylko nie uważam, żebym ponosiła jakąkolwiek odpowiedzialność za niepowodzenie zawodowe mojej byłej koleżanki, a wręcz przeciwnie, gdy jeszcze u nas pracowała, starałam się, w miarę możliwości, łagodzić napięcia i, namawiając otoczenie na cierpliwość, wierzyłam, że wszystko jakoś się ułoży. Po przeczytaniu tego SMSa najpierw opanowałam nagły skok ciśnienia, a potem, powtarzając sobie: zen-kurwa-zen - odpisałam uprzejmie mojej byłej koleżance, że przykro mi czytać tę wiadomość, bo ja życzę jej dobrze.

To, co nastąpiło później, zdecydowałam się już ignorować. Wnosząc z coraz bardziej obraźliwej treści kolejnych SMSów, taktyka puszczania jej wypowiedzi mimo uszu, jeszcze bardziej czarującą tę osóbkę po czterdziestce, rozsierdziła. Gdy po dwóch z górą godzinach wylewania na mnie elektronicznej żółci, przyczepiła się do tego, że nie odpowiedziałam jej na bożonarodzeniowego SMS-a, czyli że jako Europejka nie umiem się zachować, uznałam sprawę za wartą chichotu z jednej, a heroicznej obrony Starego Kontynentu, z drugiej strony, i przesłałam jej lakoniczne spóźnione życzenia wesołych świąt od całej Europy, okraszone uśmiechniętym emotikonem. Jak można było przewidzieć, w odpowiedzi dowiedziałam się, że jestem kanalią. Na tym SMSy się skończyły, bo pewnie musiała dać dziecku jeść, albo jej facet wrócił z pracy i trzeba było poudawać osobę zrównoważoną psychicznie. Ja zadbałam zaś o to, żeby po owej cennej wymianie myśli, już więcej telefonicznej korespondencji od niej nie dostawać, blokując jej numer telefonu w swojej komórce.


Tyle co do faktów. Ponieważ jednak wszystko jest ostatnio polityczne, mój złośliwy komentarz też taki będzie:

No i jak Hameryka ma wrócić do dawnej świetności, gdy włoscy imigranci w trzecim pokoleniu (moja szefowa), za pozwoleniem indyjskich imigrantów w drugim pokoleniu (dyrektor całej fabryki), trzymają w pracy (będącej filią niemieckiego przedsiębiorstwa) niewychowaną Europejkę, a miłą blond Hamerykankę wyrzucają na bruk??? A przecież ta Hamerykanka nawet nie jest - no albo do tej pory w każdym razie nie była - wyborczynią trampka!

21:35, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »