Archiwum
niedziela, 11 stycznia 2015
Skrzywienie zawodowe

Rozmawiałam z naszym grafikiem o zwlekaniu i przesuwaniu na później. On zwleka z malowaniem obrazów, a ja z pisaniem (m.in. bloga). W jego przypadku powodem są ograniczone warunki mieszkaniowe, w moim – że po ośmiu godzinach w pracy przed komputerem nie bardzo chce mi się włączać komputer w domu. No i jak można się było spodziewać, dał mi prostą radę, żeby pisać ręcznie, na papierze. Dodał jednak nowy pomysł - jednoczesnego ilustrowania tego, co napiszę. Oczywiście – biznesmen będzie namawiał cały świat do robienia pieniędzy, a artysta do malowania. 

17:12, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 stycznia 2015
świąteczne wypieki - piernik

A na święta był piernik. Kiedyś miał to być litewski piernik Neli. Cierpiąc najwyraźniej na zanik pamięci, już tu, w Hameryce kilka lat temu próbowałam, trzymając się najściślej przepisu (Aniela Rubinstein: „Kuchnia Neli”; Wydawnicto Muza, Warszawa 2002; str. 304) popełnić to cudo. Popełniłam, ale błąd. Ciasto pachniało przepieknie. Było dość zwarte, no ale jakie ma być, skoro gotowemu wypiekowi trzeba będzie dać czas, żeby zmiekł, piekąc na dwa lub więcej tygodni przed planowanym spożyciem? Autorka sama przyznaje, że „Piernik jest płaskim ciastem, po upieczeniu tak twardym, że niepodobieństwem wydaje się go ugryźć.” Dopiero po owych tygodniach wchłaniania wilgoci z powietrza ma zmięknąć i rozpływać się w ustach. Toteż, gdy wyjęłam z piekarnika upojnie pachnącą korzenną deskę, zawinęłam ją, jak kazała Nela, w szmatkę i odłożyłam. Stan piernika w ciągu dwóch tygodni nie uległ zmianie. Dalej pachniał przepięknie i nie dawał się ani ułamać, ani pociąć, ani nawet obmuldać (muldać, cyckać - w gwarach południowopolskich – ssać). Cóż, może po drugiej stronie oceanu potrzeba mu więcej czasu? Nie zrażona przyznałam mu prawo do dłuższego mięknięcia na emigracji. Mój pokpiwał sobie z moich dokonań sugerując niezobowiązująco, że może użycie piły tarczowej byłoby tu na miejscu. Ignorant! Nie zna się na piernikach, a na litewskich to już w ogóle! Upłynęły dalsze dwa tygodnie. Piernik nadal kusił zapachem korzennym rodem z tysiąca i jednej nocy i nie dawał się ani pociąć, ani połamać. Pod nieobecność Mojego, żeby zaoszczędzić sobie cyrku z pożyczaniem od sąsiadów piły łańcuchowej, usiłowałam użyć nieco delikatniejszych narzędzi (młotek), ale musiałam skapitulować w obawie przed uszkodzeniem mebli w kuchni. No bo warsztatu z imadłem nie posiadaliśmy. Może można byłoby go rozmoczyć? Tylko, że w tym celu trzeba byłoby go zanurzyć,  a jako ciasto płaskie ma dość dużą powierzchnię i poza wanną nie zmieściłby się w żadne z posiadanych przez nas naczyń...

Skończyło się więc na tym, że z nosem zwieszonym na kwintę musiałam go jednak wyrzucić. Patrząc, jak wysuwa się ze ściereczki i wpada do kosza na śmieci przeżyłam olśnienie. No oczywiście! Przecież ten przepis nie wychodzi! W minionym stuleciu, na innym kontynencie też nie wyszedł! Słysząc, jak aromatyczny kawałek betonu uderza w dno kosza, przypomniałam sobie, jak mój tata, waląc młotkiem starał się rozdrobnić ów stwardniały kawałek cementu tak, żeby można go było niepostrzeżenie (uwaga – sąsiadki mają oczy!) wyrzucić do wspólnego śmietnika, nie narażając się na obmowę spowodowaną niezaprzeczalnym marnotrawstwem cennych składników.

Pieczenie piernika może mieć jednak wynik odwrotny do opisanego powyżej. Pamiętam, jak kiedyś całą rodziną wpatrywaliśmy się bezradnie w szybkę piekarnika, w którego wnętrzu upojnie pachnąca brązowa lawa porcjami wypływa z wnętrza formy i ciężkimi kluchami opada na dno piekarnika. Roznoszący się obłędny zapach szczelinami wdzierał się już do sąsiednich mieszkań, a nam nie pozostawało nic innego, jak mieć nadzieję, że po zakończeniu erupcji tego wulkanu coś jeszcze w formie pozostanie. 

Tagi: piernik
00:59, haneczka14
Link Dodaj komentarz »