Archiwum
niedziela, 26 lutego 2012
Pogrzeb po hamerlandzku
Gdy w grudniu byłam w kościele na koncercie Haendla, nie wiedziałam, że dość szybko tę samą świątynię w o wiele mniej radosnych okolicznościach odwiedzę. Bliskiemu koledze zmarła matka, trzeba więc było oddać ostatnią posługę. Że rodzina irlandzka, to obrządek katolicki, czyli że wiedziałam, jak się w którym momencie zachować (wstać, siąść, przeżegnać, przekazać znak pokoju, tudzież nie podążyć za tłumem spieszącym do komunii).
Zmarła miała wielką rodzinę (samych dzieci, jak przystało na irlandzkich Hamerykanów - sześcioro) była osobą bardzo aktywną społecznie i znaną w okolicy, toteż odprowadzać przyszło ją około 300 osób. Już na dwie godziny przed mszą opactwo, w którym od wielu lat się udzielała, otwarło wnętrze kościoła przed krewnymi i znajomymi. Większość skwapliwie z tego skorzystała, bo kiedy na
20 minut przed mszą (wbito mi w głowę w młodości, że pod żadnym pozorem nie wolno się spóźniać na pogrzeby) otwarłam drzwi do przybytku bożego, to jakbym do knajpy w sobotę wieczorem wchodziła. Proszę mnie źle nie zrozumieć - nie mam na myśli zapachów, tylko decybele: powitania, uściski, poklepywania po plecach, rozmowy prowadzone bynajmniej nie zniżonym tonem, niczym nieskrępowane wybuchy perlistego śmiechu... 
Usiadłam sobie cichutko w przedostatniej ławce. Wychodząc z domu zrezygnowałam z szalika w czarno-czerwone prążki, ze względu na ten czerwony kolor. Niepotrzebnie - sama naliczyłam trzy krwistoczerwone swetry (kościół ogrzewany, więc większość ciepłokrwistych Hamerykanów pozdejmowała płaszcze i kurtki), jeden wściekle różowy i jeden bardzo blado łososiowy. Nawet osoby ubrana w ciemne kolory były, no właśnie, po prostu ubrane w ciemne kolory, ale mógł to być i ciemnoniebieski (nie mylić z granatowym) i ciemnobeżowy...
Potem zaczęła się msza, urozmaicona, bo zamiast kazania było wspominanie zmarłej - ksiądz i kilka innych osób mówiło o niej w sympatyczny, nie pozbawiony humoru sposób. Ponieważ KK dopuszcza kremację, nie było trumny, tylko gustowne pudełeczko pod dużym bukietem kwiatów. Po mszy nie nastąpił wspólny przemarszu na pobliski cmentarz, tylko ksiądz ogłosił, że rodzina prosi na lunch (pora była obiadowa) i żeby podążać za osobami wskazującymi drogę do refektarza.
Irlandzką stypę musiałam sobie jednak darować, no bo kto by mnie potem odwiózł do domu???
 



*Oboczność południowopolska - nie poprawiać, bo jest dobrze!
22:24, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2012
Wielbłąd
Tak jak wszyscy, spieszy rano do pracy. Widzę ją kilka kroków przed sobą, jak stukając czarnymi czółenkami nerwowo stawia krzywawe nogi w bladych rajstopach, wystające spod czarnej, prostej, kostiumowej spódnicy do kolan. Krój ciemnej góry pozostaje nierozpoznawalny, bo zniekształcony przez zwisające z ramion torebki i torby. Aż trudno uwierzyć, że o godzinie 8:30 rano taszczy ich ze sobą aż cztery. Analizując od prawej strony: dwie to damskie torebki, jedna mniejsza - z nią pewnie wyjdzie na lunch, druga znacznie większa - w niej mieszczą się gwarantujące przetrwanie dnia szpargały, których mniejsza jak widać nie przyjmuje. Z lewego ramienia, na dłuższym pasku i przesunięta do tyłu tak, że jeździ jej po pośladku w rytm niespokojnych kroczków, zwisa duża czarna torba, mogąca zawierać laptop. Nieco nad nią i bardziej z przodu przewieszona jest czwarta, z której nasza biurowa elegantka też najwyraźniej nie może zrezygnować. 
Minęło sporo czasu od kiedy w Polsce prowadziłam obserwacje uczestniczące tłumów spieszących do pracy - czy w międzyczasie kobietom przebywającym na ojczyzny łonie też wyrosły po trzy dodatkowe torby, czy też pamięć targania siat z zakupami skutecznie je od tego chroni?
18:35, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
niedziela, 12 lutego 2012
Wielki Jak świat Sklep Ze Sprzętem Fotograficznym i inne światy
Pewnego piątkowego południa przybyliśmy do Ogromnego Hamerykańskiego Miasta aby spędzić tam weekend. W planach było m. in. nabycie kilku gadżetów do aparatu fotograficznego. Oprócz wielu imponujących sklepów rozsianych wzdłuż Szerokiej Drogi, W Ogromnym Mieście znajduje się Wielki Jak świat Sklep Ze Sprzętem Fotograficznym, w którym zamawialiśmy już kiedyś coś przez Internet, ale nigdy nie odwiedzili w realu. Tym razem tam właśnie skierowaliśmy swe kroki. Miły pan w hotelu poradził nam nie zwlekać, bo to piątek, a sklep żydowski, więc niedługo zamkną na szabas. No na pewno - dopiero kończy się pora obiadowa (dochodzi druga), a ten tu mówi o zamykaniu na wieczór!
Wielki Jak świat Sklep Ze Sprzętem Fotograficznym zajmuje kilka poziomów. Zaraz po wejściu oślepia nas jaskrawe światło, ogłusza rejwach i dezorientują płynące we wszystkich kierunkach strumienie ludzi. Po chwili dociera do człowieka, że na parterze znajdują się właściwie tylko kasy i należy udać się na wyższe pietra. Na kolejnych kondygnacjach światło jest równie mocne, gwar XXL nie cichnie, a krzątanina nie maleje. Zmysły powoli jednak przyzwyczajają się do atakujących je ze wszystkich stron bodźców i człowiek zaczyna dostrzegać otoczenie. Przypomina ono senne marzenia zwariowanego fotografika: aparaty, obiektywy, lampy, stojaki, baterie, obudowy, torby, papiery, drukarki, komputery, fotograficzne gadżety najnowszej generacji, ale także klisze, filmy i aparaty dla tradycjonalistów. Wydawało się, że nie w ludzkiej mocy jest nawet pobieżne się w tym wszystkim zorientowanie.
A przecież obsługa doskonale się w tym wszystkim porusza. Wśród tej całej futurystycznej aparatury i bajerowatych gadżetów. Tego, co do robienia zdjęć potrzebne i tego, co przydatne. Oraz klientów, z których natychmiast wyławia takiego, co to się zagubił i potrzebuje skierowania na właściwe tory. Po skierowaniu zaś na właściwe tory doradza kompetentnie, szybko, uprzejmie i niezwykle wydajnie. Zamówienie wklepywane jest w komputer i przesyłane na dół, gdzie po zapłaceniu (rachunek też automatycznie przesyłany jest do kas) odbiera się zapakowany towar przed wyjściem. Wszystko nie trwa ani chwili dłużej, niż to absolutnie konieczne. Zwłaszcza w piątek. 
Sprzedawców jest bardzo wielu i zdecydowana ich większość, to mężczyźni. Wszyscy w jarmułkach, z pejsami, niektórzy w chałatach, spod wielu kamizelek wystają cicit, czyli po naszemu cycełe. Ruszają się szybko, mówią dużo i głośno, i doradzają, obsługują, sprzedają, sprzedają, sprzedają... Na metalowych plakietkach, zwyczajem hamerykańskim, każdy ma wypisane imię. W pewnym momencie zaczęłam czatać wszystkie te śmigające dookoła plakietki i otoczyli mnie wszyscy prorocy Starego Testamentu. 
Gdy już wybraliśmy, co trzeba, pożartowali z młodym sprzedawcą o kruczoczarnych pejsach, który w niewiarygodnym tempie wklepał wszystko w komputer i w ciąglu pół sekundy wydrukował nam potwierdzenie zamówienia, objęłam wzrokiem całą tę wielką salę. Wyglądało to trochę jak scena z giełdy w "Ziemi Obiecanej". Albo niektóre obrazy z "Lalki". Mój stał obok z ciągle jeszcze lekko rozchylonymi ustami. Czy ty wiesz, że jedna-trzecia Warszawy tak kiedyś wyglądała? - Nasunęło mi się historyczno-antropologiczne skojarzenie.
Po uiszczeniu należności u pani przypominającej Gołdę Tencer w młodości, odebraliśmy torby u uwijającego się jak w ukropie wśród coraz to nowych, zjeżdżających z góry reklamówek towaru, wyrostka o ledwo kiełkującej brodzie i wyszli na ulicę, jakby wracając z innej planety.
Idąc spacerkiem (czyli prawie biegiem, bo trudno w Ogromnym chodzić powoli), wymienialiśmy uwagi na temat doświadczonego właśnie kontrastu najnowszej techniki i konserwatywnego tradycjonalizmu.  Nie zdążyliśmy jeszcze całkowicie ochłonąć z wrażenia, gdy na skrzyżowaniu podszedł do nas młody chasyd w czarnym cylindrze i z przemiłym wyrazem twarzy zapytał Mojego, czy jest Żydem.  Mój, (który jest Niemcem) zgłupiał tak dalece, że by zyskać na czasie, poprosił o powtórzenie pytania. Gdy okazało się, że jednak dobrze usłyszał, udzielił zgodnej z prawdą odpowiedzi przeczącej. Chasyd ukłonił się i poszedł dalej a Mój "został się stać" z ponownie rozdziawionymi ustami.
- No co, nikt cię nigdy nie pytał, czy nie jesteś Żydem? - Zapytałam, nieco zdziwiona jego zaskoczeniem.  
- No skąd! A ciebie?
- Pewnie, że tak. Co jakiś czas, w różnych kontekstach, nie zawsze tak przepełnionych przyjazną nadzieją na nawrócenie odłączonej (czyt. zeświecczonej) owieczki, jak to właśnie miało miejsce, ale zdaża się to od dawna.
Z czego Mój wysnuł pochopny wniosek, że miły lubawicki chasyd tak w gruncie rzeczy to ze mną chciał porozmawiać... 
23:35, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 lutego 2012
AA
A. Nie pije od sześciu lat. Pracował kiedyś w hamerykańskim sklepie z alkoholem. Opowiada o stałych klientach:
- Pierwszy raz przychodzą rano, zaraz po otwarciu i kupują małpeczkę.* Potem tak koło południa, jeszcze przed lunchem, drugą. No i później po południu, pod wieczór, znowu. Nowi sprzedawcy zawsze się dziwią, czemu nie kupią od razu rano większej flaszki, żeby mieć na cały dzień? Ale to tak nie działa. Jak kupią więcej na raz, to całą flachę od razu wypiją i nie będą mogli przez resztę dnia udawać, że są trzeźwi. A życie takiej osoby to ciągła żonglerka: tu się napić, a tam odebrać dzieci ze szkoły, zrobić zakupy i sprawiać w pracy wrażenie, że funkcjonuje się normalnie.  No i przez jakiś czas się udaje.
- Najśmieszniej było, jak spotykałem ich na niedzielnych spacerach z żonami. Widzą mnie, więc się kłaniają, ale za chińskiego boga nie mogą sobie przypomnieć, skąd mnie znają. Chcą mnie jakoś w swoim życiorysie umiejscowić, a tu głupia sprawa, bo taka żona często o zaawansowaniu nałogu nawet nie wie. Usiłuję więc zbyć ogólnikiem, ale nie, zatwardziały jeden z drugim, boi się, że to początek oczywistej utraty kontroli nad własnym życiem i za punkt honoru sobie obiera, żeby sobie przypomnieć, gdzieśmy się poznali. Gdy już nic nie pomaga, wykrzykuję: Chodziliśmy razem do szkoły! i oddalam się czym prędzej, bo na oko widać, że jest między nami tak z piętnaście lat różnicy. 

* Butelka o niewielkiej zawartości, może być około ćwierć litra

03:32, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (5) »