Archiwum
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Buenos Aires 3
Jadąc autobusem w Buenos Aires czujemy się jak w domu. Nie widziałam tam co prawda napisów: w czasie jazdy należy trzymać się uchwytów, ale najpóźniej na pierwszym zakręcie dla każdego staje się jasne, że jak najbardziej należy trzymać się uchwytów i to mocno. Część kierowców  to niezrealizowani mistrzowie Formuły 1, a druga część - Rajdu Paryż-Dakar. Ich ambicją jest jechać najszybciej jak się da, błyskotliwie pokonując każdą możliwą przeszkodę. Nawet, jeżeli jest nią pieszy.
Przyzwyczajony do ustatkowanych niemieckich autobusów Mój po pierwszej takiej przejażdżce stał się wielkim fanem taksówek. Z niezrozumiałych przyczyn doszedł do wniosku, że są one bezpieczniejsze.
Komunikacja autobusowa w Buenos Aires przypomina naszą jednakże jedynie do momentu, gdy trzeba kupic bilet i zabraknie nam bilonu. Po pierwsze, bilety kupuje się zawsze wyłacznie w autobusie (czasem, w godzinach szczytu, w celu usprawnienia wsiadania na przystankach wychodzą z autobusu umyślni, czyli rodzaj konduktorów, ale to w gruncie rzeczy też kupowanie w autobusie). Nie można kupić większej ilości biletów na zapas, zawsze tylko ten jeden na dany przejazd. Za bilety płaci się bilonem. Choć znajdujący się w autobusie automat z biletymi w razie potrzeby wydaje resztę, nie przyjmje on jednak banknotów. Nie można jechać na gapę, bo wsiada się tylko przednimi drzwiami i trzeba powiedzieć kierowcy, dokąd się jedzie, żeby mógł wstukać odpowiednią taryfę w maszynę połączoną z automatem z biletami znajdującym się za nim. Następnie idzie się do automatu i wrzuca drobniaki. Nie da się uniknąć płacenia tak, żeby kierowca tego nie zauważył. Nie można też zapłacić bezpośrednio kierowcy (można konduktorom o których była mowa powyżej, ale oni jeżdżą tylko czasami). Słowem - żeby pojechać, trzeba kupić bilet, żeby kupić bilet, trzeba mieć monety. 
A monet w Buenos Aires brak. Nie ma ich wystarczająco dużo w obiegu. Sprzedawcy dwa razy się zastanowią, zanim wydadzą człowiekowi resztę bilonem. Sprawy nie ułatwia fakt, że istnieją banknoty o bardzo drobnych nominałach (np. dwa peso istnieje jako moneta i jako banknot) i bardzo często się zdaża, że portfel wypchany mamy drobnymi pieniędzmi, ale są one papierowe, więc z punktu widzenia użytkownika kumunikacji autobusowej nieużyteczne. 
Cały ten obłęd bierze się stąd, że komunikacja miejska, lub też jej część autobusowa (bo na metro można kupić bilety wielokrotnego przejazdu i płacić za nie, czym się chce) to nie komunikacja miejska. Autobusy nie należą do miasta, tylko do wielu różnych, zupełnie niezależnych przedsiębiorców. To wyjaśnia, dlaczego biletów nie można kupić w kiosku i dlaczego nie istnieją bilety miesięczne na autobus. Nie wiadomo jednakże, dlaczego w istniejącej, jakby nie było dalekiej od monopolu sytuacji, niemożliwe jest zainstalowanie w autobusach automatów przyjmujących pieniądze papierowe. 
Łatwo sobie jednak wyobrazić, że w związku z opisaną powyżej paranoją realna wartość monet może i od czasu do czasu przekracza ich wartość nominalną. Mam na myśli kupowanie monet - ich wymianę za banknoty nominałami je przewyższające. Są to operacje finansowe nieco mniej abstrakcyjne od tych, które na Wall Street doprowadziły do ostatniego kryzysu i ich reperkusje mają zdecydowanie mniejszy zasięg, ale reakcja zdenerwowanego istniejącą sytuacją sytuacją podmiotu gospodarczego jest podobna: przecież ktoś, do cholery, powinien coś z tym zrobić!   
wtorek, 18 stycznia 2011
Buenos Aires 2

A co taka niemalże wegetarianka jak ja ma jeść w kraju pieczonej wołowiny? Ano, to, co włoscy przodkowie Argentyńczyków przywieźli tu ze sobą: sałatki, makarony i pizzę. Nawet w restauracjach specjalizujących się w grilowanym mięsie można tu zamówić kilkudaniowy wegetariański posiłek. Uspokojona, przekraczam próg restauracji. Czytam sobie kartę dań i w celach poznawczych każę mojej argentyńskiej przyjaciółce wyjaśniać, z czego składają się mięsne dania, których nazwy nic mi nie mówią. Dochodzimy do dźwięcznego słowa: morcilla (czyt: morsisza).

-       - Aaaa, to jest taka kiełbasa robiona z krwi... nie każdy to lubi...

Oczy otwierają mi się szeroko: kiszka??? (Po ogólnopolsku – kaszanka. Kiszka jest gwarowym wariantem używanym w miejscu mego pochodzenia.) Od dobrych kilku tygodni, czyli od kiedy w Wielkim Hamerykańskim Mieście zrobiło się zimno, zaczęła za mną chodzić kiszka. Grudzień, świniobicie, kiszka. Z tego ciągu logicznego dane mi było doświadczyć jednakże tylko grudnia. Nie udało mi się zjeść kiszki nawet w niemieckiej restauracji serwującej wszelkiego rodzaju grilowane kiełbaski. A tu taka rewelacja, zupełnie niespodziewanie, ni z tego ni z owego, w środku lata, ci pożeracze krów w pierwszy dzień gościny podsuwają mi kartę dań na której figuruje moje czerniawe marzenie! Oczywiście, że natychmiast ją zamawiam!!!

Wygląda trochę inaczej niż ta znana nam z Polski. Jest bardzo krótka i gruba. W środku wydaje się nie mieć kaszy, jest bardzo delikatna i po rozkrojeniu jej brązowa zawartość niemalże wylewa się na talerz (nie tyle talerz, a deseczkę, z której je się grilowane mięso). Jako zapoznana wegetarianka, mająca na koncie omdlenie na widok wypływającej z leciuteńko tylko upieczonego kawałka mięsa krwi, pilnie przestrzegam, żeby jej się za bardzo nie przyglądać i wcinam aż mi się uszy trzęsą. Smak jest ten sam, albo trochę lepszy, bo nie ma w niej kaszy! Mój, który wziął sobie na spółkę z naszą przyjaciółką jakieś, niesamowicie zresztą smaczne – spróbowałam! – pół krowy, patrzy z lekkim obrzydzeniem.

Z jeszcze większym obrzydzeniem patrzył, gdy ostatniego wieczoru przed wyjazdem zamówiłam sobie podgatunek argentyńskiej kiszki, nazywany morcilla vasca, która w swym krwistym nadzieniu ma również orzechy i rodzynki – pycha!

Po tych i kilku innych doświadczeniach z argentyńskim mięsem twierdzę, że to, co tam pod tą nazwą jadłam, to zupełnie inny produkt niż mięso, jakim dane mi było sycić głód w innych krajach i z jedzenia którego, bez specjalnego trudu, dobrych parę lat temu właściwie zrezygnowałam. Z jedzenia mięsa w Argentynie, mimo dostępnych wszędzie dań wegetariańskich, tak łatwo bowiem zrezygnować się nie da!

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Buenos Aires 1

Koniec grudnia to początek kalendarzowego lata. Poźnym przedpołudniem, na słonecznym balkonie wielkości dużego pokoju, jemy pierwsze po przyjeździe śniadanie. Pijemy mate[1] i jemy dulce de leche[2]. Gdy na otwartym tarasie robi się za gorąco, decydujemy zejść z wyżyn siódmego piętra na spotkanie z miastem.

Ulice w Buenos Aires wysadzane są drzewami. Pocztówki, na których widać miasto z lotu ptaka, nie oddają mu sprawiedliwości. Budynki są wysokie, o wiele wyższe niż drzewa i to, co widać na tych zdjęciach jawi się jak betonowa pustynia. Tymczasem spacerując ulicami idzie się wśród drzew. Nawet słynna kilkunastopasmowa Avenida 9 de Julio (Aleja 9 Lipca) ma po obu stronach szerokie, zadrzewione pasy zieleni. Dobrzy znajomi z południa Europy, wśród których rej wiodą platany, sąsiadują tu z roślinami charakterystycznymi dla Ameryki Południowej.

Ścisłe centrum w środku dnia pracy tętni życiem. Ze skrzyżowania Floridy i Avenida Corrientes widać Obelisk. Wydaje się mniejszy niż na pocztówkach. Wiem dlaczego – przypadkowo udaje się zrobić mu zdjęcie, na którym też wygląda monumentalnie. Już taki jest fotogeniczny. Przed Casa Rosada przybieramy pozy „Don’t cry for me Argentina”. Niedaleko ma miejsce cicha demonstracja weteranów wojny o Malwiny. Idziemy nad rzekę i po spacerze nabrzeżem do Puenta de la Mujer (most kobiety), dziwnie fallicznego w kształcie, decydujemy, że pora na obiad. 

[1] Napar z ostrokrzewu paragwajskiego (llex paraguariensis) pije się w Argentynie jak kawę lub herbatę, choć sposób przyrządzania i podawania jest odmienny.

[2] Krem karmelowy, argentyński odpowiednik nutelli.