Archiwum
piątek, 24 sierpnia 2018
Najjaśniejszego pana muchy (nie)obsrały

Sytuacja polityczna po zamieszkiwanej przeze mnie stronie oceanu jest, jak to ujął wczoraj pewien dziennikarz, rozwojowa. Już w zeszłym roku, w ramach realizowania hasła, że nic o nas bez nas, zdecydowałam się rozpocząć proces, mający mi dać tutejsze prawa wyborcze. Zakończył się on sukcesem i za kilka miesięcy wezmę czynny udział w tym, co zapowiada się jako bardzo emocjonujące wybory.

W każdym tutejszym urzędzie państwowym, na ścianie wisi portret aktualnie urzędującego prezydenta. Formalności wymagały mojej wizyty w takowym urzędzie, znajdującym się w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Po przejściu bramki jak na lotnisku, weszłam do wielkiej poczekalni, mogącej bez problemu pomieścić ze dwieście osób, w trzech czwartych wypełnionej ludźmi. Usiadłam i, czekając na swoją kolejkę, rozejrzałam się dookoła. Dopiero po dobrych kilku minutach zauważyłam zdjęcie aktualnie urzędującego. Oprawione w niewidoczne niemalże ramki, miało rozmiary co prawda nie znaczka pocztowego, ale niewiele większe od zeszytu do matematyki z podstawówki. Urzędnicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, zdewastowani, jak w większości tutejszych miast, wynikiem wyborów dwa lata temu, zamówili widać najmniejszy dopuszczalny portret, zadbali o skromną oprawę i nienarzucające się miejsce na ścianie. Nie jest on upstrzony przez muchy tak, jak ten u w szwejkowej gospodzie, pewnie tylko dlatego, że w tego typu budynkach się tu okien nie otwiera, bo jest klimatyzacja. A szkoda, nie ma to wszak jak świeże powietrze.

piątek, 20 lipca 2018
Jakie czasy, takie krzepienie serc

Dzielny wojak Szwejk przyszedł do Kaczalnka, a ten mu pokazuje rysunek, na którym sądy są na niebiesko, prokuratura na czerwono, a trybunał konstytucyjny na żółto i mówi - popatrz, to na niebiesko, czerwono i żółto jest nasze, nikt nam nie podskoczy. Na to Szwejk - u nas w Pradze, na Małej Stranie żyła stara Havrankova. Miała ona trzy nocniki: niebieski, czerwony i żółty. - I co dalej? - pyta Kaczalnik. - Jak przyszło co do czego to się na schodach zesrała - odpowiedział Szwejk.* 

Jakiego to, rychłego, końca samodzierżawców sobie i Państwu życzę.

A tymczasem, mając przed oczami Georga Cloony w filmie z 2005 roku - Good night and good luck.

 

* Przypowieść przeczytana w komentarzach Gazety Wyborczej. Niestety nie pamiętam nicka autora.

piątek, 13 lipca 2018
Sceny z baru i urzędu

Przy barze siedzi sześciu dziadków. Jak co wieczór, popijają piwo i patrząc na ekran z programem sportowym od niechcenia, a siarczyście, przeklinają obecnego prezydenta i partię rządzącą. Wszyscy byli w Wietnamie. Wszyscy wiedzą, o czym mówią. Barman, nie podzielający ich poglądów politycznych, jest dobrym barmanem i wie, kiedy stulić pysk. Otwierają się drzwi i wchodzi nowy dziadek. Jest tu najwyraźniej na gościnnych występach, bo natychmiast po zamówieniu piwa wydaje z siebie pean pochwalny na temat aktualnej władzy. W tym momencie nasz sprawozdawca wyciąga szwajcarską flagę, w przyspieszonym tempie płaci za konsumpcję i oddala się z baru przyspieszonym krokiem.

Urząd imigracyjny w Wielkim Hamerykańskim Mieście, które wraz z wieloma innymi Wielkimi Hamerykańskimi Miastami jest w zapiekłej opozycji do obecnej władzy. Przepisy nakazują, że w tego rodzaju urzędach państwowych ma wisieć portret prezydenta. Po dłuższej chwili lustrowania ścian pełnych obrazów przedstawiających sceny z historii Stanów Zjednoczonych, udaje nam się dojrzeć niewyraźnie zdjęcie mało atrakcyjnego blondyna. Przepisy jak widać nie określają wielkości portretu, bo zdjęcie to, umieszczone w rozległej sali, bez problemu mieszczącej ponad dwie setki ludzi, jest wielkości rozłożonej kartki z zeszytu szkolnego.  

Jestem pewna, że ciąg dalszy nastąpi.

środa, 27 czerwca 2018
Tylko chwilę

Jesteśmy tu tylko chwilę. A koty są tu jeszcze krótszą chwilę. Boleśnie dało nam to o sobie znać w zeszłym tygodniu, gdy trzeba było pożegnać się z Młodszym Kotem, który dołączył do grona zimnych czaszek.

A tymczasem oczadziałe czaszki obu stronach oceanu dokładają wszelkich starań, żeby tę krótką chwilę jak największej ilości żyjących utrudnić. Zupełnie, jakby to nie była także i ich chwila, jedyna, bezpowrotna. Szkoda, bo gdyby energia włożona w zdobywanie jak najbardziej przerośniętej władzy nad innymi, spożytkowana została na polepszanie warunków ziemskiego bytowania, świat byłby milszym miejscem.

Widać jednak jeszcze nie czas. Póki co, ograniczają wolności, rujnują trójpodział władzy, szczują na ludzi o innych poglądach, wyznaniu, pochodzeniu, kolorze skóry, płci, orientacji seksualnej, niszczą środowisko i napychają sobie kieszenie, jakby nie wiedzieli, że trumna takowych nie ma. Pycha chodzi przed upadkiem i zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, że na nic się zdadzą te mentalne i rzeczywiste płoty, barierki i mury, którymi się grodzicie. To dopadnie każdego. Po obu stronach ogrodzenia.

00:46, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2018
Osobnik o Bardzo Małych Uszach

Na drzwiach wejściowych do Szkoły Tanga Argentyńskiego wisi zdjęcie osobnika o Bardzo Małych Uszach wraz z informacją, że jest ekstremalnie szybki, i związaną z tym prośbą o zamykanie pierwszych drzwi, zanim otworzy się drugie. Przyjmuje się, że przyzwyczaił się już do nowego miejsca, tym niemniej dużo czasu spędził na ulicy i trzeba uważać, żeby coś mu się nie przypomniało i nie wyskoczył nagle wprost pod koła pędzących samochodów.

Na polu* mieszkał ponad rok. Przedtem był w domu, ale gdy niegodna tego miana przedstawicielka gatunku homo sapiens, wyprowadzała się do innego miasta, po prostu zostawiła go na zewnątrz. Nasz bohater zamieszkał więc na skwerku między domami i zaczął żywić się sam, głównie biegającym albo latającym mięsem, ale także smakołykami, które na skwerek wynosiła miłosierna staruszka. Ponieważ był młody, głodny i zaprawiony w bojach o przetrwanie, szybko zaczął skutecznie, prychając, parskając, wyjąc i podwajając optycznie swoje gabaryty, odpędzać konkurencję od jedzenia. W takiej to właśnie akcji zobaczyła go po raz pierwszy Właścicielka Szkoły Tanga Argentyńskiego, gdy zimowym, przechodzącym w wieczór popołudniem, szła z mężem na spacer. - Kochanie, a cóż to może być za zwierzę??? - Po kilku kolejnych spotkaniach na skwerku okazało się, że trzeba go wziąć do domu, czyli do Szkoły Tanga.

Na początku myślałam, że te bardzo małe uszy odziedziczył po którymś rasowym przodku. Okazało się jednak, że jego nie są kłapciate, tylko zredukowane. Na skutek odmrożenia podczas zimy spędzonej w krzakach na skwerku.

Teraz mieszka na salonach i nie musi polować na nic innego niż wirtualne myszy, uwijające się czasami pod kanapą albo w okolicach głośnika. Wita wchodzących i dokładnie sprawdza torby. Chętnie daje się głaskać i niektórym daje się nawet wziąć na ręce. Ma dużo energii i w przerwach między drzemkami na głośniku biega po sali ślizgając się lekko po parkiecie. Jak głosi napis na drzwiach wejściowych, jest ekstremalnie szybki.

 

 

*Oboczność południowopolska. Znaczy tyle, co - na zewnątrz

00:21, haneczka14 , Zwierzęta
Link Komentarze (1) »
niedziela, 01 kwietnia 2018
Reminiscencje po Czarnym Proteście i nie tylko

Mieszkam w pobliżu Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, a nie Warszawy i dlatego mnie na Czarnym Proteście nie było. Tym niemniej ubrałam się na czarno do pracy i kilku zainteresowanym osobom wyjaśniłam, w czym rzecz. Poruszona relacjonowałam też Mojemu (który jest Niemcem) wydarzenia w Polsce. Do politycznego wymachiwania pięściami i rewolucyjnych okrzyków w moim wykonaniu ma on zwykle podejście cokolwiek stoickie. Tym niemniej, gdy w piątek tydzień temu wychodziliśmy wieczorem, ubrana w inne niż do pracy, niemniej jednak od stóp do głów czarne ciuchy, zobaczyłam, że on też ubrany jest całkowicie na czarno. Wiedząc, że oprócz stoicyzmu mogę też liczyć na absolutną szczerość, spytałam, czy to przypadek, czy też świadomie wspiera moją polityczną demonstrację? - Oczywiście, że wspieram demonstrację! - No i nawet jeżeli jej nie finansują, to Niemcy jednak faktycznie wspierają opozycję w Polsce...

Tydzień temu w Hameryce też miało miejsce wiele licznych i nietypowych demonstracji. Na ulicę wyszli uczniowie, domagając się ograniczenia w dostępie do broni. Nastolatki mają dość wiadomości, że do jakiejś szkoły znowu wtargnął mniej lub bardziej niezrównoważony bandyta i wystrzelał z broni szybkostrzelnej pół (albo i grubo więcej) klasy. Hamerykański dostęp do broni jest kuriozum na skalę światową i być może nadchodzi czas, kiedy społoczeństwo i, za przeproszeniem, politycy, będą się musieli z tematem zmierzyć, zamiast z pełną hipokrytycznie nawoływać do modlitw za wystrzelanych i ich rodziny. Zaiste, wiele jest podobieństw między Polską a Hameryką, zaiste, za wiele.

środa, 21 marca 2018
#StrajkWszystkich

Po nagonce antysemickiej przyszedł czas na nagonkę mizoginiczną. Jestem kilka tysięcy kilometrów od Warszawy i tylko dlatego mnie tam w piątek nie będzie.

Ludzie!!! Obudźcie się i pogońcie tych dewiantów, bo takie państwo prawa wam urządzą, że Iran się wam będzie jawił jako oaza gwarantująca wolność religijną.

piątek, 23 lutego 2018
Kto milczy, ten przyzwala

Nie mogę więc milczeć. Tylko jak wyrazić tę wściekłość? Tę szewską pasję, tę furię i to bezgraniczne obrzydzenie, która ogarnia mnie, gdy widzę wskrzeszanie antysemickich upiorów, o których w lepszych czasach myślałam, że dawno umarły? O których przekonana byłam, że nie wrócą? Czegokolwiek bym nie napisała, nie będę w stanie oddać tego, co czuję i co myślę o kanaliach przyzwalających, podsycających, a wreszcie organizujących te rasistowskie hece, w Polsce, w roku 2018! Mogę więc tylko powtórzyć za innymi przyzwoitymi ludźmi:

NIE W MOIM IMIENIU!

Mam polski dowód osobisty, polski jest moim ojczystym językiem, obchodzą mnie polskie sprawy i, choć od lat mieszkam za granicą, Polskę uważam za mój pierwszy dom. Dlatego wszem i wobec ogłaszam, że to, co się z inicjatywy i przyzwolenia polskich władz teraz w Polsce wyprawia, dzieje się

NIE W MOIM IMIENIU!!! 

 


A teraz drogie trolle, pocałujcie misia w pupkę.*

 


*Ostrzega się, że wypowiedzi spełniające określone kryteria, mogą zostać wykorzystane do studium o mowie nienawiści lub innych celów pośrednio lub bezpośrednio wspierających Muzeum Żydów Polskich POLIN, Żydowski Instytut Historyczny, lub inne inicjatywy pojednania między narodami.

czwartek, 04 stycznia 2018
Przy kominku. Spojrzenie na artykuł sprzed dziesięciu lat.

Zima w pełni, śnieg, zawieje i zamiecie. Dzisiaj tak gwałtowne, że zaczynaliśmy pracę z dwugodzinnym opóźnieniem, a biuro zamknęli też dwie godziny wcześniej. Chyba nie warto było przebijać się samochodem przez te fatalnie utrzymane drogi. Po przyjściu do domu i zjedzeniu gorącej zupy zapaliłam w kominku. Mnąc w ręku arkusz starej gazety na podpałkę, rzuciło mi się w oczy zdjęcie na pożółkłej stronie numeru Die Zeit, niemieckiego tygodnika drukowanego jeszcze na przyzwoitym gazetowym papierze. Obok fotografii starej latarni na tle nieba i zabytkowych, ozłoconych zachodzącym słońcem murów, przeczytałam tytuł artykułu w kategorii podróży: "Matki wszystkich miast - modlitwy w Damaszku i zakupy w Aleppo, portret miast". Czym prędzej cofnęłam rękę z papierem przed ogniem kominka. Spojrzałam na datę artykułu: 27 grudnia 2007 roku. Zaczęłam czytać. O kamiennym sercu starego miasta w Damaszku - meczecie Umajadów, największym i być może najpiękniejszym w Syrii, pełnym muzułmańskich i chrześcijańskich pielgrzymów, z grobem Jana Chrzciciela, uznawanego przez muzułmanów za proroka. O hammamie (łaźni parowej) w której każdy gość dostanie od łaziebnego najmniej dwanaście ręczników, misternie ułożonych w kupki i pięknie przewiązanych, o kawie z kardamonem. O osmańskich pałacach, suku i tętniącej życiem w weekendowe wieczory dzielnicy chrześcijańskiej. Potem o Aleppo - gospodarczym ośrodku Syrii, o tamtejszym suku, którego zadaszone, wijące się między straganami wąskie uliczki liczą łącznie podobno ponad dwanaście kilometrów, czyniąc go największym targiem Orientu. O odrestaurowanych, a pamiętających czasy biblijne częściach miasta, zaopatrzonych ostatnio w bieżącą wodę i kanalizację budynkach sprzed setek lat. O wielkiej cytadeli z XII wieku. Ostatnie zdanie artykułu brzmi: "(...) krzątanina miasta trwa, dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, jak od tysięcy lat."

Artykuł ma niewątpliwą wartość archiwalną. Żeby być bardziej na bieżąco można przeczytać "Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo" - powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły - klik. Dochód ze sprzedaży przekazany zostaje Polskiej Akcji Humanitarnej na pomoc w Syrii. Albo "Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii" - klik.

poniedziałek, 25 grudnia 2017
Cuda się zdażają

Wypłaty robiła u nas osoba pracująca w firmie od wielu lat. Przez ten czas parę osób od nas odeszło, bo nie mogło wytrzymać jej podgryzania, podrzegania, drobnych intryg, mających na celu spowodowanie negatywnego nastawienia do kogoś przełożonych. Nie było na nią rady, bo miała bezwarunkowe poparcie szefa od finansów.

Aż przyjęli do pracy nową asystentkę dla tegoż szefa. Biedna dziewczyna siedziała biurko w biurko z bohaterką naszego opowiadania. Ta oczywiście od razu zaczęła ustawianie, dogryzanie, powolne, a konsekwentne niszczenie. Wszystkie osoby do tej pory z nią pracujące, cały dział finansów, kładł zawsze uszy po sobie, wychodząc z założenia, że najlepiej jest ignorować ten dopust boży i nie kopać się z koniem. Nowa asystentka jednak nie bardzo dawała sobą pomiatać. Kiedyś na przykład głośno i wyraźnie, tak aby całe otoczenie słyszało, zwróciła się do jędzy, żeby zmieniła ton którym do niej mówi. Niewiele to, jak widać pomogło, bo brudna robota trwała dalej. W końcu nasza asystentka złożyła formalną skargę na piśmie do działu personalnego. Na coś takiego firma nie może przymykać już oczu, bo sprawa szybko skończyć się może w sądzie. Bez względu na to, jak nie na rękę szefowi finansowemu były więc kolejne kroki podejmowane przez dział personalny, od polubownej rozmowy ze stronami, poprzez powołanie zewnętrzych konsultantów do pomocy w rozwiązaniu konfliktu między pracownicami, a na wyrzuceniu na zbity pysk zakichanej intrygantki skończywszy, wszystkie zostały przeprowadzone do końca. Niszczycielka po wielu latach została się stać*, a, osłaniający ją i jej szemrane intrygi przez tyle lat, szef od finansów - z asystentką, której szczerze nie cierpi, ale nic nie może zrobić, bo każdy jego negatywny ruch będzie odczytany jako osobista zemsta za przyczynienie się do wywalenia ulubienicy. No, a na parę lat przed emeryturą, nikt na wpół nawet rozsądny, nie będzie się na taką aferę narażał. Wiele osób z firmy wzniosło toast za szczęśliwe pozbycie się niszczycielki.

Cuda się, jak widać zdarzają, zwłaszcza, gdy znajdzie się ktoś, kto im choć trochę w zdarzeniu się dopomoże. Czego sobie i Państwu w ten świąteczny czas serdecznie życzę.

 

 

* Regionalizm południowopolski

23:36, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32