Archiwum
sobota, 31 stycznia 2009
Sukces polskiego serialu
Wśród serialowych hitów mojej wczesnej młodości, jakie zażyczyłam sobie w tym roku pod choinkę (Eumol, no jakby to brzmiało: "pod drzewko"???) znaleźli się "Czeterej Pancerni i Pies". Nie liczyłam na to, że na płytach będą jakiekolwiek obcojęzyczne napisy, mile byłam więc zaskoczona, gdy okazało się, że owszem, są napisy: angielskie, niemieckie, rosyjskie oraz... węgierskie! Po powrocie z Kraju oznajmiłam więc Mojemu (który jest Niemcem, no tak, w tym kontekście to ważne, jest Niemcem Zachodnim:-), że jest taki, przesycony komunistyczną ideologią kultowy serial wojenny z lat sześćdziesiątych i czy chce, czy nie, będzie musiał przynajmniej pierwszy odcinek ze mną zobaczyć. Potem może zadecydować, czy chce oglądać dalej, czy mam mu dać spokój. Ponieważ Mój, jak większość facetów, nade wszystko ceni sobie bierne gapienie się w jakikolwiek ekran, zwerbowanie go nie nastręczało szczególnych trudności. Po obejrzeniu kilku odcinków został zadeklarowanym fanem Szarika, a wyjeżdżając ostatnio w podróż służbową zastrzegł sobie, że mam kojenych odcinków bez niego nie oglądać.

Gdy jednak kiedyś określiłam produkcję ową jako serial dla dzieci, zaprotestował gwałtownie: no to zdecydowanie nie jest do oglądania dla dzieci! Cóż, o ile pamiętam, "Czterej Pancerni" pokazywani byli zawsze w Telerankach i innych Sobótkach, no ale w pierwszej chwili zgodziłam się z nim, że faktycznie być może był to bardziej serial dla młodzieży niż dzieci. Gdy jednak chwilę się zastanowiłam, przypomniałam sobie dokładnie, że gdy pierwszy raz oglądałam rzeczoną epopeję, miałam nie więcej niż osiem lat. Wszyscy w mojej klasie ją wtedy oglądali!

Strasznie militarnie was wychowywano! W gruncie rzeczy powinienem być zadowolony, że mnie jeszcze nie zastrzeliłaś! A po chwili dodał: no ale nie mów hop, póki nie przeskoczysz...



22:42, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Byłam daleko, ale już wróciłam II
Na Ojczyzny łonie miło mi było. Przez dwa tygodnie zjadłam około 20 litrów barszczu i dopiero pod koniec pobytu przerzuciłam się na żurek. Ponadto pochłaniałam wszystkie inne przyciężkawe artykuły spożywcze w ilościach ogromnych, żeby odbic sobie za nie wiem już ile lat niebywania TAM w zimie. Krewni i Znajomi Królika stanęli na wysokości zadania i, korzystając z tej urzędowej drogi, oficjalnie wszystkim obwieszczam, że nie, nie wyszłam od Was głodna i wszystko niesłychanie mi smakowało!!!
Cóż, Ojczyzna ma w zimie niebywały wprost urok. Nawet przy tych  minus 15 Celsjusza, jakimi dane mi się było rozkoszować. Pod warunkiem, że nie pojedziemy na przeszywające nas orzeźwiającym zefirkiem prosto z Syberii równiny Mazowsza, lecz rozsądnie zatrzymamy się w jednym lub drugim Mieście Królewskim, które od zimnych wiatrów, tudzież co bardziej porywczych wiatrów historii, odpowiednio są osłonięte. 
Jadąc z mniejszego do większego Miasta Królewskiego zbudowaną za c.k. czasów trasą kolejową i słuchając niepowtarzalnej melodii rozmów tutejszego ludu, po raz kolejny utwierdzilam się w przekonaniu, że miejsce, z którego pochodzę, to może i Jeszcze Polska, ale chyba już Górne Węgry.
W dużym Królewskim otoczył mnie inny akcent i dane mi było odnowić kontakt z europejską kinematografią za pomocą jednego filmu polskiego, jednego czeskiego i jednego niemiecko-polskiego. Otulające nas grubym płaszczem zimy wieczory, spędzałam zaś na piciu alkoholu i (biernym) paleniu papierosów w, ach jakże bliskich sercu, a rodowymi maszynami do szycia, lub też ukrytymi w szafach do następnych pomieszczeń przejściami, zdobionych miejscach. 
Wracając zaś spacerem pod niebem pełnym gwiazd i wietrząc płuca z dymu tytoniowego rześkim powietrzem przetykanym igiełkami mrozu, po raz kolejny doszłam do wniosku, że cywilizowany człowiek nie powinien mieszkać w większej odległości od gospody, niż jest ją w stanie pokonać na własnych chwiejnych nogach. Nie bez znaczenia jest tu też infrastruktura, albowiem co przyszłoby nam z gospody mieszczącej się w pobliżu, gdy po drodze chodnika nie ma i nawet absolutnie trzeźwi spacerowicze narażeni są na natychmiastową śmierć przez przejechanie!

22:55, haneczka14 , Dygresje
Link Komentarze (2) »
Byłam daleko, ale już wróciłam I
Byłam daleko, ale już wróciłam. Na dłuższą metę, to jednak tylko teleportacja rozwiąże moją sytuację. Myślę zresztą, że dane nam będzie korzystać z tego udogodnienia prędzej, niż się w tej chwili ktokolwiek spodziewa. Wystarczy przypomnieć, jaką nowością był w połowie lat dziewięćdziesiątych Internet, i że tylko wyjątkowo technicznie zaawansowane jednostki posługiwały się e-mailem. Zresztą co tam - zwykła rozmowa telefoniczna pomiędzy goszczącą mnie w owym czasie Republiką Federalną, a świeżo odrodzoną Rzeczpospolitą, dochodziła do skutku, albo też i nie, zależnie od tego, czy kierunkowy był wolny. A dzisiaj rozmawiam sobie godzinami z Rodziną (moją, nie Radia Maryja) przez Skypa za frajer. I jeszcze ich widzę na ekranie komputera! Tak więc ja naprawdę wierzę w rychłe nadejście ery teleportacji i nikt tej wiary mi nie odbierze, jak jej nie odebrał urodzonej w Karłowicach na Morawach Annie Czilak, co to wierzyła w maść na porost włosów i po jej użyciu zaczęła porastać. Porastać. Porastać. Tak i ja zacznę się teleportować. 
Oczywiście początki będą trudne i kosztowne, podobnie jak to miało miejsce w przypadku wszystkich innych zdobyczy techniki, ale technologia ta wkrótce się spopularyzuje i będzie sobie można wyskoczyć na weekend, nie tracąc cennego czasu, zdrowia i nerwów na lotniskach i w samolotach.  
Skutek uboczny nie do zlekceważenia: Al-Kaida będzie musiała poszukać sobie innych celów.
19:08, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (3) »