Archiwum
niedziela, 28 lutego 2016
Zawieja w Michigan
Jadę do Detroit. Mam reisefieber spowodowany logistycznym wymiarem planu. Nigdy tam jeszcze nie byłam, a mam zalecieć, wynająć samochód, zajechać do podmiejskiej miejscowości, w której mam przeprowadzić międzykulturowe szkolenie, pojechać do hotelu, rano oddać samochód, wsiąść w samolot i wrócić do domu. Wszystko, łącznie z hotelem, który mi zarekomendowano, zarezerwowane. Jedynym sposobem na opanowanie zbliżającego się napadu paniki jest rozłożenie myślenia o wyprawie na pojedyncze kroki - teraz jadę na lotnisko i wsiadam w samolot. O wypożyczeniu samochodu pomyślę, jak już wyląduję w Detroit. A jak będzie zawieja? Michigan znane jest z ostrych zim nie tylko dzięki Stachurze*. Ugrzęznę gdzieś w środku niczego i zaginęła babka w Czechach! Na szczęście prognoza pogody jest wręcz nietypowa jak na luty. Ma wiać, owszem, ale zapowiadana temperatura to 10 stopni Celsjusza. 
W wypożyczalni samochodów dają mi do wyboru forda albo coś dalekowschodniego. Nie jestem fanką fordów** , no ale jestem w Detroit. Forda poproszę. Focus jest nowy i ciemnoszary. Rzuca się w oczy fakt, że to nie Włosi projektowali karoserię. Wsiadam. Ruszam, jadę powodując się GPSem. Wiatr wieje, słońce świeci, gadam do siebie powtarzając na głos numery zjazdów z autostrad. Płasko, długo, daleko, drogi szerokie, zawsze przynajmniej o pas szersze niż w moich okolicach, wydaje się, że kompletnie bez zakrętów. Zjeżdżam z autostrady. Lokalne drogi mają poetyckie nazwy: 10 Miles Road, 7 Miles Road itd. Docieram na miejsce - mała mieścina, chciałoby się powiedzieć przytulna, ale główna ulica prosta jak drut, ma tam też cztery pasy szerokości. Ale są przejścia dla pieszych. Znajduję parking i cztery razy się obracam, żeby zapamiętać, gdzie to moje, wyglądające jak wszystkie inne tutejsze auta, zaparkowałam.
Po programie odnajduję je bez problemu. Już jestem wyluzowana, nawigacja tu jednak łatwiejsza, niż myślałam, a ludzie bardzo mili. Okna w tym aucie to jednak jest porażka - bardzo wąskie, a kierownica tak wysoko, że muszę zadzierać do niej ręce. Czuję się jak kurdupel za kółkiem (przy moim ponad metr siedemdziesiąt wzrostu to jednak nowość) - ledwo cokolwiek widzę. Jeszcze se tylko kapelutek powinnam ubrać*** Próbuję znaleźć wajhę do obniżenia kierownicy, bo mi omdlewają ręce. Bez skutku. Hm, to może z siedzeniem da się coś zrobić? Bingo! Siedzenie można podnieść do góry! Ostrożnie, żeby nie wybić głową dachu...
W foyer hotelu głośno, eleganckie towarzystwo, po drodze z parkingu widziałam czerwone podeszwy kilkunastocentymetrowych szpilek. Na sofie dwie damy w wieczorowych sukniach przyciągają wzrok szkarłatem ostrzyżonych na zapałkę włosów. Kilka odświętnie ubranych osób zajmuje pobliskie fotele. Zwalniam i zupełnie naturalnie okrążam je zmierzając w kierunku recepcji. Z przodu okazuje się, że dwie rosłe czerwonowłose damy to faceci.
Hotel urządzony jest ze smakiem (a nie na modłę tak często tu spotykanego "późnego rokokoko"), ma galerię sztuki, a w restauracji karta dań jest na iPadzie.   
Rano bez problemu oddaję auto, jem śniadanie na lotnisku i lecę do domu. Wycieczka dająca poczucie kontroli nad życiem i rzeczywistością, którego tak brakuje, gdy czyta się wiadomości z Polski. 



*Edward Stachura: "Tobie, albo zawieja w Michigan"
** Mieliśmy kiedyś mustanga i po dwóch latach przerdzewiało mu podwozie.
*** Gwarowo na południu Polski człowiek ubiera nie tylko siebie lub dzieci i drzewko (choinkę), ale także ubranie, buty i nakrycia głowy.
Tagi: Detroit
16:23, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (1) »