Archiwum
niedziela, 29 stycznia 2006
Pomieszane języki

Mieszkam w Hameryce, gdy odzywam się do obcej osoby w sklepie, na ulicy, w knajpie, na basenie, gdziekolwiek – odruchowo „włącza mi się” angielski. Mechanizm ten działa także przez jakiś czas, gdy wyjeżdżam z tego cudnego kraju. Podobnie było, gdy mieszkałam w Niemczech – „ustawiony” do rozmowy z obcymi ludźmi niemiecki włączał mi się jeszcze po przyjeździe do Polski. Teraz i w Niemczech do ludzi na ulicy odruchowo odzywam się po angielsku... Z rozmów z wielojęzycznymi przyjaciółmi wiem, że nie jest to tylko moje doświadczenie.

Najbardziej narażonym na wpływy innych języków elementem jest słownictwo. Ojczystym językiem mojej mieszkającej od wielu lat w Niemczech przyjaciółki jest albański. Jest lekarką, szpital ma z niej użytek podwójny, bo w razie potrzeby tłumaczy niekumaszczym pacjentom, co im dolega. Czasem zdarzają się trudności. W rozmowie z pacjentką wyleciało jej z głowy, jak po albańsku jest woreczek żółciowy. Próbowała opisywać, jaki to organ, gdzie ulokowany i jakie spełnia funkcje, ale że nie trafiła na osobę oblataną z biologii, więc nic to nie dało. Ostatecznie chwyciła za telefon i zadzwoniła do matki (która zresztą mieszka w Niemczech od jakichś trzydziestu lat BEZ znajomości niemieckiego). Moja przyjaciółka po albańsku na tematy medyczne mówi bardzo rzadko (stąd problem z woreczkiem), wiem, że zna też turecki, więc zapytałam, na ile udaje jej się podtrzymywać znajomość tureckiego. Z tym nie ma kłopotów, po turecku mówi często, zawsze pogada z pielęgniarkami na oddziale, ma regularne konwersacje na tematy medyczneJ

W obrębie jednego języka też zresztą bywa ciekawie. Widziałam się ostatnio z pewnym naszym niemieckim znajomym. Przeważnie widujemy się wszyscy czworo: jego dziewczyna, on, Mój i ja. Tym razem rozmawialiśmy tylko we dwójkę. Zrobiłam odkrycie – mówił literackim niemieckim z lekkim tylko badeńskim akcentem. Gdy rozmawiamy we czwórkę (wszyscy troje są z Badenii), jego język ma o wiele wyraźniejsze dialektowe zabarwienie.

Mój zresztą też zmienia natężenie gwarowego akcentu i słownictwa w swoim niemieckim, zależnie od tego, z kim i gdzie rozmawia. W większości wypadków robi to nieświadomie.

02:21, haneczka14
Link Komentarze (19) »
środa, 11 stycznia 2006
Hameryka korporacyjna I

Baaardzo duza miedzynarodowa firma, niezle stojaca w notowaniach wszelkich. Wieczorem w knajpie jedna pracujaca tam od kilku lat pani ma dol i zwierza sie drugiej pracujacej tam pani, ze boi sie, ze ja wywala (wywalic powinni byli ja juz dawno, bo za glupia jest na stanowisko, ktore zajmuje). Pani wysluchujaca dobrym jest czlowiekiem, wiec “nasyla” na nia wspolnego szefa (wszystkie osoby w okolicach trzydziestki), zeby ja podtrzymal na duchu. Szef, znany z bezposredniego obejscia, rzuca smiejac sie: - nie boj sie, nikt cie nie wyrzuci, jakbysmy chcieli, tobysmy cie juz dawno wywaliliJ Nastepnie z wlasnej kasy placi za napitki uczestnikow biesiady.

Na drugi dzien wedruje na dywanik. Pani Co To Wczoraj Miala Dol poskarzyla sie w kadrach. I kadry reaguja. Jak mogl sie tak odezwac? Co to za pomysly? To nie jest sposob, w jaki mozna traktowac pracownika! Itd. itp.

Dlaczego kurwy po prostu nie wyrzuca? Bo ona pojdzie do sadu. Pracuje w firmie juz od szesciu lat i do tej pory nikt nic do niej nie mial. Zeby uniknac placenia odszkodowania w wysokosci 300 000 (trzystu tysiecy) dolarow za nieuzasadnione wyrzucenie, firma musialaby udowodnic przed sadem, ze pani jest niekompetenta. A to podobno trudne zwazywszy, ze do tej pory skarg na nia nie bylo. Fakt, firma sama sobie winna, trzeba bylo nierobow (bo takich jest tam niestety wiecej) wywalic juz dawno – zanim sie zasiedzieli i nabrali szans przed ewentualnym sadem.

Czy sie stoi, czy sie lezy… - w krwiozerczym kapitalizmie udaje sie to czasem lepiej niz w panstwie najbardziej opiekunczym…

 

16:06, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 09 stycznia 2006
Hamerykanska zaleta

Jakis czas temu kupilam torebke. Nie uzywalam jej wiele, nie przeciazalam (chyba musialabym tam nosic sztabki olowiu, zeby ja przeciazyc) az tu ostatnio spadla mi z ramienia – pasek sie urwal. Paragon oczywiscie dawno temu wyrzucilam.

W Polsce poszlabym z tym do szewca, zaplacila kilka zlotych, poczekala pare dni i odebrala naprawiona.

W Niemczech dobrze bym sie zastanowila, czy koszt naprawy nie przerosnie kosztu torebki (nie na darmo jezdza tam nasi fachowcy – ichni sa nie do oplacenia).

A w Hameryce – poszlam do sklepu w ktorym ja bylam kupilam, powiedzialam co i jak, i ze nie mam paragonu, a tam bez zastanowienia, krecenia, sie krzywienia, konsultacji z kwatera glowna i panem bogiem – po prostu kazali mi sobie wybrac inna torebke w ramach wymiany. Bez zadnych ograniczen cenowo-kolorowo-materialowo-jakichkolwiek.

I tak tu jest czesciej. W restauracji – nie smakuje ci jedzenie (mimo ze obiektywnie jest w porzadku)? Co innego sobie wyobrazalas pod nazwa tiramisu? Dostaniesz cos innego, bardziej ci odpowiadajacego, po tej samej cenie.

I akurat to mi sie tutaj, co zrozumiale, bardzo podoba.

23:00, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (7) »
Hamerykanska pralka - c.d.

Moj przepytywal ostatnio znajomych w pracy na okolicznosc bardziej cywilizowanych pralek (patrz wpis: Hamerykanska pralka). Chcialby taka z okraglymi drzwiczkami z przodu, a nie klapa z gory. Ktos z rozmowcow zaprotestowal:

- Alez taka z klapa od gory o wiele lepiej plucze!

- Bzdura! Tylko niszczy ubrania!

- A coz za ubrania ty pierzesz?

- Moje stroje pilkarskie! (Moj kolekcjonuje stroje pilkarskie z roznych krajow, a takze gra w nich regularnie w pilke:-)

Radosci nie bylo konca. A mogl powiedziec, ze ofiara pralki pada koronkowa bielizne jego zony - przynajmniej by mu zazdroscili... Moze:-)

15:05, haneczka14 , Rzeczy
Link Komentarze (4) »