Archiwum
środa, 30 stycznia 2008
Ten akcent...

Jest taki gatunek. Nie bardzo  rozpowszechniony, ale dość uciążliwy. Są w okolicach czterdziestki, tutaj od jakichś dwudziestu lat, dobrze wykształcone,studia kończyły jeszcze tam albo już tu, zdążyły tutaj osiągnąć dobrą pozycję zawodową i... przychodzą do nas po lekcje angielskiego.

Niewiele możemy dla takiej pani adwokat z dyplomem jednego z najlepszych amerykańskich uniwersytetów zrobić. A ona oczekuje cudu. Oczekuje, że pozbędzie się swojego chińskiego albo środkowoafrykańskiego akcentu i zacznie mówić jak WASP (biała, anglosaska, protestancka Hamerykanka). Czy to możliwe? Może i możliwe. W przypadku wyjątkowo zdolnych, niesłychanie pracowitych i bardzo pokornych jednostek. Do pracy nad wymową potrzeba mianowicie dużo pokory: tyle razy trzeba słowa, zdania całe powtarzać, przyjmować do wiadomości, że nie brzmią one jak powinny, słuchać, znowu powtarzać, znowu nie tak, znowu słuchać, powtarzać, słuchać, nie słyszeć, dalej słuchać, wreszcie słyszeć, zaraz potem powtarzać i słyszeć, że we własnym wykonaniu to jeszcze nie tak, ciągle jeszcze nie tak, znowu nie tak...

A przedstawicielki gatunku, o którym mowa czym jak czym, ale pokorą nie grzeszą. Dość naupokarzano je w kraju wyjścia, teraz są na etapie odbijania sobie. Za straconą w Rewolucji Kulturalnej młodość, za niemalże stracone życie, gdy w rodzinnej równikowej Afryce otoczenie dowiedziało się o jej homoseksualnych skłonnościach...

Więc gdyby tę pokorę, o którą ich nie posądzam, cierpliwość i wytrwałość, którą by może i miały, ale praca zajmuje za dużo z ich dnia i na ćwiczenia nie ma czasu, a lekcje ciągle trzeba przesuwać, wyjątkowy talent, który jak do tej pory nie ujawnił się na tyle, żeby zredukować mniej lub bardziej wyraźny akcent, miały, to i tak nie znajdą u nas, czego szukają. Je trzeba posłać do szkoły aktorskiej na zajęcia dykcji i wymowy dla profesjonalistów. My uczymy języka. My nie uczymy, jak stać się inną osobą.

22:43, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Opowieści Mojego Szefa

Dawno temu Mój Szef był młodym człowiekiem i zaczynał karierę sprzedawcy w sklepie meblowym. Klientela była różna, a najczęściej nieszczególnie sympatyczna.

-I wchodzi ta baba w futrze, widać, że zimna od pieniędzy, szpilki stukają po podłodze, do dzisiaj słyszę to "klik klik klik". Podchodzę, otwieram usta, żeby powiedzieć dzień dobry, a ona na mnie nawet nie patrzy, tylko z pogardą odgania ręką jak uprzykrzoną muchę. Ogląda, ogląda te meble potem mnie woła. O cenę ostatniej kanapy z wyprzedaży się targuje. Staram się jak mogę panować nad wyrazem twarzy (jak znam Mojego Szefa, to nie bardzo mu się to udało), odpowiadam na pytania no i ogólnie profesjonalnie się zachowuję. A ta wypytuje o wszystko, przetestowała mnie ze znajomości całego asortymentu normalnie! A coraz to mi udowadnia, że się na niczym nie znam i jestem idiotą.  Ze dwie godziny mnie męczyła, nic nie kupiła, polazła. Przez ten czas mój kolega sprzedał komplet wypoczynkowy młodemu małżeństwu. No a wiesz - w takim sklepie zarobisz tylko, jak coś sprzedasz, myśmy tam na prowizji byli. Za kilka dni szef mi mówi, że baba była rano i żeby przygotować kanapę do wysyłki, bo ją kupiła. Szef ją obsługiwał więc nikt nie dostał prowizji. No to mnie krew zalała na torbę jedną, poleciałem po książeczkę czekową, wypisuję czek na sumę o 30% wyższą niż ta co baba ją ma płacić, rzucam szefowi na stół i mówię: JA tę kanapę kupuję, ona jej nie dostanie!!! Na kij mi ta kanapa, stać mnie na nią nie było, ale się zawziąłem na cholerę, przepłacę, byle ona jej tylko nie dostała!

-I co, kupiłeś tę kanapę?

-Nie, no szef mnie wziął na stronę, obrócił sprawę w żart i wytłumaczył, że tego, co te tyfusy (czytaj klienci) mówią i jak się zachowują, to absolutnie do siebie brać nie można, bo by człowiek nigdy niczego nie sprzedał...

18:04, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Czas zaprzeszły

Ja się tu w Romka Budynka przemienię!* W tytule artykułu "Wyborczej" z zeszłego tygodnia Bush mówi: "Powinniśmy zbombardzować Auschwitz". Cooo? Już mu szajba te niewyżarte alkoholem resztki szarej masy do reszty wybiła i muzeum chce bombardować???

Dopiero w trakcie dalszej lektury okazuje się, że jego wypowiedź odnosi się nie do dnia dzisiejszego, a do czasów II Światowej (Wojny, nie Międzynarodówki). W tym samym wydaniu Wyborczej Dawid Warszawski komentuje rzeczoną wypowiedź używając adekwatnej formy gramatycznej: "Alianci powinni byli** zbombardować Auschwitz".

Czy w tym pierwszym aktykule korekta zawiodła, czy też dzisiejsza polszczyzna naprawdę może obyć się bez czasu zaprzeszłego? Ja tu na obczyźnie, to wypadam z obiegu. Jak ten Romek Budynek...

*Romek Budynek (imię i nazwisko zmienione przez redakcję) był szkolnym kolegą mojego Dziadka. W czasie wojny wylądował w Anglii, gdzie też i pozostał. W latach osiemdziesiątych Dziadek i Romek po czterdziestoletniej przerwie nawiązali kontakt listowny. Zapamiętana z lat trzydziestych przepiękna, poprawna, ale przedwojenna polszczyzna Romka, a zwłaszcza jego o nią natarczywa dbałość, która przejawiała się w korygowaniu "błędów" Dziadka (np: "Człowieku, ty nie mieszkasz na ulicy Kościuszki, tylko przy ulicy Kościuszki!!!!") była powodem poważnych epistolarnych kłótni.

**Podkreślenie moje.

15:20, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (5) »