Archiwum
sobota, 17 września 2016

Moja mieszkająca od szesnastu lat w Anglii przyjaciółka tegoroczne wakacje spędziła w krajach niemieckojęzycznych. Wraz ze świetnie mówiącym po polsku mężem Anglikiem i dwojgiem dzieci przejechali z północy na południe przez Niemcy, zatrzymując się w kilku miastach, a w Szwajcarii odwiedzili w Zurychu znajomych, z którymi nie widzieli się od ładnych paru lat. On jest Szwajcarem o słoweńskich korzeniach, ona Węgierką, a ponieważ poznali się na studiach w Krakowie, obydwoje mówią po polsku. Zobaczywszy jeszcze kawałek Austrii, i zawitawszy na chwilę do Polski, moja przyjaciółka z rodziną wróciła do Londynu. Niedługo później ich z kolei odwiedzili znajomi z Argentyny. Ona mówi po angielsku, on natomiast nie bardzo. Przygotowując dzieci na tę wizytę, moja przyjaciółka zaproponowała starszemu, żeby próbował rozmawiać z gościem po hiszpańsku, którego od niedawna uczy się w szkole. Młody człowiek, nie bardzo widać wierząc w swoje hiszpańskojęzyczne kompetencje, odpowiada szczerze:

- Ale jak się nie dogadam po hiszpańsku, to zawsze przecież będziemy mogli mówić po polsku!

Dla tego młodego Anglika oczywistym jest, że każdy cudzoziemiec, nawet jeśli nie mówi po angielsku, to przecież płynnie posługuje się polskim.

19:23, haneczka14 , Języki
Link Komentarze (3) »
niedziela, 11 września 2016
To było dawno i nieprawda

Robocze zebranie z Szefem Całej fabryki - omawiamy projekt nowej strony internetowej. Pewne rozwiązanie mu się nie podoba. Koleżanka tłumaczy, że ponieważ na stronie miały się znaleźć określone linki, musieliśmy to tak zrobić.

- Te linki tam mają być? A dlaczego? - zdziwił się Szef Całej Fabryki.

- Bo ty je tam chciałeś mieć.

- Ja??? A, no może.... ale to było dawno!

Ortodoksyjny konserwatyzm nie jest cechą, którą można mu zarzucić.

22:38, haneczka14 , Ludzie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lipca 2016
Mieszkanie po berlińsku

Odebraliśmy z lotniska Tegel Miłego Gościa, który razem z nami spędzi kilka dni u Naszej Przyjaciółki w Berlinie. Nasza Przyjaciółka przeprowadziła się ostatnio do w miarę dużego mieszkania na czwartym piętrze XIX-wiecznej kamienicy z wysokim parterem, ale za to bez windy, co daje efekt piętra piątego. Ciągnąc walizkę na kółkach dochodzimy do bramy wejściowej. Przy domofonie stoi jegomość z notatnikiem i długopisem. Podświadomie klasyfikuję go jako przedstawiciela agencji ubezpieczeniowej i, nie zwracając nań dalszej uwagi, otwieram kluczem drzwi. Facio wchodzi z nami do budynku. Idę przodem i nie słyszę, że Mój, zwracając się do niego, pyta, czy to aby w porządku, że go do tej kamienicy wpuszczamy. Schody są dość strome, spieszę więc na górę, żeby jak najszybciej mieć je za sobą. Mniej więcej w okolicach drugiego piętra zauważam, że facet ciągle idzie za nami i że chyba coś mówi. Ale co mnie to obchodzi. Żwawo przebieram nogami i już jestem na trzecim piętrze. Gość dalej za nami tupta. Dziwne, taki ubezpieczyciel, co to okazją wszedł do budynku, powinien zacząć dzwonienie do drzwi pierwszego mieszkania na parterze, a nie wdrapywać się od razu na górę. Jeszcze tylko pół piętra dzieli mnie od celu, gdy wyraźnie słyszę, że pyta, do kogo idziemy. Ku mojemu lekkiemu zdziwieniu biegnie za nami aż na czwarte piętro i widząc, w który zamek wkładam klucz, wymienia nazwisko Naszej Przyjaciółki. Mam dość. Odwracam się i pytam zdecydowanym i donośnym głosem, czym mogę służyć.

- Państwo idą do (i tu znowu pada nazwisko Naszej Przyjaciółki).

- Jak pan widzi.

- A czy ona wie, że państwo tu są? Ja jestem administratorem!

- To proszę uprzejmie do niej zadzwonić i dowiedzieć się. – Otwieram drzwi i wchodzimy do mieszkania, nie zwracając uwagi na dalsze pohukiwania gościa na schodach. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie posłać Naszej Przyjaciółce, która tego dnia jest w pracy, SMS-a, że spotkaliśmy wariata, ale daję spokój – po co zawracać jej głowę w robocie?

Wieczorem opowiadamy sobie o zdarzeniu. Facet faktycznie jest administratorem i po spotkaniu na schodach naprawdę miał czelność zadzwonić do Naszej Przyjaciółki. Myśląc, że go w tym ubiegliśmy, zaczął:

- Pewnie już miała pani jedną rozmowę telefoniczną dzisiaj?

Nasza niczego nie spodziewająca się Przyjaciółka, z autentycznym zdumieniem odparła:

- W ciągu dnia prowadzę wiele rozmów, o co panu chodzi?

- Widziałem dzisiaj, jak trzy osoby z walizką, używając klucza, wchodzą do pani mieszkania.

- Acha. A jak, pana zdaniem, moi goście mieli tam wejść, gdy ja jestem w pracy?

Jej spokojna odpowiedź widać zbiła go z tropu, bo zaczął się plątać, twierdząc, że chciał tylko sprawdzić, czy aby wszystko w porządku, no bo przecież widział trzy osoby z walizką otwierające kluczem drzwi do jej mieszkania.

- A tak właściwie… proszę pani… to chyba nie jest podnajem mieszkania, co?

Cóż, w Berlinie wprowadzono ostatnio dość ostre przepisy mające na celu ograniczenie taniego wynajmowania mieszkań turystom. Gość jak widać jest na bieżąco i tropi każde prawdziwe i urojone wykroczenie jak ostry pies.

Z takim administratorem Nasza Przyjaciółka nikogo po cichu w piwnicy przechować by nie mogła.

21:15, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (3) »
środa, 08 czerwca 2016
Grunt to rodzinka
Ojciec mojego hamerykańskiego kolegi po kilku latach wdowieństwa, w osiemdziesiątej wiośnie życia, ożenił się ponownie. Wspólnie ze świeżo poślubioną i niewiele młodszą od siebie małżonką, sprzedali jego dom i przenieśli się do assisted living*. W odróżnieniu od dwóch ze swoich (czterech) sióstr, które ponowne małżeństwo ojca przeżywają jak rozstanie z miłością swego życia, mój kolega uważa, że wszyscy są dorośli i mogą robić, co chcą. Wyprawił był ojcu nawet wieczór kawalerski, ściśle jednak przestrzegając, by obyło się bez striptizerek. 
Jako dobrzy, irlandzcy katolicy brali ślub w kościele, a jako długoletni parafianin, ojciec kolegi sam wybrał czytanie na mszę. Zebrani ucieszyli się bardzo, słysząc: bądźcie płodni i rozmnażajcie się!
Ale właściwie tego wszystkiego można się było spodziewać. Obecna żona ojca od zawsze była przyjaciółką domu. Swojego pierwszego męża poznała jako nastolatka w tym samym dniu, w którym spotkała ojca mego kolegi i, jak wieść gminna niesie, od tamtego czasu miała do niego słabość. Cóż, poczekała marne sześćdziesiąt parę lat, wychowała troje dzieci (jej wybranek sześcioro), doczekała się wnuków (jej wybranek większej ich ilości), pochowała męża (jej wybranek żonę) i z dumą przyjęła nazwisko, które nosi również i mój kolega, i który to drobiazg wywołuje u niego, akceptującego wszystkie inne decyzje młodej pary, lekkie uczucie mdłości.

*Assisted living - można przetłumaczyć jako mieszkanie z opieką, osiedle dla starszych ludzi z pomocą lekarską i, zależnie od zapotrzebowania i stanu zdrowia mieszkańców, także i w codziennym życiu.
03:23, haneczka14
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 maja 2016
Po prostu koci świat

Kot Młodszy śpi zwinięty w kłębek na fotelu, Mój ogąda mecz i prasuje, drzwi na balkon szeroko otwarte, ptaki śpiewają, sielanka. W pewnym momencie uszy śpiącego futra zaczynają się poruszać, otwiera oczy, podnosi głowę i stroszy wąsy. Wstaje, bezgłośnie zeskakuje z fotela i na lekko przygiętych łapach sunie pod stół, skąd widać, co dzieje się na balkonie. Mój, zaskoczony nagłą akcją, odstawia żelazko i idzie za kotem. Obaj obserwują balkon, ale tylko jeden z nich wydaje się coś widzieć. W pewnym momencie szara kula wystrzeliwuje spod stołu, a w ułamek sekundy później trzyma w mięciutkich łapeczkach sporej wielkości ptaka. Koci pech chciał, że ptak w momencie złapania siedział po przeciwnej stronie barierki i między przednimi łapami trzymającej go teraz bestii znajdował się szczebel, uniemożliwiający jakikolwiek dalszy ruch. Na balkon dobiegł już i Mój, krzycząc: puść, puść! Ptak w końcu jakoś się wyrwał, ale był dość skołowany, bo latał jeszcze przez kilka sekund nad podłogą balkonu inspirując drapieżnika do dalszego polowania. W końcu Mojemu udało się ptaka odpędzić, a nieustraszonego łowcę zagnać z powrotem na kanapę.

Wydarzenie nie byłoby może warte aż takiej uwagi, gdyby nie to, że Kot Młodszy, licząc sobie już trzynaście wiosen, nie tylko jest zwierzęciem stricte domowym i nigdy nie wychodzi dalej, niż na balkon, od wczesnego dzieciństwa karmiony kocimi chrupkami nie zna smaku surowego mięsa, a jedynym dotychczasowym obiektem jego polowań bywały ćmy lub inne insekty, z których zresztą 80 procententom udawało się odlecieć sprzed zdziwionego popielatego nosa. Jak widać jednak natury nie tylko nie można oszukać, ale nawet nie trzeba jej szczególnie ćwiczyć.

Tagi: koty
15:49, haneczka14 , Zwierzęta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 maja 2016
Bezpodstawne uprzedzenia

Ciepły wiosenny wieczór, słońce jeszcze nie zaszło, Grafik przyjeżdża z pracy do domu. Po drodze zrobił zakupy spożywcze, ale zanim wniesie torby do domu i zajmie się niedomagającą żoną, chorym synem i tymi wszystkimi papierami z ubezpieczalni, spostrzega, że dzieci z siąsiedztwa grają w piłkę rzucając do ustawionego na brzegu chodnika kosza. Mimo wszystkich kłopotów rodzinnych i nienajlepszych układów z szefową, Grafik zachował duszę dziecka. Jest dobrze po sześdziesiątce, ale w jego stupięćdziesięciokilowym ciele mieszka sześciolatek o niewinnym spojrzeniu i, przeczącej często logice, wierze w ludzi. Teraz wyjął zakupy z bagażnika, postawił je przy wjeździe do domu i człapawym, ale już o wiele lżejszym niż w zeszłym roku, kiedy to ważył o trzydzieści kilo więcej niż teraz, krokiem, podchodzi do bawiących się dzieci, prosząc grzecznie, żeby dały mu rzucić kilka koszy. Sześcio- czy siedmioletnia dziewczynka nie rzuca, ale podaje mu uprzejmie piłkę do rąk. Grafik bierze, rzuca i oczywiście nie trafia do kosza, piłka odbija się i toczy w bok, jedno z dzieci biegnie i szybko ją łapie. Pierwsze niepowodzenie nie przegania z twarzy Grafika promiennego uśmiechu – zachodzące słońce złoci ulicę, powietrze jest ciepłe, przez kilka minut można zapomnieć o pracy, chorobach i kłótniach, papierach z których przeważnie nic dobrego nie wynika i rzucać sobie piłką do stojącego na brzegu chodnika  kosza

Wtem z sąsiedniego domu wypada kobieca postać. Szybkim, nerwowym krokiem podchodzi do dziewczynki, która podała Karlowi piłkę. Nie patrząc na niego mówi do małej: - musisz uważać, z kim się zadajesz, moja panno! – i odciąga ją za rękę od potwora, jakim najwyraźniej w jej oczach jest Grafik. Ten stoi bez ruchu, nie wie co powiedzieć, czy w ogóle coś mówić, właściwie nie ma do kogo, bo kobieta z dziewczynką są już daleko. Grafik też się odwraca, cięższym niż przed chwilą krokiem idzie wziąć z podjazdu torby z zakupami, które trzeba przecież w końcu wnieść do domu.

23:04, haneczka14 , Ludzie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 maja 2016
Pełzająca laicyzacja
Dużo tu ostatnio wpisów z Polski, trochę niezgodnie z nazwą bloga, no ale nie mogę się oprzeć.

Mocno katoliccy krewni odwiedzają Moich Znajomych. Rozmowa schodzi na ofiarę na kościół. Mój znajomy:

- Ja to załatwiam hurtowo. Jakbym co tydzień dał dychę, w roku są 52 tygodnie, to wychodzi 520 PLN. Więc raz w roku robię przelew, odpisuję go sobie od podatku i sprawa załatwiona.

- To na tacę już nie dajesz? - Pytają zdziwieni krewni.

- Nie daję, bo nie chodzę.

Kurtyna
 

czwartek, 28 kwietnia 2016
Szczygieł

Opowiadam Mojemu Znajomemu w Polsce o lokatorach na ganku: 
- Porównując je z obrazkami w książce stwierdziłam, że to szczygły. Takie niewielkie ptaszki. Zachowują się, jakby miały ADHD. Przylatuje. Zagląda do gniazda. Odwraca się. Wygląda z gniazda. Kręci łebkiem. Wreszcie siada. Posiedzi kilka minut i już wylatuje. Siada na rosnącym nieopodal drzewie. Przeskakuje na inną gałąź. Odlatuje. Po dwóch minutach przylatuje. Siada w gnieździe. Wstaje. Wylatuje. Siada na rynnie. Podlatuje do gniazda... Obserwując je skacze mi ciśnienie, takie są nerwowe.
- O, to na pewno szczygły - przyznaje mi rację Mój Znajomy - szczygły się tak właśnie kręcą, nie mogą usiedzieć spokojnie. Zresztą myślisz, że skąd się wzięło powiedzenie, że ktoś ma szczygła w zadku? 
Nie miałam pojęcia.
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Ptaki
Siedząc przy niedzielnym śniadaniu, widzę przez okno, że gniazdo pod powałą ganku cieszy się zainteresowaniem.
- Co to za ptaki tam zaglądają? - Pyta Mój. Jest Niemcem i rozmowa toczy się w jego ojczystym języku.
- Nie wiem, jak jest "szczygieł" po niemiecku - odpowiadam - wygugluj sobie.
Mój patrzy na mnie swoimi przepastnymi oczami.
- No dobrze - lituję się - po angielsku jest "finch", wygugluj sobie "finch".
- Fink - poprawia mnie Mój, zupełnie nie wiem, dlaczego.
- Finch - obstaję przy swoim - Fink to nazwisko naszego znajomego. A ten ptak, to finch.
- Fink - mówi Mój. Wyraźnie chce mnie zdenerwować.
- Finch, jestem pewna. Czegoś ty taki śporny*?
- Jaki śporny? Ja nie jestem śporny - odpowiada spokojnie Mój i idzie dokroić chleba.
Ma rację. Jest człowiekiem niezwykle cierpliwym i dążącym do harmonii. Ostatecznie wytrzymał ze mną już tyle czasu. Tym bardziej nie rozumiem jednak, co go teraz napadło.
- Wyguglujeszże** wreszcie, jak ten finch jest po niemiecku? - Pytam, bo chcę poszerzyć swoje słownictwo, a poza tym mam dość tej głupiej gadki.
- Fink - powtarza jak automat Mój, a mnie zalewa krew. - Finch to po niemiecku fink. To nie moja wina, że Hamerykanie używają niemieckich słów dziwnie je wymawiając...

Gdy napad śmiechu nieco zelżał, byłam w stanie wytłumaczyć Mojemu, dlaczego tak mnie, zupełnie nieświadomie, zirytował. A po wypiciu łyka herbaty dodałam:
- Ale ty zdajesz sobie sprawę, że tak właśnie wybuchają wojny?



*Wyrażenie gwarowe, na południu Polski oznacza osobę szukającą zwady, za wszelką cenę obstającą przy swoim. Słowo użyte na potrzeby tekstu polskiego.

**Użycie partykuły "że" charakterystyczne dla gwar południowopolskich. 
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Strój służbowy

Moja firma jest wystawcą na targach przemysłowych i to ja organizuję całe z tym związane zamieszanie. Do moich obowiązków należą również drobiazgi. Takie, jak zadbanie o odpowiednie prezentowanie się zespołu obsługującego nasze stoisko. Mają być ubrani w ciemne garnitury, białe lub niebieskie koszule, a krawaty dostarcza firma (w mojej osobie), żeby było ładnie i gustownie. Jeszcze przed wyjazdem na targi wysyłam rozsianym po tym dużym kraju pracownikom poszczególnych biur delegowanym do obsługi stoiska przepustki wystawcy, a że mi głupio wkładać w tekturową kopertę fedexu po jednym małym kartoniku, dokładam też do każdej przesyłki rzeczony krawat. Niech mają od razu całe wyposażenie ze sobą.
Ku mojemu zdumieniu nikt krawata w domu nie zapomina i towarzystwo stawia się do pracy na gościnnych występach w pełnym rynsztunku. Wieczorem w pubie wymieniamy komentarze:
- Ale najlepszy numer to był z tym krawatem w przesyłce - mówi jeden z moich kolegów - moja dziewczyna, gdy go zobaczyła, stwierdziła, że jest wyjątkowo gustowny i koniecznie chciała wiedzieć, kto mi go przysłał. Nie bardzo mogłem się zdecydować, czy powiedzieć, że to ty, czy że dyrektor zarządzający... 
- Moja żona też była zdziwiona - wtrąca się drugi - kupuje mi wszystkie ubrania, ale sama przyznała, że takiego ładnego krawata w mojej garderobie jeszcze nie ma. Też była zainteresowana osobą nadawcy.
Gdy jeszcze dwóch kolegów potwierdziło, że uwagi ich partnerek nie uszedł gustowny krawat w tajemniczej przesyłce, doszłam do wniosku, że należy rozszerzyć asortyment służbowego wyposażenia na okazję targów. Myślę o obcisłych slipkach z logo na tyłku. A niech się dziewczyny ucieszą!
23:20, haneczka14 , Rzeczy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29