Archiwum
niedziela, 24 lutego 2008
Ręce opadają

Wszyscy słyszeliśmy podobne historie, wydaje mi się, że szczególnie obfite były w nie lata osiemdziesiąte i kraje pewnego bloku, ale oko w oko z bohaterem takiej opowieści stanęłam dopiero teraz. Zadziwiające jest to tym bardziej, że mamy już inne tysiąclecie, a sam zainteresowany nigdy z owym blokiem nic wspólnego nie miał.

Jest w okolicach pięćdziesiątki. Żonaty, troje dzieci. Pochodzi ze Stuttgartu. W rodzinnych stronach mieli z żoną firmę zajmującą sie organizowaniem różnego rodzaju wystaw. Artystyczne zacięcie widać zresztą po kształcie oprawki okularów, butach i podręcznym naramiennym worku. Z jakichś powodów, chcieli rodzinną Szwabię opuścić. Rozważali Kanadę, do głowy przyszła im Polska, ale zanim podjęli ostateczną decyzję, przyszła wiadomość, że żona wygrała Zieloną Kartę i Hameryka zaprasza. Sprzedali więc wszystko, co mieli w Niemczech i pełni ufności w świetlaną przyszłość przefrunęli nad Atlantykiem. Wierzyli, że z ich doświadczeniem, umiejętnościami, papierami wszystkie drzwi w Hameryce będą im stały otworem.

Nie trzeba było wiele czasu, żeby przekonać się, że z ich doświadzeniem, umiejętnościami, papierami, a przede wszystkim oczekiwaniami, wszystkie drzwi w Hameryce są przed nimi zamknięte. I oto są już tutaj od piętnastu miesięcy. Mieszkają na północno-wschodnim krańcu Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, gdzie co prawda nikt nie strzela, ale jest to jedyna zaleta tej depresyjnej dzielnicy, przy której Osiedle Za Żelazną Bramą w Warszawie to szczyt osięgnięć architektonicznych, dobrego gustu i optymizmu przelanego w beton. Żyją z oszczędności, z pieniędzy pochodzących ze sprzedanego dorobku życia w Stuttgarcie. On dostał bardzo prostą i nie bardzo płatną pracę w dużym muzeum, ona jest akurat w Niemczech, bo musi poddać się operacji, a nie mogą sobie na nią w Hameryce pozwolić. Może by tak wrócili do domu, póki jeszcze nie stracili wszystkich pieniędzy? No ale jak to tak teraz wrócić do Stuttgartu, gdy dumnie pożegnało się wszystkich, żeby zacząć Nowe Wspaniałe Życie?

Komentarz Mojego: dumm geboren und nichts dazu gelernt (w wolnym tłumaczeniu: jaki stary, taki głupi...)

22:17, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »
środa, 06 lutego 2008
Z North Face nie ma żartów

Pewien mój kolega Niemiec, mieszkający aktualnie w Hameryce, postanowił wysłać swemu bratu nad Renem upominek. Nie licząc się z kosztami nabył drogą kupna kurtkę firmy The North Face, zrobił zgrabną paczuszkę i wysłał za ocean. Nie minęło czasu wiele, brat w Reichu otrzymuje wezwanie do okręgowego urzędu celnego. Chwyta za telefon, dzwoni na podany na wezwaniu numer aby dowiedzieć się, co się za owym urzędowym działaniem kryje. Pani po drugiej stronie lini rozmawia z nim jak z przestępcą. Czy często otrzymuje tego rodzaju przesyłki? I czy zdarzyło się mu już wwozić towary nielegalnie?!

Widząc, że przez telefon sprawy nie wyjaśni, bierze wolne z pracy (urzędy celne nie pracują przecież wieczorami, ani w weekendy) i idzie. Najpierw musi odczekać swoje, bo panowie kończą kontrolowanie paczki faceta,  który był przed nim w kolejce. Schodzi im tak ze trzy kwadranse. Wreszcie proszą kumplowego brata. Najpierw ma poświadczyć, że zamówił przesyłkę w firmie wysyłkowej w USA. Oczywiście nie zamawiał, a już na pewno nie w żadnej firmie! Proszą go, żeby otworzył paczkę. “Acha! Kurtka!” Wykrzykuje celnik. Następnie czyta załączoną kartkę z pozdrowieniami. “Acha! The North Face! To nie jest tania rzecz!” Celnik wystukuje coś w komputerze. Drukarka wypluwa kilka drobno zapisanych kartek. Celnik uważnie je studiuje i zakreśla markerem co ważniejsze kawałki. Następnie, z pomocą dwóch innych celników, dokładnie sprawdzają, czy każdy szew jest w odpowiednim kolorze i czy guziki odpowiadają standartom, czy wydrukowane na metkach kody faktycznie zgodne są z wytycznymi firmy The North Face podanymi na wydruku. Wreszcie pada stwierdzenie: „Najprawdopodobniej kurtka jest oryginalna”.

Najprawdopodobniej. Na sto procent wykluczyć podróbki nie można. Dzwonią do urzędu celnego we Frankfurcie nad Menem. Oooo, przez telefon też nie się nie da wykluczyć fałszerstwa. Trzeba kurtkę do Frankfurtu przesłać. Jak długo to potrwa, chce wiedzieć kumplowy brat. 10 do 20 dni. Czy w takim razie urząd we Frankfucie mógłby przesłać mu kurtkę do domu po zweryfikowaniu jej prawdziwości. Jak najbardziej, prosimy w tym celu dokładnie wypełnić te trzy formularze. Kumplowy brat dziękuje i odmawia...

21:10, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (4) »