Archiwum
sobota, 15 lipca 2017
Kafka

W latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku siedziałam w półmroku gabinetu mojego profesora literatury na najstarszym niemieckim uniwersytecie, gdy zadał mi pytanie: 

- Czy pani myśli, że Kafka jest passe?

świat był wtedy inny, otwierały się możliwości, oddalały zagrożenia i naprawdę pomyśleć można było, że twórczość Kafki przegrała z życiem, a moja praca semestralna na temat percepcji jego Procesu w krajach reżimu komunistycznego jest wypociną sensu stricte literaturoznawczą.

Dwadzieścia lat później Kafka zdaje się świętować come back, nawet jeśli niewiele osób faktycznie go czyta. Ponieważ nie chcę, żeby historia Józefa K. z Procesu, ani historia K. z Zamku stały się udziałem kogokolwiek w Polsce, proszę i błagam: niechże ktoś idzie jutro na demonstrację w moim imieniu! Protesty w obronie Sądu Najwyższego

Zza oceanu z góry dziękuję.

piątek, 14 lipca 2017
O Polsce i o Hameryce

O Polsce tylko tyle, że partia rządząca, która spełnia wiele z definicji faszystowskiej, w takim właśnie stylu likwiduje ostatecznie niezawisłość sądów, czyli trójpodział władzy, czyli państwo prawa, czyli demokrację. Po przyjęciu napisanych na kolanie i wprowadzanych w nocy aktów, pożali się, boziu, prawnych, to minister sprawiedliwości będzie decydował, czy sędziowie wydają sprawiedliwe wyroki. Czyli jak władza się na kogoś uweźmie, to w myśl zasady "pokaż mi człowieka a paragraf się znajdzie", za pomocą usłużnego, sterroryzowanego sędziego, pozbawią środków do życia, zniszczą karierę, posadzą w kryminale i święty boże nie pomoże. Jedyna nadzieja będzie w uiszczeniu wysokiego datku dla urzędnika bożego w Toruniu, bo, jak wiadomo, jest to jedyny człowiek, przed którym Jarosław Kaczyński, a z nim całość aparatu opresji, w jaki zmienia się państwo polskie, trzęsie odwłokiem. Jak nie dawaliście jeszcze na rozgłośnię Rydzyka, to zbierajcie pieniądze. Alleluja i do przodu.

O Hameryce mniej politycznie, co nie znaczy weselej. Kawałek drogi szybkiego ruchu wiodącej z mojej pracy do domu jest właśnie remontowany, a punkt jest newralgiczny, bo pomiędzy położonymi blisko siebie bardzo uczęszczanym wjazdem, a jeszcze bardziej uczęszczanym zjazdem. Jezdnia się tam teraz zwęża, pasy redukują, w pewnym momencie auta z dwóch albo i trzech pasów muszą podzielić się jednym. W popołudniowej godzinie szczytu jest tam szczególnie nerwowo, wszyscy się spieszą, licząc tracone sekundy czasu teoretycznie wolnego. Wpychają się jeden przed drugiego, trąbią, klną, robią miny, no szkoda co mówić. Dlatego też kilka tygodni temu zrezygnowałam z tej trasy i dopiero za owym fatalnym miejscem wjeżdżać na drogę szybkiego ruchu zaczęłam. Nie stałam więc w niedawnym korku, spowodowanym przez samochód osobowy, który wjechał nawet nie w inny samochód, tylko prosto w ekran przy drodze. Wypadek to wypadek, przyjechała policja, patrzy do rozwalonego auta, a tam czarna osiemnastoletnia dziewczyna, zaczynała wakacje po skończeniu szkoły średniej. Martwa. Znaczy wypadek śmiertelny. Ale policja patrzy dalej - toż kierowczyni nie od uderzenia autem w bandę zmarła, tylko zastrzelona z bliskiej odległości została! Postawiono na nogi całe hrabstwo i odtworzono następujący przebieg wypadków: na drodze w godzinie szczytu panowała opisana powyżej nerwówka. Czy się dziewczę na pas wepchało, czy też kierowcy wielkiego pick-upa wepchać przed się nań nie dało, dość na tym, że 28-letni kierowca owego delikatnego samochodziku tak się zdenerwował, że wziął do ręki pistolet, który zawsze miał ze sobą w aucie i przejeżdżając obok dziewczyny palnął jej w głowę. Zmarła na miejscu, a wjazd jej samochodu w ekran był tego konsekwencją, nie przyczyną. Dziewczyna martwa, koleś na dłużej w pierdlu, jej rodzina w żałobie, jego rodzina w rozpaczy, ale grunt, że każdy człowiek ma zagwarantowane prawo posiadania broni! Gdyby było inaczej, wychodząc z nerw, facet mógłby co najwyżej pokazać jej faka albo użyć wulgaryzmu, może i bardzo dosadnego. 

 

P.S. Bardzo mi przykro, że takie te wpisy mroczne się porobiły. Obiecuję poprawę, zanim mi za pokutę datki na Rydza przepiszecie!

sobota, 24 czerwca 2017
Transplantologia w Hameryce

Nie trzeba być ani starą, ani chorą. Można mieć dwadzieścia cztery lata i na trzy dni przed odebraniem dyplomu uczelni, późnym wieczorem przechodzić przez ulicę. Jeśli kierowca w odpowiednim czasie nie zahamuje, w szpitalu też nie zrobią więcej, niż jest w ludzkiej mocy.

Wyznaczono datę pogrzebu, oraz, zgodnie z hamerykańskim zwyczajem, te kilka dodatkowych godzin, podczas których rodzina, stojąc przy trumnie, przyjmuje kondolencje. Zazwyczaj w domu pogrzebowym, w wieczór poprzedzający dzień pogrzebu.

Idziemy z koleżanką zaraz po pracy. Na myśl o otwartej trumnie mam żabę w żołądku. Nie boję się nieboszczyków, ale uważam, że to widok dla najbliższej rodziny i przyjaciół, a spojrzenia osób takich jak my, koleżanek z pracy ojca zmarłej, nie powinny padać na jej woskowe policzki.

Po ulewnym, popołudniowym deszczu wieczór zrobił się piękny, ogrody tchnącej spokojem willowej dzielnicy miasteczka pełne są kwiatów. Przed wejściem dołączamy do mojej szefowej, dziewczęcia dobrze po sześćdziesiątce. Ubrany w ciemny garnitur pracownik domu pogrzebowego wskazuje wejście. W holu, z przykrytego białym obrusem stołu, można wziąć pamiątkową karteczkę wielkości wizytówki, z czarno-białą grafiką, imieniem i nazwiskiem, datą narodzin i śmierci, i cytatem z Michała Anioła: „Ciągle się jeszcze uczę”. Wpisujemy się do księgi gości i stajemy w kolejce. Wystrój wnętrza tutejszo-standardowy, czyli w guście miłośników „późnego rokokoko”. Udało się z transplantacją? Tak, użyli oczu. – Odpowiada moja dobrze poinformowana szefowa. - Było więcej pacjentów czekających na inne przeszczepy, ale pozostałe części ciała się nie nadawały. – Gdy mój ojciec zmarł – mówi moja koleżanka - dostawaliśmy potem listy od ludzi, którzy dzięki niemu wrócili do zdrowia. Pamiętam list od starszego człowieka, który pisał, że teraz znów może robić dla wnuków drewniane zabawki. - Przedłużając prawo jazdy zwykle zakreślam opcję „dawca organów” – mówi moja szefowa. Ale ostatnio jakoś nie zakreśliłam. Nie wiem, dlaczego. – Ja zawsze zakreślam – mówię. - Jak mnie będą mieli przedtem pociąć, to przynajmniej będzie pewne, że mnie żywcem nie zakopią.

Wyjątkowo chcę, żeby kolejka posuwała się jak najwolniej. Jest długa, ustawiona wzdłuż trzech ścian wielkiej sali, wychodzi do obszernego holu, na końcu którego stoimy. Zimno, klimatyzacja działa na pełnych obrotach, z czego tym razem, inaczej niż zwykle, jestem zadowolona. A niechby tę temperaturę jeszcze obniżyli, niech będzie tak zimno, żeby nie czuć żadnego zapachu, żeby tylko nie poczuć zapachu! Wczesne lato, wszędzie kwiaty. Pamięć na usługach szatana podsuwa trącającą zepsuciem woń floksów. Żeby odwrócić uwagę od oleofaktorycznych doznań, wypytuję moją wszystkowiedzącą szefową o koligacje rodzinne kolegi. Potem skupiam się na galerii dziecinnych, nastoletnich i promieniujących młodością zdjęć jego córki, która nigdy się już nie postarzeje. Nieuchronnie przesuwamy się do przodu. Wreszcie patrzę w kierunku rodziny i z ulgą stwierdzam brak trumny. Kremacja – mówi cicho moja szefowa. Na wieść o tym nawet od białych lilii, obok których właśnie przechodzimy, nie robi mi się niedobrze. Na błyszczącym drewnianym blacie stoi gustowne drewniane pudełko ze zdjęciem. Moja szefowa kładzie na nim dłoń. Słyszę jej myśli. Potem ściskamy matkę, rodzeństwo, macochę (co za słowo) i ojca. Tych ostatnich znam, więc nawet coś więcej do nich mówię. Wydaje się, że kondolencje i uściski dobrze im robią, choć wiem, że muszą być strasznie zmęczeni i prawdopodobnie wszyscy są na prochach. Ja bym była.

Po tym, jak w ósmej klasie szkoły, wtedy po raz pierwszy podstawowej, byłam na obowiązkowej wycieczce w Oświęcimiu, zdecydowałam, że nie chcę być spalona i żeby, jak przyjdzie pora, to mnie zakopali w całości, jeżeli już nie w całunie, to w jakiejś łatwo się rozpadającej trumnie, w żadnym wypadku nie dębowej. Wczorajsza obserwacja, w połączeniu z makabrycznym cyrkiem odprawianym przez będących teraz u władzy w Polsce kryminalistów, skłania mnie ku zapisaniu w ostatniej woli kremacji. Gustownego pudełeczka ze zdjęciem ewentualni żałobnicy nie będą musieli się obawiać, a ewentualni kretyni nie będą chcieli wykopywać. Można zresztą iść na numer sicher i kazać się, legalnie albo mniej, gdzieś rozsypać.

I tak oto nawet najbardziej prywatne w dzisiejszych czasach staje się polityczne.

A opcję dawczyni organów zamierzam przy przedłużaniu prawa jazdy zakreślać w dalszym ciągu.

20:47, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 czerwca 2017
Upalne noce

Przez sen dochodzi do mnie głośny pisk, a może świst. Cóż się dzieje, przecież to nie piątek i śmieciarka dzisiaj nie jeździ? Piątkowa śmieciarka jeździ dobrze przed świtem robiąc straszny rumor. świst nie ustaje, ale zmienia natężenie i melodię. W miarę jak się budzę, dociera do mnie, że układa się on w melodyjne gwizdanie. Upał, okna pootwierane, bo, ku głębokiemu niezrozumieniu Hamerykanów, niemalże nie używamy klimatyzacji. Ja lubię zapach kwitnących krzewów i poranny śpiew ptaków, a Mój się przyzwyczaił (nie miał innego wyjścia?). Poranny śpiew? Przecież  jest całkiem ciemno, a tu w czerwcu robi się jasno już po czwartej! Tym niemniej wymyślne trele nie ustają. Acha - słowik! Słyszałam go kilka wieczorów wcześniej w dość dużej odległości, widzę że postanowił mnie uszczęśliwić z bliska. Niewiarygodne, że w takim małym ptaszku może mieścić się taki potężny głos. Chyba nam na parapecie otwartego okna usiadł i włożył dziób w wyrwaną przez kocie pazury dziurę w siatce przeciwkomarowej, taki jest głośny. Wsłuchuję się w wymyślne trele. Bardzo brakuje mi tu kosów (nie ma ich w ani Północnej, ani Południowej Ameryce), ale ten śpiewak chyba zagłuszyłby wszystkie, gdyby nadawał o tej samej porze. Tyle, że on nie lubi konkurencji, albo miłościwie pozwala innym świergotać o świcie, zmierzchu i w ciągu dnia, a sam daje koncerty w nocy. I to jakie!

Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak blisko. Słowik to, nie skowronek śpiewa. *

Noce takie są upalne i słowiki spać nie dają.*

 

* Oba cytaty z pamięci. A skąd, poza moją pamięcią, pochodzą?

01:19, haneczka14
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 kwietnia 2017
Wiosenna łąka

Jestem w raju. Idę lekko wznoszącą się, miękką ścieżką wśród traw, świeci słońce, świeżuteńka wiosenna zieleń pachnie, łagodny wiatr chłodzi rozgrzaną skórę. śpiewają ptaki. Przystaję, żeby spojrzeć na drugą stronę opadającej w kierunku lasu łąki, wystawić twarz do słońca. Zamykam oczy. Otwieram. Oddycham głęboko, obok przeleciał ptak, usiadł na wystającym z ziemi patyku i zaraz znowu zaczął świergotać. 

Nawet nie zauważyłam, gdy, idąc szybkim krokiem, znalazła się w odległości kilku metrów ode mnie. Z wyrobionym przez lata pobytu w Hameryce odruchowym uśmiechem odpowiedziałam na pozdrowienie.

- Pięknie tu! - Zagadała.

- Niewypowiedzianie pięknie! - Zgodziłam się.

- Tylko szkoda, że to nie nasza własność.

- Możemy tu przychodzić codziennie. - Po jej minie widzę, że to nie to samo, więc dodaję: - a nie musimy o to dbać jak o własność.

- Ma pani rację - roześmiała się - nie pomyślałam o tym, jakby to było nasze, to cały czas spędzałybyśmy na koszeniu trawy! Jednak tak jest o wiele lepiej! - Życząc miłej reszty dnia odeszła pod górę krokiem wskazującym na chęć zrzucenia kilku kilogramów.

To miło, że pozwoliłam jej pozbyć się uczucia niedosytu, wywołanego nieposiadaniem raju. Wbrew obawom, po kilku minutach udało mi się nawet wrócić do poprzedniego błogostanu, przerwanego tym krótkim, natrętnie przypominającym o ludzkiej naturze, spotkaniem. 

21:37, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 marca 2017
Prawa kobiet prawami ludzi
12:52, haneczka14
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lutego 2017
Olśnienie

Po niemiecku to się nazywa Acha-Erlebnis. Bezcenna chwila, kiedy, nagle jak błyskawica, dociera do nas jakaś prawda oczywista, która do tej pory, z nieznanych przyczyn, nie miała dostępu do naszej świadomości.

Już od jakiegoś czasu planowaliśmy wyjcie na fondue z naszymi nowymi znajomymi. Przybyli tutaj z południowych Niemiec na krótki kontrakt. Poza tym, że interesują się kinem, są przemili i roztaczają, nieczęsty w dzisiejszych nerwowych czasach, spokój, wiemy o nich także i to, że są dość zaangażowani religijnie. Przejawia się to między innymi w tym, że preferują spotkania towarzyskie w piątki, bo niedziela jest dniem, w którym on musi wstać wcześniej niż do pracy, żeby zagrać w kościele na organach. Wiedząc, gdzie znajduje się ich kościół, wydedukowaliśmy, że są luteranami.

Planujemy tę kolację, sprawdzamy kalendarze, w końcu pada propozycja piątku na początku marca. Niepraktykujący, ale wychowany po katolicku Mój, biorąc pod uwagę religijność rozmówców, lojalnie zwraca ich uwagę, że to będzie w czasie Wielkiego Postu. Na co nasz znajomy macha ręką i odpowiada ze swoim dobrotliwym szerokim uśmiechem:

- Dla protestantów to nie ma znaczenia.

No oczywiście! No jasne! Przecież posty nakazane zachowywać i zabaw hucznych nie urządzać, to są przykazania kościelne, czytaj: katolickie i nie po to Luter tezy na drzwiach kościelnych w Wittenberdze przybijał, żebyśmy teraz nie mogli jak ludzie spotkać się na wielkie żarcie w piątek przed Wielkanocą! 

I nie ma się co puszyć, że znam reguły postu w czasie Ramadanu, wiem, na czym polega post w Jom Kippur, nawet o ograniczeniach pokarmowych w hinduizmie mam jakie-takie (bardziej jakie niż takie, ale jednak) pojęcie, jeśli to, że luteranie nie poszczą w Wielkim Poście, było dla mnie, aż takim olśnieniem. Ignorantka. No po prostu ignorantka!

04:04, haneczka14 , Jedzenie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 lutego 2017
Można na nich liczyć

- Wy lepiej nigdzie za granicę nie jedźcie - mówi jeden z Naszych Syryjskich Znajomych. - Jeszcze was z powrotem nie wpuszczą! Wiecie, że zatrzymywali nawet ludzi z zieloną kartą? 

Oczywiście, że wiemy. Czytamy gazety i mieszkamy niedaleko Wielkiego Hamerykańskiego Miasta z Wielkim Hamerykańskim Lotniskiem, na którym, po wydaniu nagłego ukazu marchewkowej władzy, zatrzymywano niczego nie spodziewających się ludzi z legalnymi papierami, i na którym to lotnisku miała miejsce demonstracja przeciwko temu niekonstytucjonalnemu posunięciu.

- Ale, jakby Was na lotnisku nie wpuścili, to lećcie do Kanady i z Kanady samochodem. W ogóle, jakby co, zadzwońcie do mnie, ja po was przyjadę i was przeszmugluję! - obiecuje Nasz Syryjski Znajomy.

- Taaaaak, z całym szacunkiem, ale to byłby pocałunek śmierci - odpowiadam ze śmiechem, ale jego już ponosi wyobraźnia Semiramidy:

- Albo jeszcze lepiej, wezmę konie i konno przejedziemy z Kanady przez zieloną granicę!

Najbardziej niepokojący przy tej wypowiedzi jest błysk w czarnym oku, z którego wyczytuję, że "jakby co" to faktycznie można na niego i jego konie, liczyć.

sobota, 11 lutego 2017
Gdzie te czasy, gdy nic tak nie plamiło honoru jak atrament?

 Stałam się obiektem hejtu. Na SMSową na szczęście tylko, skalę. Kobieta z naszego działu, którą szefowa na początku stycznia, po długich boleściach, wywaliła z roboty, stwierdziła wczoraj, ni z gruszki, ni z pietruszki, że należy mnie poinformować o tym, jak nędzną jestem kreaturą. Zrobiła to za pomocą kilkunastu SMSów, wysyłanych mi w przeciągu popołudnia. Pierwszy z nich mnie, nie ukrywam, dotknął, bo nie tylko nie uważam, żebym ponosiła jakąkolwiek odpowiedzialność za niepowodzenie zawodowe mojej byłej koleżanki, a wręcz przeciwnie, gdy jeszcze u nas pracowała, starałam się, w miarę możliwości, łagodzić napięcia i, namawiając otoczenie na cierpliwość, wierzyłam, że wszystko jakoś się ułoży. Po przeczytaniu tego SMSa najpierw opanowałam nagły skok ciśnienia, a potem, powtarzając sobie: zen-kurwa-zen - odpisałam uprzejmie mojej byłej koleżance, że przykro mi czytać tę wiadomość, bo ja życzę jej dobrze.

To, co nastąpiło później, zdecydowałam się już ignorować. Wnosząc z coraz bardziej obraźliwej treści kolejnych SMSów, taktyka puszczania jej wypowiedzi mimo uszu, jeszcze bardziej czarującą tę osóbkę po czterdziestce, rozsierdziła. Gdy po dwóch z górą godzinach wylewania na mnie elektronicznej żółci, przyczepiła się do tego, że nie odpowiedziałam jej na bożonarodzeniowego SMS-a, czyli że jako Europejka nie umiem się zachować, uznałam sprawę za wartą chichotu z jednej, a heroicznej obrony Starego Kontynentu, z drugiej strony, i przesłałam jej lakoniczne spóźnione życzenia wesołych świąt od całej Europy, okraszone uśmiechniętym emotikonem. Jak można było przewidzieć, w odpowiedzi dowiedziałam się, że jestem kanalią. Na tym SMSy się skończyły, bo pewnie musiała dać dziecku jeść, albo jej facet wrócił z pracy i trzeba było poudawać osobę zrównoważoną psychicznie. Ja zadbałam zaś o to, żeby po owej cennej wymianie myśli, już więcej telefonicznej korespondencji od niej nie dostawać, blokując jej numer telefonu w swojej komórce.


Tyle co do faktów. Ponieważ jednak wszystko jest ostatnio polityczne, mój złośliwy komentarz też taki będzie:

No i jak Hameryka ma wrócić do dawnej świetności, gdy włoscy imigranci w trzecim pokoleniu (moja szefowa), za pozwoleniem indyjskich imigrantów w drugim pokoleniu (dyrektor całej fabryki), trzymają w pracy (będącej filią niemieckiego przedsiębiorstwa) niewychowaną Europejkę, a miłą blond Hamerykankę wyrzucają na bruk??? A przecież ta Hamerykanka nawet nie jest - no albo do tej pory w każdym razie nie była - wyborczynią trampka!

21:35, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 stycznia 2017
Nowe czasy

Tydzień temu odwieźliśmy kumpla na lotnisko. Leciał do Chin, żeby spędzić ze swoją żoną Chiński Nowy Rok. On jest Hamerykaninem, ona Chinką przebywającą ostatnio w swojej ojczyźnie z nieradosnych powodów rodzinnych. Kumpel pojechał tam teoretycznie na dwa tygodnie. Pakując walizkę zastanawiał się, jakie książki ze sobą zabrać. Jeśli bowiem jego powrót miałby się nieszczęśliwie, np. z powodu wywołanego nieodpowiedzialnymi wpisami na twitterze, konfliktu dyplomatycznego między wschodzącym, a zdaje się, że zachodzącym mocarstwem, przedłużyć, to jakie książki da się czytać wielokrotnie, nieprzerwanie czerpiąc z nich przyjemność? Kumpel nie opanował bowiem chińskiego w mowie ani piśmie, a istnieją uzasadnione podejrzenia, że zamówienie w ichnim internecie pozycji angielskojęzycznych mogłoby być przedsięwzięciem dość skomplikowanym. Zwłaszcza w razie kryzysu dyplomatycznego.

Ostatecznie zabrał ze sobą jakieś wiersze i Boską Komedię, Dantego. Cóż poradzę, że znam tylko ten jeden, pewnie najsłynniejszy z niej cytat "Lasciate ogni speranca, voi ch'entrate"...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31