Archiwum
wtorek, 13 listopada 2018
Głosowałam

Przejęci wizją niespotykanej, jak na wybory w środku kadencji prezydenckiej, frekwencji, zerwaliśmy się dobrze przed świtem, aby zdążyć do kolejki jeszcze przed otwarciem lokalu wyborczego. Wiem, że są ludzie, którym może się to skojarzyć z ustawianiem się po bułki przed zamkniętym sklepem we wczesnych latach osiemdziesiątych. Teraz mamy nowe stulecie, inny kontynent i gdy docieramy na miejsce, przed nami, w listopadowej, burej mżawce, stoi już ponad trzydzieści osób. W ciągu kilku kolejnych minut kolejka zwiększa się do pięćdziesięciu czynnych uczestników procesu demokratycznego. Punktualnie o siódmej otwierają się drzwi i spokojnie, jak to w Hameryce, bez pchania i popychania, sznurek ludzi wchodzi do budynku kościoła baptystów. Oprócz szkół, remiz strażackich i tym podobnych budynków użyteczności publicznej, wiele kościołów różnych wyznań gości tutaj lokale wyborcze. W tym kontekście lęk tutejszych obrońców białej rasy przed przeniesieniem wyborów na niedzielę, bo wtedy Afroamerykanie poszliby głosować prosto z mszy i zmietli rasistowskie wstecznictwo, nabiera dodatkowego uzasadnienia.

W holu siedzi komisja, podchodzę do stolika wydającego karty do głosowania osobom o nazwisku zaczynającym się na moją literę, sprawdzają mi prawo jazdy - w Hameryce nie ma dowodów osobistych i najczęściej używanym do identyfikacji dokumentem jest prawo jazdy. Można też oczywiście wylegitymować się np. paszportem USA, ale prawie nikt tego nie robi. - Podpisuję listę i dostaję kartę do głosowania - wielką płachtę wydrukowaną na sztywnym papierze. Zależnie od miejsca w którym głosujemy, może to być jedna lub więcej stron. Czasem na odwrocie znajduje się pytanie referendalne - np. tym razem w niektórych stanach mieszkańcy mogli zdecydować, czy chcą legalizacji marihuany. (Niestety, tu gdzie mieszkam nie dano nam jeszcze tego wyboru, kwestia czasu, jak mniemam).

Idę do kabiny - szumna nazwa, jest to rodzaj wysokiego, osłoniętego z trzech stron i od góry stoliczka, przy którym staje się trochę jak przy bankomacie. Można zakreślić wybraną partię, albo poszczególnych kandydatów. Głosowanie tylko teoretycznie jest tajne, bo bez problemu można podpatrzeć, co maluje osoba przy sąsiednim stoliczku. Nikt zresztą się specjalnie ze swoimi wyborami nie kryje. Po dokonaniu wyboru ustawiam się w następnej kolejce - do maszyny, obsługiwanej przez członka komisji wyborczej, a wyglądającej jak ogromna, iście hamerykańska niszczarka do dokumentów. Gdy przychodzi moja kolej, kładę na niej moją kartę "twarzą do dołu", a ta wsysa ją, nie wydając jednakże charakterystycznego niszczarkowego warkotu, co nieco mnie uspokaja. Sięgam jeszcze po znaczek "I voted" (Głosowałam), przyczepiam go sobie do kurtki i bardzo z siebie zadowolona wychodzę na zewnątrz.

Moje zadowolenie wzrasta jeszcze następnego dnia, gdy okazuje się, że wszyscy moi kandydaci do parlamentu i władz lokalnych zostają wybrani. W tym startująca pierwszy raz reprezentantka do Kongresu, która odbiera stanowisko zajmowane do tej pory przez pana z partii oględnie mówiąc, nieco zbyt konserwatywnej. Rewolucja jest kobietą. I tej wersji będę się trzymać.

piątek, 19 października 2018
Obywatelski obowiązek

W polskich niedzielnych wyborach, ponieważ są to wybory samorządowe a nie parlamentarne, jako że przebywam za granicą, wziąć udziału nie mogę. Ograniczyć się więc tylko muszę do uprzejmej prośby o powstrzymanie tego obłędu, z którym mamy do czynienia od blisko trzech  lat.

W listopadzie za to, a dokładniej we wtorek, 6-go, będę mogła spełnić obywatelski obowiązek w Hameryce. Wybory hamerykańskie odbywają się mianowicie we wtorki. Siła tradycji, podtrzymywana siłą bezwładu, a także, jak utrzymują krytycy obecnego stanu rzeczy, strachem sił konserwatywnych, że przeniesienie ich na dzień dla większości obywateli wolny, czyli niedzielę, poskutkowałoby zwiększoną frekwencją wyborczą. Wielu Czarnych Hamerykanów mogłoby się bowiem udać do urn prosto z kościołów, w których zapewne zostaliby skutecznie zmotywowani do głosowania, tyle, że bynajmniej nie na siły konserwatywne. 

wtorek, 16 października 2018
Wszystko przez Lutra

Usiłuję przetłumaczyć Mojemu (który jest Niemcem) podpisy pod kocią historyjką obrazkową. Na pierwszym obrazku widzimy kłaki wiszące nad spokojną tonią, a podpis brzmi: 

"Koci włos unosił się nad wodami"

Ponieważ dla docenienia sensu historyjki nie tylko treść, ale i styl jest ważny, kombinuję, jak też to zdanie z Genesis może brzmieć po niemiecku. (Wychowana w polskim ortodoksyjnym katolicyzmie, gdy tylko dane mi było skorzystać z wolnej woli zakończyłam kontakty z kościołem, w związku z czym moje słownictwo religijno-biblijne tak w niemieckim, jak i angielskim, jest dość ograniczone.) Ponieważ rozmowa toczy się po niemiecku z kimś, kto w odległej swej młodości, przez jedenaście lat był ministrantem, liczę, że gdy wypowiem zdanie zbliżone nieco do tego z Księgi Rodzaju, on od razu poda mi dokładne niemieckie brzmienie. Nadzieje moje płonne. W ogóle nie jarzy, o czym mówię.

- Biblia, Stary Testament, Genesis, no jak dokładnie brzmi to zdanie o Duchu Bożym unoszącym się nad wodami?!

- To zależy od tłumaczenia. - Denerwuje mnie swoją dokładnością.

- Ja wiem, ale pomyśl o jakimś takim starym tłumaczeniu, żeby to brzmiało dostojnie! - Chcę wreszcie przejść do historyjki.

- Co prawda jestem katolikiem, ale wiem, że Biblię na niemiecki pierwszy przełożył Luter. - Dalej spokojnie doprowadza mnie do szału.

- Jasne, tyle to ja też wiem! Na polski w tym samym stuleciu przełożył Wujek. - Dodaję, bo nagle przypomniało mi się ze szkoły.

- Nie wiedziałem, że mówimy o kimś z twojej rodziny! - Zaśmiewa się Mój, znający polskie słowa określające stopień pokrewieństwa. 

Ostatecznie przy pomocy wujka, tyle że Googla, znalazłam niemiecką wersję zdania. Z jedenastu lat ministrantury Mojego, dla naszej dyskusji wynikło bowiem tylko to, że Biblię na niemiecki przełożył Luter.

21:05, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 sierpnia 2018
Najjaśniejszego pana muchy (nie)obsrały

Sytuacja polityczna po zamieszkiwanej przeze mnie stronie oceanu jest, jak to ujął wczoraj pewien dziennikarz, rozwojowa. Już w zeszłym roku, w ramach realizowania hasła, że nic o nas bez nas, zdecydowałam się rozpocząć proces, mający mi dać tutejsze prawa wyborcze. Zakończył się on sukcesem i za kilka miesięcy wezmę czynny udział w tym, co zapowiada się jako bardzo emocjonujące wybory.

W każdym tutejszym urzędzie państwowym, na ścianie wisi portret aktualnie urzędującego prezydenta. Formalności wymagały mojej wizyty w takowym urzędzie, znajdującym się w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Po przejściu bramki jak na lotnisku, weszłam do wielkiej poczekalni, mogącej bez problemu pomieścić ze dwieście osób, w trzech czwartych wypełnionej ludźmi. Usiadłam i, czekając na swoją kolejkę, rozejrzałam się dookoła. Dopiero po dobrych kilku minutach zauważyłam zdjęcie aktualnie urzędującego. Oprawione w niewidoczne niemalże ramki, miało rozmiary co prawda nie znaczka pocztowego, ale niewiele większe od zeszytu do matematyki z podstawówki. Urzędnicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, zdewastowani, jak w większości tutejszych miast, wynikiem wyborów dwa lata temu, zamówili widać najmniejszy dopuszczalny portret, zadbali o skromną oprawę i nienarzucające się miejsce na ścianie. Nie jest on upstrzony przez muchy tak, jak ten u w szwejkowej gospodzie, pewnie tylko dlatego, że w tego typu budynkach się tu okien nie otwiera, bo jest klimatyzacja. A szkoda, nie ma to wszak jak świeże powietrze.

piątek, 20 lipca 2018
Jakie czasy, takie krzepienie serc

Dzielny wojak Szwejk przyszedł do Kaczalnka, a ten mu pokazuje rysunek, na którym sądy są na niebiesko, prokuratura na czerwono, a trybunał konstytucyjny na żółto i mówi - popatrz, to na niebiesko, czerwono i żółto jest nasze, nikt nam nie podskoczy. Na to Szwejk - u nas w Pradze, na Małej Stranie żyła stara Havrankova. Miała ona trzy nocniki: niebieski, czerwony i żółty. - I co dalej? - pyta Kaczalnik. - Jak przyszło co do czego to się na schodach zesrała - odpowiedział Szwejk.* 

Jakiego to, rychłego, końca samodzierżawców sobie i Państwu życzę.

A tymczasem, mając przed oczami Georga Cloony w filmie z 2005 roku - Good night and good luck.

 

* Przypowieść przeczytana w komentarzach Gazety Wyborczej. Niestety nie pamiętam nicka autora.

piątek, 13 lipca 2018
Sceny z baru i urzędu

Przy barze siedzi sześciu dziadków. Jak co wieczór, popijają piwo i patrząc na ekran z programem sportowym od niechcenia, a siarczyście, przeklinają obecnego prezydenta i partię rządzącą. Wszyscy byli w Wietnamie. Wszyscy wiedzą, o czym mówią. Barman, nie podzielający ich poglądów politycznych, jest dobrym barmanem i wie, kiedy stulić pysk. Otwierają się drzwi i wchodzi nowy dziadek. Jest tu najwyraźniej na gościnnych występach, bo natychmiast po zamówieniu piwa wydaje z siebie pean pochwalny na temat aktualnej władzy. W tym momencie nasz sprawozdawca wyciąga szwajcarską flagę, w przyspieszonym tempie płaci za konsumpcję i oddala się z baru przyspieszonym krokiem.

Urząd imigracyjny w Wielkim Hamerykańskim Mieście, które wraz z wieloma innymi Wielkimi Hamerykańskimi Miastami jest w zapiekłej opozycji do obecnej władzy. Przepisy nakazują, że w tego rodzaju urzędach państwowych ma wisieć portret prezydenta. Po dłuższej chwili lustrowania ścian pełnych obrazów przedstawiających sceny z historii Stanów Zjednoczonych, udaje nam się dojrzeć niewyraźnie zdjęcie mało atrakcyjnego blondyna. Przepisy jak widać nie określają wielkości portretu, bo zdjęcie to, umieszczone w rozległej sali, bez problemu mieszczącej ponad dwie setki ludzi, jest wielkości rozłożonej kartki z zeszytu szkolnego.  

Jestem pewna, że ciąg dalszy nastąpi.

środa, 27 czerwca 2018
Tylko chwilę

Jesteśmy tu tylko chwilę. A koty są tu jeszcze krótszą chwilę. Boleśnie dało nam to o sobie znać w zeszłym tygodniu, gdy trzeba było pożegnać się z Młodszym Kotem, który dołączył do grona zimnych czaszek.

A tymczasem oczadziałe czaszki obu stronach oceanu dokładają wszelkich starań, żeby tę krótką chwilę jak największej ilości żyjących utrudnić. Zupełnie, jakby to nie była także i ich chwila, jedyna, bezpowrotna. Szkoda, bo gdyby energia włożona w zdobywanie jak najbardziej przerośniętej władzy nad innymi, spożytkowana została na polepszanie warunków ziemskiego bytowania, świat byłby milszym miejscem.

Widać jednak jeszcze nie czas. Póki co, ograniczają wolności, rujnują trójpodział władzy, szczują na ludzi o innych poglądach, wyznaniu, pochodzeniu, kolorze skóry, płci, orientacji seksualnej, niszczą środowisko i napychają sobie kieszenie, jakby nie wiedzieli, że trumna takowych nie ma. Pycha chodzi przed upadkiem i zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, że na nic się zdadzą te mentalne i rzeczywiste płoty, barierki i mury, którymi się grodzicie. To dopadnie każdego. Po obu stronach ogrodzenia.

00:46, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2018
Osobnik o Bardzo Małych Uszach

Na drzwiach wejściowych do Szkoły Tanga Argentyńskiego wisi zdjęcie osobnika o Bardzo Małych Uszach wraz z informacją, że jest ekstremalnie szybki, i związaną z tym prośbą o zamykanie pierwszych drzwi, zanim otworzy się drugie. Przyjmuje się, że przyzwyczaił się już do nowego miejsca, tym niemniej dużo czasu spędził na ulicy i trzeba uważać, żeby coś mu się nie przypomniało i nie wyskoczył nagle wprost pod koła pędzących samochodów.

Na polu* mieszkał ponad rok. Przedtem był w domu, ale gdy niegodna tego miana przedstawicielka gatunku homo sapiens, wyprowadzała się do innego miasta, po prostu zostawiła go na zewnątrz. Nasz bohater zamieszkał więc na skwerku między domami i zaczął żywić się sam, głównie biegającym albo latającym mięsem, ale także smakołykami, które na skwerek wynosiła miłosierna staruszka. Ponieważ był młody, głodny i zaprawiony w bojach o przetrwanie, szybko zaczął skutecznie, prychając, parskając, wyjąc i podwajając optycznie swoje gabaryty, odpędzać konkurencję od jedzenia. W takiej to właśnie akcji zobaczyła go po raz pierwszy Właścicielka Szkoły Tanga Argentyńskiego, gdy zimowym, przechodzącym w wieczór popołudniem, szła z mężem na spacer. - Kochanie, a cóż to może być za zwierzę??? - Po kilku kolejnych spotkaniach na skwerku okazało się, że trzeba go wziąć do domu, czyli do Szkoły Tanga.

Na początku myślałam, że te bardzo małe uszy odziedziczył po którymś rasowym przodku. Okazało się jednak, że jego nie są kłapciate, tylko zredukowane. Na skutek odmrożenia podczas zimy spędzonej w krzakach na skwerku.

Teraz mieszka na salonach i nie musi polować na nic innego niż wirtualne myszy, uwijające się czasami pod kanapą albo w okolicach głośnika. Wita wchodzących i dokładnie sprawdza torby. Chętnie daje się głaskać i niektórym daje się nawet wziąć na ręce. Ma dużo energii i w przerwach między drzemkami na głośniku biega po sali ślizgając się lekko po parkiecie. Jak głosi napis na drzwiach wejściowych, jest ekstremalnie szybki.

 

 

*Oboczność południowopolska. Znaczy tyle, co - na zewnątrz

00:21, haneczka14 , Zwierzęta
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 kwietnia 2018
Reminiscencje po Czarnym Proteście i nie tylko

Mieszkam w pobliżu Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, a nie Warszawy i dlatego mnie na Czarnym Proteście nie było. Tym niemniej ubrałam się na czarno do pracy i kilku zainteresowanym osobom wyjaśniłam, w czym rzecz. Poruszona relacjonowałam też Mojemu (który jest Niemcem) wydarzenia w Polsce. Do politycznego wymachiwania pięściami i rewolucyjnych okrzyków w moim wykonaniu ma on zwykle podejście cokolwiek stoickie. Tym niemniej, gdy w piątek tydzień temu wychodziliśmy wieczorem, ubrana w inne niż do pracy, niemniej jednak od stóp do głów czarne ciuchy, zobaczyłam, że on też ubrany jest całkowicie na czarno. Wiedząc, że oprócz stoicyzmu mogę też liczyć na absolutną szczerość, spytałam, czy to przypadek, czy też świadomie wspiera moją polityczną demonstrację? - Oczywiście, że wspieram demonstrację! - No i nawet jeżeli jej nie finansują, to Niemcy jednak faktycznie wspierają opozycję w Polsce...

Tydzień temu w Hameryce też miało miejsce wiele licznych i nietypowych demonstracji. Na ulicę wyszli uczniowie, domagając się ograniczenia w dostępie do broni. Nastolatki mają dość wiadomości, że do jakiejś szkoły znowu wtargnął mniej lub bardziej niezrównoważony bandyta i wystrzelał z broni szybkostrzelnej pół (albo i grubo więcej) klasy. Hamerykański dostęp do broni jest kuriozum na skalę światową i być może nadchodzi czas, kiedy społoczeństwo i, za przeproszeniem, politycy, będą się musieli z tematem zmierzyć, zamiast z pełną hipokrytycznie nawoływać do modlitw za wystrzelanych i ich rodziny. Zaiste, wiele jest podobieństw między Polską a Hameryką, zaiste, za wiele.

środa, 21 marca 2018
#StrajkWszystkich

Po nagonce antysemickiej przyszedł czas na nagonkę mizoginiczną. Jestem kilka tysięcy kilometrów od Warszawy i tylko dlatego mnie tam w piątek nie będzie.

Ludzie!!! Obudźcie się i pogońcie tych dewiantów, bo takie państwo prawa wam urządzą, że Iran się wam będzie jawił jako oaza gwarantująca wolność religijną.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33