Archiwum
sobota, 30 stycznia 2016
śnieg po pas
Myślałam już, że w tym roku śniegu nie będzie. Założenie to oparłam na fakcie, że późną jesienią kupiliśmy sobie rakiety (do chodzenia po śniegu, nie latania w kosmos), no a wiadomo, że jak człowiek ma ze sobą parasol, to nie pada deszcz. W zeszłym tygodniu jednak zapowiedziano śnieg, a w miarę zbliżania się weekendu, prognoza robiła się coraz poważniejsza. W czwartek pojechałam na zakupy, bo okazało się, że w piątek możemy nie zdążyć przed śnieżycą, a padać ma też przez większą część soboty.
Wtedy to właśnie w wielkim hamerykańskim supermarkecie ujrzałam coś, co, jak na tutejsze realia, najbardziej było zbliżone do kolejki za mięsem. Przed ladą z wędliną stało na raz mianowicie około dziesięciu osób!
W piątek nie zaczęło padać aż do późnego wieczora, ale w sobotę obudziliśmy się w kurniawie. Wiało i padało, wiało tak mocno, że padało w poprzek, a gdy w pewnym momencie spojrzałam w okno, zobaczyłam śnieg lecący do góry. O odśnieżaniu nie było mowy, bo na polu* nie można było oddychać, jeżeli nie stało się tyłem do wiatru, a łopatę ustawioną pod kątem 90 stopni do jego kierunku wyrywało człowiekowi z ręki. I tak było przez dwanaście godzin. W niedzielę na błękitne niebo wyszło słońce i mogliśmy rozkoszować się bezwietrzną pogodą, zaspami wokół domów i drogą dojazdową zasypaną na dobre pół metra. Za dużo jak na pług, więc po południu przyjechała koparka i zaczęła ten śnieg przerzucać z ulicy do ogródków. Do wieczora odkopała jeden pas jezdni i uformowała góry śniegowe na półtora do dwóch metrów po obu jego stronach. W poniedziałek ludzie, w zależności od stopnia odkopania miejsca zamieszkania i napędu w samochodach pojawili się, bądź nie, w pracy. Szkoły były zamknięte. Dalszą część usuwania śniegu służby drogowe pozostawiły w dużej mierze pogodzie (odwilży), zupełnie nie przejmując się takimi drobiazgami, jak ponad metrowe góry śniegu nagle blokujące jeden z pasów jezdni, poza tym odśnieżony.
W poniedziałek zobaczyłam też po raz pierwszy w Hameryce kilka pustych półek w sklepie spożywczym - wykupili mleko i mąkę! Kiedyś już słyszałam, że jak tu zapowiadają klęski żywiołowe i ludzie rzucają się do sklepu, żeby nakupić jedzenia, to największą popularnością cieszy się właśnie mleko, mąka i jajka. Żeby na śniadanie w dzień Armagedonu móc zrobić sobie placuszki.** 

*   oboczność południowopolska 
** pancakes, nie mylić z crepes - naleśnikami. Pancakes robione       są z dodatkiem sody lub proszku do pieczenia i podawane na         śniadanie z syropem klonowym.
15:08, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 stycznia 2016
Zanim przyjdzie wiosna
Ja wiem, że na wiosnę trawa sama rośnie. Ale póki co, zima się zaostrza. Żeby więc nie ulec temu, co Hamerykanie nazywają  cabin fever, czyli mało komfortowym stanem psychofizycznym, spowodowanym przebywaniem przez dłuższy czas w zamkniętych pomieszczeniach, z dala od świeżego powietrza, należy chodzić na spacery. W sobotę będzie okazja zrobić to w miłym towarzystwie
niedziela, 03 stycznia 2016
Permanentna inwigilacja!!! - no, skąd ten cytat?
Nie chcę, żeby dzielnicowy albo pracownicy innych służb, bez nakazu sądu, w każdej chwili, według swojego widzimisię, mieli dostęp do e-maili mojej rodziny i przyjaciół w Polsce, do wiadomości o posiadanej, nie posiadanej, przelewanej i pożyczanej gotówce, zapisanych na kontach bankowych, oraz do wszystkich stron internetowych, jakie moi bliscy, a także zupełnie mi obcy ludzie w Kraju odwiedzają, a może i do wszystkich wiadomości zapisanych w ich komputerach - https://secure.avaaz.org/pl/petition/Sejm_RP_Wladza_pragnie_przeswietlic_nasze_zycie_i_nasze_komputery/?njexbkb