Archiwum
czwartek, 04 stycznia 2018
Przy kominku. Spojrzenie na artykuł sprzed dziesięciu lat.

Zima w pełni, śnieg, zawieje i zamiecie. Dzisiaj tak gwałtowne, że zaczynaliśmy pracę z dwugodzinnym opóźnieniem, a biuro zamknęli też dwie godziny wcześniej. Chyba nie warto było przebijać się samochodem przez te fatalnie utrzymane drogi. Po przyjściu do domu i zjedzeniu gorącej zupy zapaliłam w kominku. Mnąc w ręku arkusz starej gazety na podpałkę, rzuciło mi się w oczy zdjęcie na pożółkłej stronie numeru Die Zeit, niemieckiego tygodnika drukowanego jeszcze na przyzwoitym gazetowym papierze. Obok fotografii starej latarni na tle nieba i zabytkowych, ozłoconych zachodzącym słońcem murów, przeczytałam tytuł artykułu w kategorii podróży: "Matki wszystkich miast - modlitwy w Damaszku i zakupy w Aleppo, portret miast". Czym prędzej cofnęłam rękę z papierem przed ogniem kominka. Spojrzałam na datę artykułu: 27 grudnia 2007 roku. Zaczęłam czytać. O kamiennym sercu starego miasta w Damaszku - meczecie Umajadów, największym i być może najpiękniejszym w Syrii, pełnym muzułmańskich i chrześcijańskich pielgrzymów, z grobem Jana Chrzciciela, uznawanego przez muzułmanów za proroka. O hammamie (łaźni parowej) w której każdy gość dostanie od łaziebnego najmniej dwanaście ręczników, misternie ułożonych w kupki i pięknie przewiązanych, o kawie z kardamonem. O osmańskich pałacach, suku i tętniącej życiem w weekendowe wieczory dzielnicy chrześcijańskiej. Potem o Aleppo - gospodarczym ośrodku Syrii, o tamtejszym suku, którego zadaszone, wijące się między straganami wąskie uliczki liczą łącznie podobno ponad dwanaście kilometrów, czyniąc go największym targiem Orientu. O odrestaurowanych, a pamiętających czasy biblijne częściach miasta, zaopatrzonych ostatnio w bieżącą wodę i kanalizację budynkach sprzed setek lat. O wielkiej cytadeli z XII wieku. Ostatnie zdanie artykułu brzmi: "(...) krzątanina miasta trwa, dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, jak od tysięcy lat."

Artykuł ma niewątpliwą wartość archiwalną. Żeby być bardziej na bieżąco można przeczytać "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo" - powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły - klik. Dochód ze sprzedaży przekazany zostaje Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc w Syrii. Albo "Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii" - klik.

poniedziałek, 25 grudnia 2017
Cuda się zdażają

Wypłaty robiła u nas osoba pracująca w firmie od wielu lat. Przez ten czas parę osób od nas odeszło, bo nie mogło wytrzymać jej podgryzania, podrzegania, drobnych intryg, mających na celu spowodowanie negatywnego nastawienia do kogoś przełożonych. Nie było na nią rady, bo miała bezwarunkowe poparcie szefa od finansów.

Aż przyjęli do pracy nową asystentkę dla tegoż szefa. Biedna dziewczyna siedziała biurko w biurko z bohaterką naszego opowiadania. Ta oczywiście od razu zaczęła ustawianie, dogryzanie, powolne, a konsekwentne niszczenie. Wszystkie osoby do tej pory z nią pracujące, cały dział finansów, kładł zawsze uszy po sobie, wychodząc z założenia, że najlepiej jest ignorować ten dopust boży i nie kopać się z koniem. Nowa asystentka jednak nie bardzo dawała sobą pomiatać. Kiedyś na przykład głośno i wyraźnie, tak aby całe otoczenie słyszało, zwróciła się do jędzy, żeby zmieniła ton którym do niej mówi. Niewiele to, jak widać pomogło, bo brudna robota trwała dalej. W końcu nasza asystentka złożyła formalną skargę na piśmie do działu personalnego. Na coś takiego firma nie może przymykać już oczu, bo sprawa szybko skończyć się może w sądzie. Bez względu na to, jak nie na rękę szefowi finansowemu były więc kolejne kroki podejmowane przez dział personalny, od polubownej rozmowy ze stronami, poprzez powołanie zewnętrzych konsultantów do pomocy w rozwiązaniu konfliktu między pracownicami, a na wyrzuceniu na zbity pysk zakichanej intrygantki skończywszy, wszystkie zostały przeprowadzone do końca. Niszczycielka po wielu latach została się stać*, a, osłaniający ją i jej szemrane intrygi przez tyle lat, szef od finansów - z asystentką, której szczerze nie cierpi, ale nic nie może zrobić, bo każdy jego negatywny ruch będzie odczytany jako osobista zemsta za przyczynienie się do wywalenia ulubienicy. No, a na parę lat przed emeryturą, nikt na wpół nawet rozsądny, nie będzie się na taką aferę narażał. Wiele osób z firmy wzniosło toast za szczęśliwe pozbycie się niszczycielki.

Cuda się, jak widać zdarzają, zwłaszcza, gdy znajdzie się ktoś, kto im choć trochę w zdarzeniu się dopomoże. Czego sobie i Państwu w ten świąteczny czas serdecznie życzę.

 

 

* Regionalizm południowopolski

23:36, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 listopada 2017
Do rzemiosła

Fryzjerka, do której od lat już chodzimy, pracowała najpierw w salonie należącym do dużej sieci. Przewijało się przez niego wiele pracownic i trochę mniej pracowników, ale ona bezwzględnie najlepiej ze wszystkich strzygła. Ciekawostką jest, że pochodzi spod czeskiej Pragi i przyjechała do Hameryki przed laty, jako au pair. Jakiś czas temu Mój przyszedł z wieścią, że zmieniła miejsce pracy - prowadzi teraz jednoosobowy salon połączony z solarium, znajdujący się zresztą nieco bliżej naszego domu. Zaczęliśmy tam chodzić i widzieli, jak interes ekspresowo się rozwija. Podobnie jak my, wielu jej dawnych klientów zmieniło sieć na jej salon i po kilku miesiącach musiała zatrudnić pomoc - koleżankę, z miejsca, w którym poprzednio razem pracowały. Manewr ten okazał się jednak brzemienny w skutkach na płaszczyźnie interpersonalnej. Koleżanka, wyraźnie od niej starsza, zaczęła traktować nie tylko nowy salon, ale i prowadzącego solarium faceta naszej Czeszki, jako swoją intymną własność. W tej sytuacji bohaterka opowiadania pozbierała swoje zabawki i pewnego pięknego poranka po prostu sobie poszła. Krótko przed odejściem, przeczuwając co się święci, dała mi jeszcze swój numer komórkowy, żebym mogła ją znaleźć, gdy mi włosy odrosną. Po czterech tygodniach faktycznie do niej zadzwoniłam. Strzygła w domu, którego drzwi się nie zamykały - jeśli nie wszyscy, to znaczna większość jej klientów znowu karnie za nią podążyła. Nie czekając więc długo, rozejrzała się za stosownym miejscem i w zeszłym miesiącu otwarła mały salonik w pobliskiej miejscowości. Ma teraz nie tylko dotychczasowych klientów, ale że salonik jest w dobrej lokalizacji, ludzie widzą szyld i wchodzą z ulicy. Interes po raz kolejny rozkwita.

Bo dobry fachowiec, to jest ktoś, a fach w ręku, to jest coś.

16:27, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 października 2017
Czas huraganów II

- Już kilka razy pytałaś, więc przyszłam ci powiedzieć: rozmawiałam wreszcie z mamą!!! - Moja koleżanka pochodzi z Puerto Rico. Wyspa została przez ostatnie huragany bardzo poważnie zniszczona. Osiemdziesiąt procent ludności jest bez prądu. Dostęp do wody pitnej też nie przedstawia się najlepiej. Po przejściu huraganu moja koleżanka dowiedziała się od osób trzecich, że jej rodzinny dom stoi, matka i krewni są cali i zdrowi. Ale żeby z nimi porozmawiać, musiała czekać trzy tygodnie. Nie było łączności telefonicznej, ani żadnej innej. Wydaje mi się, że to gorzej niż w czasie wojny w Kosowie, dwadzieścia parę lat temu. Wtedy w Niemczech moi koledzy  też nie wiedzieli, co się z ich rodzinami dzieje, ale jednak udawało im się rozmawiać, ktoś w obozach dla uchodźców miał komórkę, choć to wtedy jeszcze nie była taka oczywistość i pożyczał. Znaki życia dochodziły. A tu trzy trwające wieczność tygodnie. Trzy tygodnie! Bez wojny. I bez łączności między Hameryką a należącą do niej wyspą. Teraz łączność już wreszcie jest, poczta też już działa, więc zaraz bierze się za szykowanie paczek ze świeczkami, zapałkami i tym, co potrzebne, gdy nie ma prądu, a ze sklepów już dawno wszystko zniknęło. Pewnie łącznie z octem i herbatą.

Puerto Rico ma dziwny status. Niby należy do USA, ale nie na takich zasadach, jak pozostałe stany. Nie ma mocnego przedstawicielstwa w Waszyngtonie. Prawdopodobnie dlatego traktowane jest nieco per noga, zwłaszcza gdy chodzi o wydatki na infrastrukturę - w kontynentalnej części Hameryki zapotrzebowanie jest zawsze wystarczające i pieniądze przydają się na miejscu. No i dlatego teraz tam taki klops - bo wszystko wisiało na agrafce, a jak mocniej powiało, to się urwało, a odbudować też nie będzie łatwo.

niedziela, 17 września 2017
Czas huraganów

We wrześniu zaczyna się na Karaibach sezon huraganów. Nie jest to czas całkowicie martwy turystycznie (sama nurkowałam któregoś września na Jukatanie w Meksyku i było zjawiskowo pięknie, cudna pogoda i przespokojne morze), ale zdecydowanie poza głównym sezonem. Mniej jest odwiedzających i niższe ceny. Moja znajoma z mężem wybrali się w tym roku na wrześniowy karaibski rejs statkiem. Nie trzeba być bardzo przenikliwym, żeby domyślić się, że ich drogi, w dosłownym tego słowa znaczeniu, pokrzyżowały się z huraganem Irmą. Rejs miał trwać tydzień i skończyć się w ubiegłą sobotę. W piątek kapitan miał dla nich dwie wiadomości - dobrą i złą. Najpierw zła - nie zawiną zgodnie z planem do portu. Dobra - rejs zostaje przedłużony na czas nieokreślony.

Przez kolejne cztery dni nie było mowy o zbliżeniu się do wybrzeży Florydy, skąd wypłynęli i dokąd powinni ostatecznie wrócić. Aż do środy statek z czterema tysiącami osób pływał po wodach karaibskich, trzymając się w bezpiecznej odległości od miejsc, gdzie dmuchało. We wtorek pasażerowie usłyszeli radosną wiadomość, że nazajutrz zawiną do portu przeznaczenia. Proszę się jednak przygotować na to, że wieczorem i w nocy będzie mocno huśtało. Najlepiej nie wychodzić z kajut - to tyle odnośnie patrzenia na horyzont w celu opanowania choroby morskiej. W nocy horyzontu nawet i z górnego pokładu nie byłoby zresztą widać, a rzucało podobno tak mocno, że trzeba było uważać, żeby nie spaść z koi, nie mówiąc o chodzeniu gdziekolwiek. Łazienkę przez większą część nocy okupował mąż mojej koleżanki, skądinąd weteran z Iraku i Afganistanu, tyle, że tam pustynia i góry, więc się na chorobę morską nie miał jak uodpornić. Ona, po pochłonięciu niezdrowej ilości tabletek przeciw nudnościom, żując cukierki imbirowe, jakoś dawała sobie radę, dopóki nie rzuciło tak mocno, że postawiło ją do pozycji pionowej, z czego skorzystała, żeby nałożyć kamizelkę ratunkową, przekonana, że teraz statek już na pewno pójdzie prosto na dno.

Zamiast pójść na dno, koło południa wpłynęli do Fort Lauderdale, skąd w kilka godzin później mieli lot do domu. W razie, gdyby nie zdążyli na samolot, biuro turystyczne oferowało dodatkowy, czterodniowy rejs, po śmiesznie niskiej cenie. Mimo że, podobnie jak po zejściu z karuzeli, na lądzie wszystko im się ruszało przed oczami, a nudności właściwie jeszcze się wzmogły, z oferty kolejnego rejsu jednak nie skorzystali.

wtorek, 22 sierpnia 2017
Równy z równym

Denerwuję się, bo po raz kolejny już tego dnia nie mogę sobie przypomnieć jakiegoś słowa. Najpierw przez pół dnia męczyło mnie, jak nazywał się malarz, który malował moje czarne koty w dżungli, aż wreszcie, ćwicząc jogę (joga dobra na wszystko!) przypomniałam sobie, że Rousseau. Teraz znowu nie wiem, jak ma na imię argentyńskie dziecko siostry mojej mieszkającej w Berlinie przyjaciółki. Mój oczywiście też nie pamięta.

- Pedro?

- Głupiś! Jakby to było takie normalne imię, to bym go nie zapomniała! A w ogóle, to chyba muszę zacząć brać jakieś proszki na pamięć.

- ???

- Bo to chyba jest poważna sprawa. Na pewno zauważyłeś, ile razy Cię dzisiaj pytałam, jak się mówi to czy tamto, bo nie mogłam sobie przypomnieć słowa po niemiecku!

- A, to Tym mnie dzisiaj o coś w ogóle pytałaś? Zupełnie nie pamiętam...

02:33, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 sierpnia 2017
Ku pokrzepieniu serc

"Stary lewicowiec antykomunista powiedział mi kiedyś, że jedyną zaletą Stalina było to, że naprawdę wystraszył wielkie zachodnie mocarstwa. To samo można powiedzieć o Trumpie - jego jedyną zaletą jest, że naprawdę przestraszył liberałów. Zachodnie mocarstwa odrobiły lekcję i samokrytycznie skoncentrowały się na swych niedociągnięciach, rozwijając państwo opiekuńcze - czy nasi lewicowi liberałowie będą skłonni, albo zdolni, do zrobienia czegoś podobnego?

Zwycięstwo Trumpa stworzyło całkowicie nową sytuację polityczną, z nowymi możliwościami dla bardziej radykalnej politycznej lewicy. Teraz czas wziąć się do roboty nad sformowaniem tej lewicy. Albo, żeby zacytować Mao: >Na ziemi panuje nieład; położenie jest wyśmienite<."

Slavoj Żiżek: "The populist temptation" w: The Great Regression, Malden, USA 2017. Tłumaczenie moje - haneczka14

Więcej o książce tutaj

wtorek, 15 sierpnia 2017
Najgorszy rodzaj równości

Miniona sobota dostarczyła jeszcze jednego nieszczęśliwego przykładu równości ludzi bez względu na kolor skóry, oczu, religie, pochodzenie, etc. Otóż rozmyślne wjeżdżanie samochodem w grupę ludzi, albo, jak to miało miejsce teraz, w drugi samochód, który wskutek tego wjedzie w grupę ludzi, przestało być domeną terrorystów islamskich. Ta niezwykle odważna metoda walki z ludźmi o odmiennych przekonaniach, wykorzystana została tym razem przez białego hamerykańskiego naziola. Uczą się od siebie niezależnie od koloru.

00:32, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 sierpnia 2017

Nowa koleżanka w pracy opowiada, dlaczego wyprowadzili się z Florydy, chociaż tak kochają tamtejsze ciepło:

- Ze względu na naszą córkę. Jest w szkole średniej. Na południowej Florydzie większość dzieci w szkole to Latynosi. Wysoka, niebieskooka blondynka jak ona, to rzadkość. No i rówieśniczki nie dawały jej żyć. Oprócz dogryzania urządzały regularne bitki, nie wytrzymała tego i wpadła w depresję. Przestała radzić sobie w kontaktach towarzyskich i z nauką. A gdy inna dziewczyna w szkole z podobnego powodu popełniła samobójstwo, stwierdziłam, że dość tego, wysłałam młodą w środku roku szkolnego na północ, niech mieszka u ciotki i tam chodzi do szkoły i zaczęłam czym prędzej szukać tu dla siebie pracy i przygotowywać przeprowadzkę reszty rodziny. Na szczęście udało się dość szybko i już po kilku miesiącach byliśmy razem. Tutaj co prawda są zimy, ale młoda czuje się dobrze.

Nie miałam świadomości, że są rejony, w których nie czarne, a niebieskie oczy mogą być przyczyną czyjegoś nieszczęścia. A przecież - dlaczego nie? Wszak wszyscy ludzie są równi...

23:54, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 lipca 2017
Psia matka boska

Teraz ma tylko trzy duże psy. Nie bierze czwartego, bo nie wiadomo, czy nie będzie trzeba wziąć (ogromnego) psa po krewnym, który zmarł po drugiej stronie oceanu. Ma nadzieję, że ktoś inny się nim na stałe zaopiekuje i odbędzie się bez sprowadzania psa przez Atlantyk, ale póki co, trzyma to jedno wolne psie miejsce. A że przyroda nie znosi próżni, w międzyczasie w jej domu pojawiają się tymczasowe "czwarte" psy. Nawiązała kontakt z organizacją pożytku publicznego zajmującą się znajdowaniem domów dla psów określanych jako nieadoptowalne i czekających na eutanazję. Bierze takiego psa do siebie do domu, obserwuje, jeśli trzeba, uczy dobrych manier i pokojowego współżycia z resztą dwu- i czworonożnych domowników. Wrzuca w media społecznościowe zdjęcia i krótkie filmiki, opisuje zachowanie i charakter gościa. Po kilku tygodniach, czasami po kilku dniach, pies znajduje nowe miejsce. A ona bardzo się cieszy i płacze przy rozstaniu. Potem dostaje zdjęcia i krótkie filmiki opowiadające o życiu czworonoga w nowym miejscu. Robi to od ponad roku. W tym czasie miała dziewięć tymczasowych psów. Tylko z jednym były problemy i musiała oddać go, żeby zajął się nim tymczasowo ktoś inny. Cała reszta to dobre i miłe zwierzęta. Które o mało nie zostały uśpione, bo się ich dotychczasowym właścicielom odwidziało. 

Najnowszy tymczasowy pies ma jednak duże szanse zostać u niej na stałe. Po posiwiałym pysku widać, że wilczurzyca ma już swoje lata (a im pies starszy, tym trudniej znaleźć dla niego dom). Teraz się już trochę odkarmiła i, mimo, że nie może już biegać, ciągle jeszcze jest bardzo ładnym psem. Ma bardzo przytępiony słuch, ale reaguje na gesty i gdy widzi, że się czegoś od niej chce, jest bardzo posłuszna. Dolna warga opada jej trochę z jednej strony, co skutkuje nietypowym dla tej rasy ślinieniem się. Ponieważ powieka z tej samej strony pyska też jej czasem opada, prawdopodobne jest, że psica miała udar. Swojej tymczasowej pani nie odstępuje na krok. Dosłownie nie odstępuje na krok - stara się stać lub siedzieć, czy leżeć tak, żeby jej cały czas dotykać. Pozostałe psy jedzą karmę stosownie do ich wieku, wagi i rasy. Dla niej karma wilczurza okazała się nieprzyswajalna. Może karma dla psów-seniorów? Też zwracała. No i skończyło się na tym, że pańcia gotuje specjalnie dla niej ryż z warzywami, do którego dodaje nieco karmy dla szczeniaków. Codziennie.

20:11, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32